Na tle wszechobecnych rozmówek o Rosji, Ukrainie, a szczególniej
pod notką WO w podtemacie "gdzie czytaliśmy / można poczytać o prawdziwych biznesach itp. w Rosji czy myśleniu człowieka (post)sowieckiego" zrobiła mi się kompilacja anegdot i opowiastek w tymże temacie. Może nie są to "Zapiski oficera Armii Czerwonej", ale jakoś tak prawie 20k znaków wyszło.
Są to anegdoty z lat '90, od bardzo wczesnych po około 1998 (nie są chronologiczne w tekście), ale nie myślcie, ze stan rzeczy i umysłów jakoś drastycznie zmienił się przez te 25 lat, w tamtej stronie świata...
Są to opowiastki z drugiej ręki, oczywiście ubarwione przez opowiadających i przez moją zawodną pamięć, ale powiedzmy, to jest paczka tych w miarę wiarygodnych i z mojego pobliża. Drugą taką notkę mogę złożyć z podobnych opowiastek, w które sam nie bardzo wierzę i są bardziej materiałem na scenariusze jakichś "Psów 3.0", czy książek o mafii itp. niż do rozważania stanu umysłu rosyjskiego.
Full Serwis
[Serwisant, który wpadł do mojego zakładu na naprawę, prosto "pod drodze" z uruchomienia nowego zakładu mięsnego na pd. Białorusi, w jakimś joint-venture z prawie-byłym kołchozem. Było późne lato, przegadaliśmy pół dnia czekając na części do naprawianej maszyny, które miał dowieźć jego kolega i go zabrać (bo człek pociągiem przyjechał). Gość był bodaj z południowej Polski i w ciężkim szoku poznawczym, po pierwszym zderzeniu z rzeczywistością post-sowiecką - nie to co my, mieszkańcy Podlasia...]
- Kiedy wieźli nas z pociągu furgonetką na miejsce, przez te gigantyczne pola kołchozu, że zboże po horyzont, i jedyne co "wystaje" to linie energetyczne tu i tam, zastanawiało mnie, co to za wielkie kępy drzew i zarośli tu i ówdzie na olbrzymim polu, jakby przypadkowo rozmieszczone. Myślałem, że jakieś "wodopoje", coś związane ze studniami, czy jakaś infrastruktura zamaskowana? Zapytałem kierowcę "szto eta?" a ten nieco się skrzywił, ale mówi tak: "No różnie, to są czasem przyczepy, czasem ciągniki, może i kombajn się trafić... - Znaczy, że co? Zostawione i ZAROSŁY że ich nie widać? - No tak. Jak się zepsuło a ściągnąć nie dało, czy coś tam, to zarasta... bo pługami i kombajnami objechać trudno... W niektórych miejscach nawet czołgi z Wielkiej Wojny się trafiają..."
- Na pytanie z ciekawości, ile powierzchni mają te gigantyczne pola kołchozu, dyrektor, jego zastępca i główny księgowy dawali trzy różne odpowiedzi. Różnice to było drobne parę tysięcy hektarów.
- Kiedy montowałem maszyny, łeb pękał od wibracji i hałasu, bo za cienką ścianą ciągle pracowały
dwa spychacze DeTy, klekoty bez tłumików, przy niwelowaniu i "walcowaniu" placu itd. kruszywem. Któregoś dnia wyszedłem po coś i zauważyłem, że one se stoją, nap... tymi dieslami, a kierowcy leżą se "pod gruszą" w sadzie, który zaczynał się zaraz za halą. Poszedłem i pytam się, czy nie mogą tego k... zgasić, bo łeb pęka i czy paliwa im nie szkoda. Na co oni, że czekają na wywrotkę kruszywa. Ale czy nie mogą zgasić spychaczy? Nie, bo ciężko się zapalają, a w ogóle to motogodziny muszą się zgadzać. Ale co gorsza potem zauważyłem, że na 8h dziennie jeździli najwyżej ze 2h...
- Razem z maszynami itp. wysłano też kable do przyłączenia, bo kołchoz i budowlańcy dawali tylko staromodne skrzynki przyłączeniowe (nie jakieś burżuazyjne gniazda) na ścianach. Ani ślad po tych skrzyniach z kablami nie został, wszystko ukradli; dobrze, że co trudniejsze i drobniejsze kable sterownicze popakowaliśmy do skrzyń z maszynami, a tych pilnowali ochroniarze dzień i noc. No ale na końcu rozpakowujemy i ustawiamy maszyny, i widać, że gówno będzie a nie odbiory, bo tu maszyna, a tam skrzynka, a 20kW czy 40kW przez 5m powietrza, czy przedłużacz od czajnika, nijak nie przeleci. Po wielkiej dyskusji powiedzieli, że truuudno będzie, ale załatwią; kierowca z jakimś zaopatrzeniowcem wrzucili do furgonetki dwie skrzynki gorzały i pojechali po kable. Wrócili na drugi dzień z połową furgonetki zawaloną bębnami GOŁEGO DRUTU ALUMINIOWEGO W 2 KALIBRACH i drugą połową zawaloną PUDŁAMI Z PARCIANĄ TAŚMĄ IZOLACYJNĄ. Posadzili nad tym paru ludzi, którzy w parę dni wyprodukowali przyłącza, ręcznie omotując drut taśmą w przewody, a potem przewody w kable trójfazowe...
- Z drobiazgów, zajumali materiały do lutowania twardego, pewnie na złom, bo gruby drut wyglądał na miedź. Mówię im, że dupa zbita, bo to było do polutowania niedużej instalacji parowej, i bez tego nic. Na co oni, że może cyną, jak do rynien. Nie, nie da się, nie wytrzyma ciśnienia. No to pospawają. Nie, nie da się, to nie stal, to spec-stop miedzi. No co lokalny złota rączka pomyślał, i stwierdził, że już miał kiedyś taki problem z twardym lutowaniem miedzi, i miał gdzieś dobry materiał do tego. Po czym po dłuższej chwili przytargali jakieś skrzynki, wyglądające na coś po amunicji czy innym sprzęcie wojskowym, zrobione z cienkiej stali, platerowanej jakimś stopem miedzi (bo spatynowane). I tę warstewkę plateru dało się "zerwać" ze stali, i to był niezły lut twardy według kolesia... Spróbowałem, bo co mi zostało; i nawet wyglądało, że się lutuje...
- Z instalacją pary technologicznej był jeszcze inny problem - mowy nie było, że będzie normalnie, "tu się przyłączamy do pary", bo mowy nie było o odpowiedniej kotłowni. W ramach dostawy przyszło nietypowo dostarczyć samostójkę - wytwornicę pary, i to nie elektryczną czy na gaz ziemny, ale na olej/ropę. Okej, dostarczyliśmy, ustawiliśmy, podłączyłem, jest nieźle. Zostało odpalić, ale na dłuższą "chwilę", no bo 24h próby odbiorcze zbiornika, instalacji parowej itd. a szczególniej - lutowanej tym szajsem z posowieckiego szrotu... Mówię im, że trzeba zalać zbiornik, przynajmniej ze 200 litrów, na uruchomienie i próby. Na co oni, że myśleli, że kanister wystarczy. Na co ja, że chyba rozumieją, po co tu ten zbiornik na tysiące litrów? No i przecież co za problem, własna stacja paliwowa kołchozu z kilometr tylko, o tam? No taaak, ale oni mają jeden kanister, to 10 kursów, to im się nie chce, furgonetka zajęta i na benzynę, i w ogóle. No to jak k... chcą to załatwić? bo tylko to mi zostało z odbiorów, a bez odbioru gwarancji niet. Pomyśleli i wymyślili, że jak przyjedzie kombajn, to zatankuje te swoje 400 litrów i podjedzie i zrzuci 200 tutaj. Okej, o której przyjedzie kombajn? No około 19, ale problem bardziej w tym, że to będzie 19 jutro, bo kombajny zjeżdżają z pola tylko co parę dni. I tak było, siedziałem na dupie półtora dnia, czekając na; po czym przyjechał kombajn i zatankował, i tak dalej. I zrobiłem próby, podpisaliśmy wszystko, i uciekłem z tego domu wariatów na pociąg, no i jestem tutaj...
Kazachstan
[Budowa fabryki w Kazachstanie, przez konsorcjum kazachsko - rusko - amerykańskie, z udziałem pod-konsorcjum polskich podwykonawców, dla których okazyjnie robiłem, bo moi szefowie w tym wszystkim siedzieli. Ale co innego zakłady w PL, a co innego w post-sowietach; na propozycje uruchamiania automatyki w Kazachstanie miałem "Nie - Ale można dużo zarobić! - NIE". BTW o ile dla mnie odmowa nie miała większych konsekwencji, bo byłem już tak jakby niezastąpiony oraz nie byłem krytyczny w projekcie, to np. znajoma firemka elektryczna, której szef też kategorycznie odmówił, tym samym ludziom; nawet w sensie, że jeśli ktoś z jego pracowników chciałby dać się podkupić, to musi się zwolnić i jechać na własną rękę, miała przerąbane i straciła zlecenia. BTW BTW dużo ludzi biednych i/lub zdesperowanych i/lub chciwych pojechało na tę budowę, z ekip i kręgów utrzymania ruchu w mojej okolicy. Szczególniej pamiętam, jak wrócił z rozmowy o tym kontrakcie najlepszy hydraulik na dzielni, blady jak ściana, i pytam go czyżby on, ojciec dzieciom, ze spokojną robotą i fuchami na 5 lat w przyszłość, zgodził się na tę eskapadę?? A on, że wstępnie się zgodził, "bo mnie spytali, czy mam działalność gospodarczą, a ja że mam, a oni czy VATowską, ja że nie, tylko na kartę, na co M. rzucił "Uuu, to niedobrze, to pan musi szybciutko zrobić z tego VATowską, bo na kartę to tylko 30kzł pan faktury może, a my tu przewidujemy WIELOKROTNIE większe przepływy pieniążka..." to jak miałem się nie zgodzić...". Dla ustalenia uwagi, przeciętne roczne wynagrodzenie to było wtedy ze 12kzł; ja czy on wyciągaliśmy ze dwa razy tyle co najwyżej.]
- Na budowie zakładu w Kazachstanie był jakiś nominalny dyrektor Rosjanin, którego nikt nigdy nie widział oraz polski kierownik techniczny, ale na miejscu wszystkim tak naprawdę rządził Ahmed. Ahmed był czarniawy, ekstra ubrany, nie wiadomo tak do końca przez kogo opłacany, ciągle żonglujący dwoma komórkami i telefonem satelitarnym. Zachowywał się wobec Polaków ledwo poprawnie, wobec Rosjan jeszcze mniej poprawnie, wobec miejscowych Kazachów itp. jak pan niewolników. Po paru tygodniach twarde podlaskie chłopaki już patrzeć nie mogli, jak traktuje miejscowych i co dziwniejsze, nikt za Ahmedem nie stoi, żadnych silnorękich karków, ochroniarze to zwykła firma, a nie jego wojsko, więc o co tu cho? Stąd pytają Kazachów "Co to k... jest, że Ahmed tak wami pomiata i nikt go jeszcze szpadlem nie zajebał i nie zakopał za halą?? nawet u nas już by tak skończył" na co miejscowi smutno "Tak normalnie, to już by tak skończył. Ale wy nie rozumiecie, że Ahmed to Gruzin - No i co z tego? - A to, że jak my go dziś zajebiemy szpadlem, to pojutrze tu do miasteczka przyjedzie pociąg z 300 Gruzinów z jego plemienia, uzbrojonych po zęby, i wymordują całe miasto, a szczególniej kobiety i dzieci... - ŻEKUR...CO? - Takie rzeczy się zdarzają...".
- Po tygodniu czy dwu młodsi i singlowi, których było w tej ekipie budowlano - techniczno - desperados najwięcej, zaczęli udawać się na "dyskoteki" miejscowe. Znaczy, delikatnie, bo z własnych podlaskich rejonów znali problem "obcy podrywają nasze lachony" i jakim mordobiciem to się kończy, ale poszli umiarkowanie, no i forsy mieli względnie dużo do wydania na picie z nowymi przyjaciółmi i przyjaciółkami. Niestety, za trzecim razem na klub-dyskotekę zrobiły najazd służby, w sensie milicji i oddziałów w typie ZOMO. Służby wpadły na raz przez wszystkie wejścia i lały kogo popadnie, z ludzi miotających się po obiekcie i próbujących uciec. Ale polska grupka została błyskawicznie wyłuskana z bitego tłumu i wstawiona pod ścianę, z pilnujących ich młodym milicjantem. Stamtąd mogli względnie bezpiecznie podziwiać pandemonium i bijatykę, i choć byli przeważnie wędrowyczami - twardzielkami, rzeczywistość nieco ich przerosła ("Nie myślałem, że można zapłakanej ślicznej dziewczynie ot tak wybić zęby, za nic..."). I tak se stoją, obserwując do końca pacyfikację tancbudy, większość ludzi już jest na glebie, spałowana, skopana, zakuta w kajdany, wszędzie krew i wybite zęby. I wchodzi na to jakiś pijany "starszyna", gospodarskim okiem oceniając stan operacji, i nagle widzi zupełnie niespałowaną i nadal uzębioną grupkę Polaków, i nadyma czerwony ryj i leci na nich, klnąc w miejscowym narzeczu, zapewne, że ktoś tu się nie przykłada do "obróbki". Na co zastępuje mu drogę przestraszony milicjant postawiony przy nich i coś szybko tłumaczy wściekłemu "starszynie", na co ten błyskawicznie się uspokaja i odchodzi do dalszych zadań. Jedyne co Polacy zrozumieli z klątw i dialogu, to że są "Ahmeda ludiej". Taaak. Ale po chwili zaczyna się pakowanie wszystkich do ciężarówek milicyjnych, i naszych chłopaków też pakują, czyli że może bez mordobicia, ale jednak areszt będzie. Tylko że nie, bo buda odwiozła ich pod hotel, gdzie mieszkali. Ekipa miała pełne portki i duużo pytań do miejscowych, na przykład "Ej, ale czy tu służby mają nas wszystkich na oku tak doskonale, że nas wyłuskali z tłumu i odwieźli, i tak dalej?? - A skąd - To jak? - No poznali was... - ALE PO CZYM? - Po butach, po kurtkach...". Albo "Ale czemu był ten nalot? O narkotyki? I czemu tak biją? - No biją normalnie. I jakie tam narkotyki, co wy... nalot jest co 6-8 tygodni, przecież milicja też musi plan wykonać."
- [Maszyny do tego zakładu, nówki niemieckie przemysłowo-spożywcze, drogie w cholerę, opłacone via Ameryka przez konsorcja wszelakie, woził znajomy kierowca TIRa, ciekawy człowiek. Był prawie na stałe na zleceniu w zakładzie gdzie robiłem, woził różności, ale "żniwa" to były kiedy eksport polskich łże-wędlin szedł do Rosji na maksa, od nas ze dwa TIRy co tydzień, w tym rzeczony kolesław wahadłowo do Moskwy (zresztą, dlatego gwałtownie budowano wtedy nowoczesne zakł. mięsne na Białorusi, w Rosji, w Kazachstanie, itp. a newsem było, że już i Czesi wożą do Moskwy... kiedy nie wierzyłem i wpadłem na dyr. handlowego, z którym miałem dobre układy, zapytałem go o to, tylko pokiwał smutno "Co tam Czesi, już i Węgrzy się pokazali - WTF? Jak to się może opłacać?? - Jeśli parówka w PL kosztuje 7zł, a w Moskwie 7$, to niewiarygodnie wiele rzeczy nagle się opłaca..."). Na początku kierowca zaplątał się do nas na warsztat po prośbie, bo mu w tuningowanym TIRze (miał sporo przeróbek elektryki, mosty "szybsze" założone, żeby wolno nie jeździć, itd itp) wysiadła elektryka raz czy drugi, i coś tam mu pomogliśmy; potem wpadał na kawkę, ciastko przywoził, no i na pogaduchy, kiedy go ładowali. Żebyśmy się rozumieli, to był "człowiek przygodowy" i doświadczony, nie wzruszały go spotkania z ruską milicją czy celnikami, czy 30h na przejściu granicznym, czy próby kradzieży, czy cała mafijna Rosja tego czasu; zgrzewała go dopiero kradzież 400 litrów ropy z jego TIRa ("ale cicho się uwinęli, myślałem, że czujnie śpię... i zero zysku z kursu...") albo urwanie plomb celnych z drzwi naczepy ("coś pomylili, pewnie mieli cynk, że elektronika, a tu - parówki... ale niestety, przez akcję, protokoły itd. cały zysk z kursu w plecy, bo dodatkowe dwa dni i hałda łapówek")].
I ten człowiek dostał zadanie bojowe dowieźć nieco "zamaskowane" logistycznie i fizycznie maszyny, za setki tysięcy $, do Kazachstanu. I wrócił normalnie, ale że już co nieco plotek o inwestycji znaliśmy, no bo umaszynowienie szło na koniec budowy, zaprosiliśmy go na kawę i ciastko i pytamy "No i jak było? - No dziwnie było, nawet jak na sowiety... - Ale tam na miejscu? - Też, ale że tam dzicz nieco większa niż pod Moskwą, no to się spodziewałem... Bardziej mnie na początku przestraszyli, szczególnie Ahmed... - Ahmed??!! - No bo ustalałem z nim dostawę i tak dalej, on przyleciał do Polski, chyba uzgadniać te różne dziwne papiery, co się zmieniły między Niemcami, Polską a Ukrainą, i było tak: wziął mapę i mówi mi "Do tego miejsca (połowa Ukrainy) jedziesz na legalu, na papierach; będzie zatrzymywać milicja, to stań i się opłać, będzie zatrzymywać nie-milicja, próbuj dzwonić po milicję. Od tego miejsca do tego miejsca (linii Wołgi) NIE ZATRZYMUJESZ SIĘ NIKOMU, no chyba że będą strzelać... najpierw próbujesz do mnie dzwonić, a ja spróbuję załatwić sprawę! Od tamtego miejsca do budowy, NIKT CIĘ NIE ZATRZYMA, bo to moje królestwo i wszyscy wiedzą, że jedziesz do mnie".
Barter
[Kolega, który był w służbach "wysokiej" łączności wojsk.-rząd. za PRL, skąd płynnie przeszedł do dziwnych post-PRL firm, naprawdę komputeryzujących wsch. Europę, już nie na poziomie Wolumenu i giełdy na Grzybowskiej. Kiedy Polska już nie była (albo prawie nie była) pod embargami na elektronikę, a Rosja jeszcze była, wpadł w dawne nomenklatury i generalicje, prowadzące bardzo intratny handel serwerami, dyskami itp. do Rosji, zapewne obchodzący embarga]
- Jeździłem z szefami do Rosji na rozmowy, jako "techniczny". I kiedyś jak ustaliliśmy już detale, jakoś wypłynęła kwestia, że wszystko OK, ale dolary to są cenne, i czy może nie chcemy wejść w jakiś barter, w którym nam policzą nawet 2 czy 3 razy więcej, aby nie w dolkach za te dyski i serwery. Na co szefu się zaśmiał, że cóż oni mają na ten barter, ziemniaki?? Na co generałowie z którymi rozmawialiśmy też się roześmieli "No nie, nie ziemniaki. Coś lepszego, ale trzeba to przetworzyć - i można na tym zarobić... - Czyli co? - Dużo złomu aluminiowego...". Na co popatrzyliśmy po sobie i zaczęliśmy się zastanawiać, że hej, może i spod Leningradu do Polski daleko, ale alu to nie kartofle i jeśli nam policzą za ułamek ceny rynkowej to może się opłacić. Wyraziliśmy umiarkowane zainteresowanie. Generał stwierdził, że możemy skoczyć przed kolacją i pokaże nam o co chodzi. No i pojechaliśmy z nim gazikami gdzieś za miasto, coraz dalej w jakieś pustki i lasy, zapi... jak podupceni. I w końcu wyjeżdżamy na jakieś tereny wojskowe, jakieś bramy i warty, potem znowu długo długo nic, i nagle zza lasu wyłania się HAŁDA MiGów i SUCHOJÓW I TAK DALEJ, myśliwce, bombowce, złożone jeden na drugim, warstwami... I leżą tak, na dwa-trzy piętra wysoko, i hałda ma ze 100m szerokości i z pół kilometra długości... Oglądamy oniemiali, to są całe samoloty, nieco porozbijane i połamane, po prostu zrzucone na kupę. W końcu pytamy, ile tego tu jest, "No, parę tysięcy... I mam kilka takich hałd... - WTF?? - No nie za bardzo opłaci mi się je rozbierać... Ale jak se to zorganizujecie, wszystko jest wasze i se do huty po cenie rynkowej wyślecie, a ja wam policzę drobne za tonę". Podziękowaliśmy grzecznie, i że jednak wolimy dolary...
[Tak szemrane post-sowieckie post-nomenklatury post-milicyjne, po obu stronach, polskiej i rosyjskiej, że nawet nie wiem, co to były za biznesy i układy, bodaj jakieś bartery związane z drewnem z Syberii, ale nic nie wiem i wiedzieć nie chcę. Dwu biznesmenów rosyjsko-syberyjskich z wizytą w Białymstoku, u kolegów-Polaków. Wszystko byłe milicje i służby, okolice 1990.]
- W rozmowie wypłynęło, że Polska sporo się zmieniła, i na przykład w takim Białymstoku to już pełno porządnych zachodnich wozów na ulicach. Na co Rosjanie "Eee tam, u nas w mieście już więcej mercedesów na każdym winklu niż u was. Tylko, że szkoda, że z miasta nie da się nimi wyjechać... - Jak to? - No bo lasy wkoło, samochody pociągiem się przywozi. Próbowaliśmy różne terenówki, ale nie dają rady; z miasta nie ma dróg, tylko przesieki dla wielkich ciężarówek wożących drewno. W ogóle to jest zabawna różnica z tymi ciężarówami wzg Polski... - Jaka? - No bo w Polsce jak jest przejazd kolejowy, to samochody stają, kierowcy sprawdzają, boją się przejechać, a pociąg przelatuje beztrosko, jakby miał pierwszeństwo - No chyba tak jest normalnie?! - No właśnie zależy gdzie, bo u nas, jak się tory krzyżują z taką przesieką dla gruzawików, to pociąg zwalnia, włącza syrenę, mruga światłami, żeby spróbować ostrzec i dobudzić pijanych kierowców, na pół śpiących, bo i tak z przesieki nigdzie nie zjadą, tylko obijają się o krzaki i drzewa, żeby nie zderzyli się z pociągiem. Bo jak się pierdolną, to z lokomotywy nie ma co zbierać, a z ciężarówy przeważnie sporo zostaje, tylko pnie i drzewa rozsypane trza potem zebrać".