Na co dzień oglądam na youtubie "w tle" sporo "japońszczyzny", przeważnie rzeczy niezbyt rozpraszające - krajobrazy, spacery przez miasta, czy filmy z pokładu pociągów itp. ale okazyjnie gugiel podrzuca jakieś kawałki z TV japońskich. W tym różne "pranki", żarciki w legendarnym japońskim stylu, które przeważnie w pale nie mieszczą się ludziom z EU czy USA, oraz wygenerowałby tutaj całkiem tłuste pozwy i zadymy medialne. A tam - wszyscy świetnie się bawią, no, może poza wkręconymi w te "dowcipy" ludźmi.
Niedawno zastanawiałem się nieco nad różnicami kulturowymi, m.in. jak w powyższym kontekście, i jakże ą ę głęboko filozofololo i antropololo dumałem, ale na szczęście zaraz oprzytomniałem. Bo przecież nie jest prawdą, że prosty naród w EU czy PL nie pożąda i nie bawi się czerstwymi "żartami", od których można zejść, nie tylko ze śmiechu. Co najwyżej, ucywilizowaliśmy się nieco, i naród tutaj nie może sobie na to pozwolić...
Ale często próbował i próbuje, i przecież wysyp tych różnych tiktokowo - internetowych czelendżów i pranków (wiecie, że "pająk Wardęgi" to bumerang? po 8 latach nadal widuję go gdzieś w internetach w "nowościach" for fun... zaprawdę, recykling podstawą tej kultury), dowodzi, że nie ma tu jakichś wielkich różnic kulturowych - wszystkie małpy naczelne uwielbiają robić sobie żarty i wk... się nawzajem. Przy okazji zacząłem sobie przypominać co "zabawniejsze" żarty w swoim pobliżu, jakie prosty naród uwielbiał, w epoce BIE (jak BCE, ale przedinternetowej). A skoro je sobie przypomniałem, to się z wami podzielę.
1) Nie ma nic śmieszniejszego, niż kiedy ktoś wyp... się na ryj.
Na warsztatach szkolnych technikum w końcu PRL, w sekcji mechanicznej - obróbki skrawaniem (spory warsztat, klasy "mała hala fabryczna": tokarki, ze dwie frezarki, piła, itd.), instruktorzy mieli pakamerę oddzieloną od hali, zwyczajnie, jak typowa kanciapa brygadzisty itp. Jeden z instruktorów, ogólnie szczególarz i upierdliwy, miał zwyczaj zmieniania butów z "wyjściowych" na "kapcie", jakieś miększe pantofle, zamsz czy sztruks. Zawsze ustawiał te "kapcie" porządnie, równo, przy krześle przy drzwiach kanciapy. Kolesław nie był lubiany oraz możliwe, że te "kapcie" dodatkowo wkurzały naród, no bo były bardzo nie-BHP i "nielegalne" w tych okolicznościach prawie-przemysłowych - wszyscy musieliśmy męczyć się w full panzer-buciorach (bo musiały spełniać standardy na spawalnię, a nikt przecież nie nosił worka butów ze sobą; trampek na zewnątrz, średnich na mechaniczny czy elektryczny, i full-BHP na spawalnię).
Co podobno zaowocowało tym, że któregoś dnia, kolo przyszedł do roboty, powiesił na wieszaku kaszkiecik, odłożył "aktówkę", swoim zwyczajem usiadł na krzesełku, zzuł półbuty, wzuł stojące równiutko "kapcie", wstał z krzesełka i elegancko poleciał z hukiem w biurka i graciarnię w kanciapie, bo mu stópki nagle zostały "z tyłu". Trochę się porysował i poobijał, ale nie połamał się, no i porozrywał te swoje kapcie, które go "zatrzymały".
A zatrzymały go, bo ktoś mu je przybił solidnie do przemysłowej podłogi, takiej starożytnej, z "bruku" z dębowej kostki na sztorc. Stąd wyrwało go z tych kapci jak w kreskówce, oraz zostały po tym pranku tylko podeszwy przybite do podłogi, podobno. No i wściekły instruktor, z poobijanym pyskiem i podbitym okiem, to akurat widziałem na własne oczy.
2) Wszystko co zapomnicie na biurku, zostanie przez kolegów użyte przeciwko wam.
Malutki nerwowy elektryk, na moje oko sercowo-nadciśnieniowy (nie pomagało, że chlał zgodnie z adresem, czyli w stylu podlaskim), ciągle grał w totolotka. Ale nie kupował gazet oraz wiecznie gdzieś gubił okulary do czytania (bo za wiele nie czytał...), więc powiedzmy, co drugi los, pytał kogoś z tych, którzy nieustannie kupowali gazetki, o wyniki totalizatora. Taka była tradycja.
Kiedyś zostawił niechcący los na wierzchu. Już w jakieś 5min był PLAN a cyferki zostały przepisane na margines gazety koło wyników totka. Ale tu muszę przyznać, że koledzy elektrycy wykazali się niezwykła empatią i ludzkimi uczuciami, bo któryś wymusił, że "ej, ale nie szóstka, bo na serce zejdzie! piątka wystarczy!", żeby S. przekonać do pranka, ew. namówić na postawienie wszystkim po robocie chlańska.
Wszystko wypaliło i-de-al-nie. S. zapytał o wyniki, M. mu przeczytał, tylko zdał sobie sprawę, że przecież jakąś następną szóstą cyfrę musi podać. Rzucił coś z głowy, i rzecz jasna trafił 1:kilkunastu, czyli jednak podał S. szóstkę w totka...
No więc w 10s stan psychofizyczny kolegi S. zrobił się taki, że musieli pranka prędziutko skończyć, wytłumaczyć, przeprosić, być może nieco ocucić S. Był w takim stanie, że nie dał rady ich wszystkich zaraz zaj... szpadlem, dochodził do siebie do końca zmiany.
3) Pożartujmy o twoim rozwodzie.
Żarcik był trywialny, ale konsekwencje znaczne. Otóż jak się ma żonę, or compatible, z długimi włosami, to co chwilę ma się gdzieś na ubraniu jakiś efektowny włos, wiem, bo sam tak mam okazyjnie (a jak chodziłem w matowo-czarnym płaszczu, to w ogóle masakra, bo np. nawet 100 kocich włosków nie rzuca się tak w oczy, jak jeden piękny długi błyszczący rudy włos, na takim tle).
Przebierając się na koniec zmiany, ten sam warsztat co pkt. 2, jeden elektryk znalazł na rękawie koszuli włos żony i niewiele myśląc, zarzucił go "dla jaj" na bark kolegi obok.
Na drugi dzień prawie się pobili, bo kolega miał ciężki wieczór i noc, z żoną brunetką, która znalazła efektowny włos blondynki na mężu. O ile pamiętam, chciał, żeby dowcipas poszedł z nim i żonie wytłumaczył pranka i przeprosił, bo sprawa śmierdzi rozwodem - na co żartowniś, że to tylko żarcik, nie ma czasu oraz ma w d... czyjeś "problemy z głupią babą". Ale stanowisko całego warsztatu (coś koło 10 twardzielków) w temacie sporu zrobiło się zaraz tak bardzo wrogie, i bodaj czy brygadzista nie zagroził też, że żartowniś premii przez pół roku nie zobaczy, że o ile pamiętam, jednak poszedł tłumaczyć i przepraszać.
4) Aaaby wkurzyć kolegę, zapłacę każdą cenę.
W innym warsztacie i firmie (bardzo fajnej i porządnej firmie), co jakiś czas, przy inwentaryzacjach czy czyszczeniu magazynów, można było wystąpić z wnioskiem o "przydasia", że chce się na legalu zabrać to, co miałoby zostać wywalone do śmieci, czy na złom. Były na to procedury, wnioski, rejestry, itd. itp. no porządek był. Skądinąd sam sporo różnych gratów, przydatnych (albo i nie...), w naszym domu i zagrodzie, "zdobyłem" w tamtych czasach, w ten sposób.
Do co istotniejszych złomków, czy rzeczy uniwersalnie przydatnych (nie jakiejś totalnej egzotyki czy przemysłówki, którą np. ja brałem), powiedzmy, coś z elektryki, jakieś fajne pojemniki warsztatowe, czy coś z narzędzi, itd. itp. robił się tłok i wielu chętnych. Wypracowaliśmy taką praktykę, że złom, który ludziom biednym po domach i zagrodach naprawdę się przydaje, i jest kilku chętnych, wydajemy "rotując", tzn. jest jakaś nieformalna kolejka, i jeśli Adam wziął dziś grzejniki, to za tydzień przewody z demontażu weźmie Bogdan, a za 2tyg. resztki blachy Cezary. Oraz jeśli jest tłok na warsztacie do "przydasia", to w ogóle nie ma mowy, że weźmie ktoś z biura; żeby uciąć ploty o korupcji czy nepotyzmie w zarodku. Nie był to doskonały system, ale jakoś działało.
Tu jest kolosalna luka w mojej pamięci, bo nijak sobie nie mogę przypomnieć "o co poszło", tj. co było konkretnie tym "przydasiem", na który śliniło się wielu, a starszy kolega, dla ustalenia uwagi - nieco aspergerowiec, pilnował tematu, nawet wstępnie rozmawiał z kierownikiem, bo właśnie przypadała jego kolej "pobrania złomu" i zależało mu.
Młody średnio rozgarnięty kolega, który go niezbyt lubił i chciał wkurzyć, nudząc się na nocnej zmianie, sprokurował zatwierdzony wniosek o wydanie tego "przydasia" na kogoś innego (double strike!) i
podrobił na nim podpis kierownika - zostawił to na wierzchu, żeby zainteresowany znalazł i dostał piany. Poinformowani koledzy porannej zmiany mieli mieć ubaw i zaraz zrobić chóralne "SUPRAJZ!!!" i odkręcić żarcik.
Niestety, plan nie wypalił. Zainteresowany rzeczywiście znalazł wniosek, przyjrzał się, nieco zdziwił, po czym wcale się nie pienił, czy szalał ze złości, tylko wybiegł z warsztatu, zanim ktokolwiek zareagował.
Dopadł kierownika, zanim ogarnęli się i go dogonili, i przepytał, czemu podpisał papierek komuś, chociaż obiecywał jemu.
Wyobrażacie sobie, jak wielka wywrotka g... trafiła w 25kW wentylator, w tym momencie?
Uprosiłem szefu, żeby nie wzywał policji i nie zakładał młodemu głupkowi sprawy, ale oczywiście, dowcipas wyleciał na kopach za bramę tego samego dnia, bodaj czy nie dyscyplinarnie, a nie za porozumieniem stron; stracił świetną robotę w dobrej firmie... Bo z szefu było bardzo bardzo bardzo trudno się porozumieć, gdy odkrył ten żarcik.
Może wystarczy, ku zabawie i przestrodze. Bo ja, na przykład, pranków biurowo-warsztatowych nienawidzę.