Przetestuj mnie ten lexus...
W związku z tym, że zalegamy w Irlandii około roku i
wozidupek tutejszy też mamy już od prawie roku, stąd trza się było przyjrzeć paru drobiazgom technicznym i formalnoprawnym, a stąd może parę uwag wypiszę przy okazji.
Najistotniejszym zagadnieniami przy szrotach 15 letnich są oczywiście ich stan techniczny i formalne przeglądy techniczne. Reszta, to kwestia kasy tylko - w Irlandii oznacza to, jak kiedyś w PL, podatek drogowy (progresywny, za nasze 2.5l rzędu 1000EUR rocznie, np. za coś "normalnego" <3.0, rzędu 1400EUR, za coś "fajnego" >3.0, jakieś V8, rzędu 1800EUR) oraz ubezpieczenie, zależne jak wszędzie, od wozu, ilości i wieku ubezpieczonych czy miejsca zamieszkania itp. (oczywiście, OC/AC jest w stylu brytyjskim tj. ubezpiecza się osobę/osoby prowadzące samochód, a nie samochód, jak w PL).
Przeglądy techniczne w Irlandii, zwane NCT (National Car Test/Testing) robi się w ok. 50 wyznaczonych "krajowych" centrach testowych, a nie jak w UK czy w PL, u zyliona podmiotów typu "diagnosta z odpowiednim szyldem, mniej czy bardziej podpięty pod jakiś System". Obecnie operatorem NCT jest hiszpański konglomerat Applus+, ale to akurat nikogo nie interesuje, bo ceny za test czy re-test itd. są "ustawowe" i wszystko jest "pod szyldem" i logo NCT. Sam przegląd jest nieco bardziej formalizowany i chyba rzetelniejszy niż MOT w UK, czy niż polskie przeglądy, skądinąd pandemia dołożyła izolację diagnostów i diagnostyki od klientów, jeszcze większą niż np. kiedyś przy MOT angielskim, czy znacznie znacznie większą niż to, co pamiętam z PL.
Z ciekawostek nietypowych, przegląd można zrobić do 3 miesięcy przed terminem, i zalicza się "na termin". Nie wiem ile jest w PL obecnie dopuszczalnego "wyprzedzenia", ale chyba było miesiąc najwyżej, w UK też bodaj miesiąc. A tu, 3 miechy.
Co okazało się pośrednio istotne, bo niby wiedziałem, że są 3 miechy dopuszczalne, ale nie spieszyłem się zbytnio i poszedłem zabukować test (wszystko przez internety, ale chyba można też przez telefon czy "na ryj" itp.) jakoś tak około miesiąca przed terminem, ale okazało się, że
jestę idiotę, gdyż przez spiętrzenie przeglądów po "otwarciu" kraju po pandemii, se mogę zabukować przegląd, ale na za dwa miesiące, a w okolicy Dublina to i na za trzy, gdzieś w tam w listopadzie. Ożesz.
No trudno, zabukowałem gdzie się dało w miarę blisko i najszybciej, czyli ok.50km od domu i z tydzień "po terminie". Z tego "opóźnienia" wzięła się druga część notki, gdyż nie chcąc ryzykować jazdy wozem bez przeglądu (BTW pracodawca opłaca mi "deputat" za wóz i paliwo, więc pomimo pracy z domu, możliwości odstawienia lexusa i użycia transportu publicznego, czy taksówki w razie czego itd. itp. przyzwoitość nakazuje mieć jakiś wózek do dyspozycji pod ręką), i ryzykować dyskusję z policjantami, czy po prostu mandat bezdyskusyjny od byle kamery, przyszło pożyczyć na parę dni autko z wypożyczalni. Ale o nim za chwilę.
Z technicznych rzeczy, nasz wózek wydaje się w miarę sprawny, zawias sztywny, dziur od rdzy nie ma, itd. jedyne, co mi przyszło do głowy, to że przednie hamule miał już nieźle zjedzone, więc to akurat zamówiłem wcześniej i spokojnie wymieniłem bez problemu w parę godzin, i to z przerwami na piwo i szluga, gdybym palił. Tylnych nie chciało mi się nawet oglądać dokładniej, wiem, że "biorą" i że "ręczny" w miarę działa, więc poza przednimi, tylko posprawdzałem światełka, czy opony OK, itp. i do ataku! Zdumiewające nieco, ale przegląd został wczoraj zrobiony bez uwag. Tak szczerze, to diagnoście nawet nie chciało się gadać zbytnio - może jakbym się pojawił V8 czy egzotyką, byłby jakiś spocik petrolheadów, ale byle lexusem i sprawnym? nikomu nie chce się na to języka strzępić.
Z kwitów jakie dostaje się z diagnostyki, można sobie wyczytać różności, ale jedyne, co mi wpadło w oko, to, że te tylne hamule jednak należy rozważyć raczej prędzej niż później oraz że nadal bardzo porządnie działa katalizator i okolice, a zawias/kierowniczy jest zaprawdę wporzo i mam na to papier!
I tyle - zawsze jest cicha nadzieja, że na przeglądzie wózek wyleci w niebyt, z powodu czegoś zbyt upierdliwego czy kosztownego, i będzie pretekst żeby wymienić na coś ciekawszego czy nowszego, ale niestety, nie tym razem, lexi IS250 zostaje na razie.
... i przy okazji tę nyskę też.
Zamówiłem se w wypożyczalni na ten prawie tydzień jakiś tam złomex, z drugiej czy trzeciej półki od dołu, jak zwykle, "opel astra or compatible"; oczywiście, w ręcznej skrzyni, bo za automat doliczają coś koło 30% tutaj. A te bestie nie dzieciaki, podstawiły mi "or compatible" Nissana Joke, tfu, Juke nówkę.
Nowszy Juke wypływa mi oczy
nieco mniej niż poprzedni i jest to chyba jego jedyna zaleta, nie liczcie na full recenzję, nie jestem fanem, nie moje porno. Buda i prowadzenie jak byle jakiego crossovera; wnętrze typu ponur i niewygoda (skądinąd, żona miała większy NOPE! na te wnętrze, niż na cokolwiek ostatnimi laty, nieważne czy w pożyczanych oplach czy porsche, czy przy próbach zakupu meroli itp.); gadżety i infotainment jak w każdym obecnym kompakcie - połowa z dupy, połowa może być; silnik śmieszny, benzyna 1.0 trzy cylindry zaturbione, coś tam koło 110KM. O czym tu gadać, jak nie ma o czym mówić. Jeździ, hamuje, i tyle. Kojarzył mi się nieco
z naszą Vitarą 1.6 kiedyś, też koło 110KM - nieduże SUVopodobne, żwawe z dołu, ale przy większej prędkości zaraz się kończył silnik, i też miała wzg. "tanie" wnętrze. No, tyle, że vitarka zamiast hałdy zbędnych IT-gadżetów miała automat i prawdziwe 4x4...
Z ciekawostek, zastanawiałem się, jak takie bezpłciowe tanie wózki się marketinguje - poszedłem na strony Nissana i nieco rozbawiła mnie broszura, w której literalnie nie ma prawie nic o samochodzie, jako o maszynie do przemieszczania się, o silniku, nawet o mały spalaniu się nie chwalą zbytnio (oczywiście, w te coś koło 5l/100km nie radzę wierzyć...) - 90% jest o "juke jako gadżet i rozszerzenie twojego telefonu".
Mhm. Ale jako samochodu, nie życzę nikomu.
Dyscyplina dodatkowa - Lexusem przez Szkocję
Czyli niespodziewany wypad do Szkocji, obrazki warte tysiąc słów podobno. Włala: