Przed samą II wojną
Warspite, razem z częścią rodzeństwa, trafił na Morze Śródziemne - ze swoją pierwszowojenną prędkością maksymalną pancerniki typu
Queen Elizabeth nie nadawały się zbytnio na Atlantyk czy Morze Północne; gdyby wpadły na Niemców płynących choćby w kajaku, nie byłyby w stanie ani uciec (jeśli kajak nazywałaby się
Scharnhorst) ani dogonić (gdyby, powiedzmy, to jednak nie był kajak, ale jakiś zagubiony krążownik). A na Morzu Śródziemnym nie bardzo było miejsce, żeby się ganiać (a przynajmniej tak się wydawało...), a do połowy 1940 to i nie było z kim.
Niniejszy cykl jest raczej o ludziach niż okrętach, nawet jeśli ulubionych, więc może znajdźmy punkt zaczepienia do dalszej gawędy, czyli jakiegoś człeka. Na przykład - dowodzenie flotą śródziemnomorską objął w tym czasie skromny acz obiecujący admirał ABC, czyli admirał Andrew Browne Cunningham. Urodzony w Irlandii, ale rodowity Szkot, z wielowiekowego klanu Cunningham, z inteligenckiej rodziny bez bezpośrednich tradycji morskich. Jako dzieciak - nieduży, inteligentny, acz "zabijaka". Wstąpił do Navy, kiedy ojciec mu to luźno zaproponował. Jako kadet był średnio posłuszny, bardzo inteligentny, bardzo wysokie noty w przedmiotach ścisłych i zawodowych.
Pierwszą wojnę przepływał na niszczycielach, pod koniec zaczął nimi dowodzić, dorobił się trzykrotnego Distinguished Service Order (czyli DSO z dwiema poprzeczkami), za walki na Dardanelach i na Bałtyku (gdzie współpracował z i uczył się od legendy dwu wojen światowych, czyli admirała Cowana; któremu należy się kiedyś oddzielna notka - skądinąd wzmianka o nim już była w "marynatach"). Potem Cunningham dowodził niszczycielami, bazami, robił podyplomy, normalna kariera we flocie międzywojennej. Na początku lat '30 objął swój pierwszy duży okręt, pancernik
Rodney, potem został kontradmirałem, znowu na niszczycielach, wkrótce awansował na wiceadmirała. Fuksem (bo polityka międzywojenna była oszczędnościowa) załapał się na parę lat na zastępcę dowódcy floty śródziemnomorskiej, jego okrętem był słynny
HMS Hood (jak ABC wspominał - pałac, nawet w porównaniu z
Rodneyem). W 1939 wydawał się niezłym produktem etosu Royal Navy, i kimś, kto ten etos może ponieść dalej. Na Morzu Śródziemnym czuł się dosko (skądinąd, uważał flotę śródziemnomorską za jeden z zacniejszych kawałków Royal Navy, szczególniej w porównaniu z Grand/Home Fleet), no i znał "okolicę" jak własny flagowy
Warspite - który objął "w zarząd" 6 czerwca 1939, jako Commander-in-Chief, Mediterranean. Co ważniejsze, znał nie tylko te wody, ale dosko znał i cenił większość ludzi jakimi i z jakimi miał dowodzić - swojego szefa sztabu, dowódców eskadr, okrętów, itd.
Pomimo taktycznych zastrzeżeń i przydziałów, "Wzgarda" i tak zaraz na początku wojny zastała mu zabrana (razem z wieloma innymi okrętami) i trafiła, nieco przypadkiem, na północny, "prawdziwy", teatr działań. Kiedy okazało się, że w wyścigu po Norwegię zdecydowanie prowadzą Niemcy, pancernik został wysłany z niezbyt okazałą eskortą niszczycieli pod Narvik, żeby wesprzeć ciężkimi działami poronione dziecko Churchilla, czyli desant pod Narvikiem, i przy okazji wklepać zakorkowanym tam Niemcom (parę ich niszczycieli utkwiło w fiordzie po pierwszej bitwie). Oczywiście, pomysł pływania starym pancernikiem po fiordach pełnych niszczycieli i okrętów podwodnych, z przyzerowymi możliwościami manewru i bez istotnego wsparcia z powietrza, nie był zbyt mądry. Ale skończyło się szczęśliwie i skromnym sukcesem -
Warspite wyszedł bez ryski; niemieckie niszczyciele, że tak powiem, wprost przeciwnie. A na lądzie nie bardzo było co i jak wspierać.
Akcent polski - o ile mi wiadomo (ale dane widywałem najróżniejsze), przez parę dni, może tydzień na początku tej minikampanii, bliską obstawą "Wzgardy" był nasz niszczyciel
Grom. Zatonął zbombardowany w fiordzie, 4 maja 1940.
Warspite zaraz wrócił na Morze Śródziemne (chociaż, jak pisał Pierwszy Lord Morski do Cunninghama, "wolałbym oddać 100 niszczycieli"), trochę innych okrętów też. Wobec pewności, że w razie wojny z Włochami Malta zostanie zmasakrowana przez lotnictwo, trzon floty na chybcika przebazowano z La Valetta do egipskiej Alexandrii ("na chybcika", bo Malta była wiekową twierdzą i doskonale zaopatrzonym portem wojennym, Alexandria w 1940 dalece niekoniecznie). Skądinąd, na Malcie zostało mnóstwo rodzin marynarzy, którzy odpłynęli w najróżniejsze miejsca, nie tylko do Alexandrii; została też żona i kuzynki admirała Cunninghama (a żona admirała nie dała się ewakuować z Malty w pierwszej kolejności, bo to się nie mieściło w etosie Royal Navy, nieprawdaż).
"Dziwna wojna" na froncie zachodnim przeszła w normalną, Francja została rzucona na kolana w tempie blitzkriegu (jak skomentował zaraz po kapitulacji, tak bardzo w duchu Royal Navy, wiceadmirał Tovey - tak, ten sam, który niebawem zostanie szefem Home Fleet i będzie ganiał się za
Bismarckiem itd., a u ABC dowodził niszczycielami i krążownikami - "Teraz wiem, że to my musimy wygrać tę wojnę, sir. Nie mamy więcej sojuszników."). Kapitulacja Francji miała kolosalne znaczenie dla angielskiej floty śródziemnomorskiej, bo marionetkowy rząd Vichy zachował jednak pod swoim zarządem solidny kawał francuskiej floty w portach Morza Śródziemnego, głównie w Tulonie, Oranie (dokładniej w Mers-el-Kebir) i innych portach francuskiej Afryki, ale też eskadrę w prawie-brytyjskiej Alexandrii.
Rząd brytyjski, będąc w koszmarnym położeniu po Dunkierce i wobec możliwości inwazji, itd. zdecydował, że nie może ryzykować nagłego morskiego wzmocnienia Niemców czy Włochów razy dwa, jeśliby przejęli te wszystkie okręty, i przeprowadził niesławną akcję "neutralizacji" floty francuskiej. Nie miejsce tu na rozważanie przesłanek, realiów i samych działań (skądinąd, Cunningham zaopiniował plany i propozycje akcji siłowej przeciwko Francuzom z najwyższym sprzeciwem). Jak wiadomo, eskadra w Oranie odrzuciła brytyjskie ultimatum, doszło do bratobójczych walk. W Alexandrii było o tyle łatwiej, że nie rozmawiano z "niezależną" eskadrą w jej własnym porcie, ale to Francuzi byli w gościnie (serio, poprzednio we współdziałaniu i serdecznej gościnie) - co nie znaczy, że nie doszło do błyskawicznej eskalacji, po tym jak przyszły wieści z Oranu itd. Dowódca francuski przeszedł szybko drogę od połowicznej zgody na wyjęcie paliwa i praktyczne rozbrojenie w Alexandrii, przez "zatopimy okręty poza portem", po "a walcie się brytole na ryj". A Admiralicja żądała od Cunninghama wykonania ultimatum i rozbrojenia Francuzów do zachodu słońca (dosłownie "Do not, repeat NOT, fail.") - oczywiście mędrcy wysłali taki sygnał, kiedy w Alexandrii już zachodziło słońce... Jak wspominał ABC, "Rozkaz, jako niemożliwy do wykonania, został przez nas zignorowany. Nie wierzyłem, że w ogóle wyszedł z Admiralicji, i po dziś dzień nie wierzę.")
Na drugi dzień rano francuski admirał ostatecznie odrzucił ultimatum, na co ciężkie okręty angielskie obróciły się całymi burtami do Francuzów; lufy dział, między innymi
Warspite, były wymierzone nawzajem w okręty w porcie; niszczyciele i okręty podwodne wymierzyły torpedy. Nikt nie chciał walczyć (oficerowie francuscy traktowali samą możliwość walki, nawet już po Oranie, jako niewiele mniejsze zło niż wprost zdradę - jak powiedział pewien kapitan francuski do angielskiego "kiedy zobaczyłem, że zdejmujecie zatyczki z dział, kazałem pozatykać nasze..."), zresztą, Francuzi w praktyce nie mieli szans, tyle, że zaśmieciliby wrakami port; no ale z przyłożenia, oberwałoby się też nieco angielskim okrętom. Dodatkowo, ofiar po stronie francuskiej byłoby pewnie jeszcze więcej niż w Oranie...
Cunningham, z zaufanymi ludźmi, w maksymalnym stresie i przez pół poprzedniej nocy i w pół dnia, wypracowali skuteczną taktykę przełamania pata i przekonania Francuzów ("masowe" wizyty kapitanów angielskich na francuskich okrętach, rozmowy bezpośrednio z kapitanami, propaganda (nagłośnienia i plansze) skierowana do zwykłych marynarzy, itd. itd. żeby właśni ludzie przemówili francuskiemu admirałowi do rozumu i honoru). Do lunchu Francuzi przekonali swojego admirała, żeby wybrał bramkę nr.3 a nie strzelaninę w porcie - eskadra dała się rozbroić i przejść w stan konserwacji, o czym ABC mógł zameldować Admiralicji tak jakoś po południu, czyli coś koło 20 godzin po "DO NOT FAIL" ultimatum.
Cunningham zaryzykował w imię wyższych wartości całą swoją karierę. Bo w typowej flocie wojennej, po takiej pokazówce, to nawet roweru wodnego w dowodzenie już by nie dostał. A w niektórych flotach, to poszedłby nie tylko z torbami, ale pod sąd. Ale etos Royal Navy przejawiał się między innymi w tym, że Admiralicja "przyznała mu rację" - pogratulowano mu i wybaczono ("We offer you our most sincere congratulations. The Prime Minister also wishes his congratulations to be sent to you."), bo wykonał rozkazy "w duchu" co do joty, nawet jeśli "w literze" był bardzo daleki od widzimisia rządu i Admiralicji. Sprawę potraktowano w tej bardzo starożytnej tradycji Royal Navy, że "pełny" samodzielny dowódca na morzu - master and commander, kapitan, admirał - samodzielnie podejmuje decyzje i niekoniecznie ogląda się na listy czy rozkazy - zdezaktualizowane, opóźnione, nieadekwatne - BO TO ON JEST NA MIEJSCU I WIE 10 RAZY LEPIEJ, co jest grane. Oczywiście, żeby taka delegacja działała, delegowani muszą prezentować najwyższe standardy, mieć sporą władzę i nie bać się brania odpowiedzialności - a delegujący muszą ufać delegowanym, unikać "wyuczania bezradności" w podwładnych, no i czasem umieć przyznać "okej, nasze rozkazy były z dupy wyjęte i słusznie zignorowane, gratulacje". Co wymaga, tak, zgadliście, bardzo zacnej kultury organizacji, oraz kultury uwikłanych w nie ludzi.
W międzyczasie Włosi, którzy grali na zwłokę jak długo się dało, w końcu musieli się opowiedzieć jasno i stanęli za Niemcami, wypowiadając wojnę Aliantom - ale nie rwali się do walki z brytyjską flotą śródziemnomorską. Zaatakowali solidnie Maltę z powietrza, mieli istotne zadania konwojowo-zaopatrzeniowe do Afryki Pn. ale nie potrafili zdobyć się na jakieś ciekawe pomysły działań ofensywnych przeciwko eskadrom w Gibraltarze czy Alexandrii, czy działań na wyspach greckich. Oczywiście, działały okręty podwodne; czasem siły lekkie wpadały na siebie, przeważnie przypadkiem, i dochodziło do potyczek raczej niż bitew.
Cunningham przeciwnie, optował za agresywną strategią, w celu upupienia Włochów, jeśli nie w walnej bitwie, to przynajmniej w celu odciążenia Malty (której znaczenie rozumiał, kiedy jeszcze prawie nikt tego nie rozumiał) i przerwania strumienia zaopatrzenia do Afryki. Co ciekawe, jego strategia była skażona poważnym błędem, bo jednak ABC był tylko człowiekiem - kolosalnie nie doceniał jak bardzo groźne stało się w międzyczasie lotnictwo; wydawało mu się, że okręt na pełnym morzu, z możliwością manewru i odpowiednią prędkością jest celem prawie niemożliwym do trafienia. Stąd, na początku wojny, wydawało mu się, że metaforycznie mówiąc - wystarczy przesunąć odpowiednie siły gdzieś pod Sycylię i poczekać chwilę, i będzie okazja do rozróby (i jedyne co wg. niego było potrzebne, to porządne rozpoznanie lotnicze, z którym było bardzo krucho). A włoskie bombowce latające wahadłowo, w tempie autobusów podmiejskich, z Sycylii czy Włoch czy Dodekanezu? Szczegół. Nawet jeśli np. w cztery dni jego flota doznaje 34 nalotów, albo "na raz" spadają wkoło jego
Warspite bomby sporymi seriami, powiedzmy ze dwa tuziny z lewej i tuzin z prawej...
Dygresja - będzie jeszcze o tym (a tak naprawdę, powinienem oddzielną notkę) - mało kto miał tak genialne czarno-humorowe i zabawne sygnały wysyłane przez wielkie okręty, jak Royal Navy. Bo i w tym mieszkał etos RN - jej kapitanowie a jeszcze bardziej admirałowie, regulaminy komunikacji mieli przeważnie w luźnym poważaniu, i nie omieszkali dawać publicznie (no bo sygnały lampą czy flagami odczytać mogła połowa załóg połowy okrętów w zasięgu wzroku) do zrozumienia, co myślą o danej operacji, wojnie, życiu i innych okolicznościach przyrody. Jak na przykład przy nalotach na grupę aleksandryjską, kiedy krążownik
HMAS Sydney zasłoniły fontanny wybuchów "wielkie jak kościoły", admirał Cunningham zasygnalizował do
Sydney "Czy wszystko z wami w porządku?", na co twardy kapitan Collins odpowiedział "Mam nadzieję, że tak" ("I hope so").
Niedługo po rozwiązaniu "problemu francuskiego" doszło do agresywnego wypadu silnej grupy brytyjskiej pod Kalabrię, i nieco przypadkowego, acz bardzo chętnie widzianego przez ABC, zderzenia z porównywalną grupą włoską, która była daleką osłoną włoskiego konwoju pn.-pd. Po rozpoznaniu pozycji przez samoloty, floty "znalazły się" i krążowniki angielskie (adm. Toveya), nie ważne, że słabsze od Włochów ("outgunned and outnumbered"), pognały rozpoznać wroga bojem. Grupa pancerników Cunninghama została w tyle - była spowolniona przez zabytkowego
HMS Royal Sovereign i niemodernizowaną
Malayę - więc ABC podzielił ją na dwie części, a tak naprawdę, pognał swoją "Wzgardę" za krążownikami, żeby je wspierać, no i mieć oko na sytuację.
Kiedy doskonałe krążowniki włoskie już "witały się" przy pomocy dział 200mm ze słabszymi i próbującymi nieco się oderwać Anglikami, nadciągnęła szarżująca "Wzgarda" i szybko przywróciła równowagę pola walki, wysyłając "przyjacielsko" Włochom parę ciężarówek mocnej stali, w kalibrze 381mm. Na co dla odmiany włoskie krążowniki postanowiły, no ciekawe czemu, nieco oderwać się, ale - wciągając Anglików w zasięg swoich pancerników,
Giulio Cesare i
Conte di Cavour (też weterani pierwszej wojny jak
Warspite, ale jeszcze bardziej zmodernizowani, np. znacznie szybsi). Na co
Warspite wykonał jakieś kosmiczne deja vu, czyli zrobił kółko, jak kiedyś pod Jutlandią - ale tym razem planowane, Cunningham chciał po prostu, żeby przynajmniej
Malaya go dogoniła.
W międzyczasie włoskie pancerniki wyszły na zasięg swoich dział i o 15:52
Giulio Cesare otworzył ogień z około 26km,
Warspite nie pozostał dłużny, walił ze wszystkich luf do obu włoskich pancerników (właśnie po to ma się dwa niezależne dalocelowniki i zyliony dalmierzy, itd.),
Malaya też zaczęła strzelać, spoza zasięgu, w formie dywersji. A krążowniki obu stron zaczęły zawracać do bitwy.
O 15:59 dwa pociski Włochów padły blisko
Warspite. W tym samym momencie, jeden z ciężkich 15 calowych pocisków legendarnej "Wzgardy" przyjebał centralnie w "Julka Cezara". Rozniosło mu komin i magazyn podręczny amunicji przeciwlotniczej, zginęło dwu marynarzy, kilku zostało rannych. Dym z płonącego magazynu wciągnęły wentylatory maszynowi włoskiego pancernika, trzeba było odstawić i ewakuować połowę kotłowni.
Teraz uwaga, będzie wojenno-morska pornografia:
Warspite trafił
Giulio Cesare z około 24km. Z DWUDZIESTU CZTERECH P...NYCH KILOMETRÓW. Okej, przy dobrym stanie morza i widoczności, ale jednak, z ruchomej platformy (jakieś 24 węzły, czyli 44km/h) w ruchomy cel (jakieś 27 wezłów, czyli 50km/h). Więc to nie jest tak, że wymyślicie sobie, jaka wiocha jest od was o 24km i w który sklep czy magazyn chcecie w niej trafić, to jest znacznie trudniej. Ba, to jest trudniej, niż pozorny model-ćwiczenie, czyli strzelanie przez spore podwórko, z małokalibrowego pistoletu, do zeszytu szkolnego, który ktoś zawiesił na sznurku i wiatr nim lekko macha. Przede wszystkim dlatego, że w prawdziwym życiu pocisk 15 cali leci na 24km jakieś 50 sekund, PRAWIE MINUTĘ. No i zeszyt nie odpowiada ogniem ze swojego pistoleciku, celując wam w czoło...
(A jedyne porównywalne, na poziomie "ex aequo", trafienie w historii, zdarzyło się miesiąc przed bitwą pod Kalabrią, daleko na północy niemiecki
Scharnhorst trafił lotniskowiec
HMS Glorious też z około 24km)
Włosi po oberwaniu prawie natychmiast postawili zasłony dymne i zaczęli spieprzać. Co nie było głupie, bo
Giulio Cesare nawet po niejakim ogarnięciu kotłowni, był tylko nieco szybszy od zabytkowego, ale jednak nieuchronnie nadciągającego, niczym żółw z bajki o żółwiu i zającu,
Royal Sovereign. A jakby przyszło zmierzyć się samemu
Conte di Cavour (w kontrataku w osłonie brata) albo samemu "Julkowi" (załóżmy, zostawionemu w tyle) z trzema angielskimi pancernikami, wynik byłby łatwy do przewidzenia. Więc Włochom nie pozostało nic innego, niż wycofanie pancerników, zadymianie i kontrataki, anemiczne krążowników i tylko nieco mniej anemiczne niszczycieli, wyskakujących z zasłon dymnych. Ale wystarczyły, żeby Cunningham nie ryzykował pakowania się w ciemno i w dym. Bitwa rozeszła się po kościach, oczywiście, przyleciało na deser ponad 100 włoskich samolotów, część zbombiła własne okręty w zamieszaniu. Na szczęście równie nieskutecznie jak angielskie (ale meldunki włoskich lotników, to hoho, ogłosiły zatopienie co najmniej połowy angielskiej floty).
Oczywiście, może i taktycznie oderwanie się Włochów nie było tchórzliwe, tylko rozsądne, ale jednak dobrego wrażenia nie zrobiło - kiedy wspomnieć, jak
Warspite pod Jutlandią meldował się do linii z 2/3 prędkości i po kilkudziesięciu trafieniach, trochę wydaje się słabe, kiedy jego "bliźniaczy" przeciwnik wypada z gry po jednym trafieniu... a może jakieś różnice etosu tu wystąpiły. Choć podobno i tak Włosi byli zadowoleni, że postrzelali się z Royal Navy "jak równi z równymi". No ale nie wiem...
Skądinąd admirał Cunningham nie był zadowolony z wyniku i bitwy - chwalił krążowniki i adm. Toveya, podziwiał artylerię "Wzgardy", ale był daleki od zadowolenia z możliwości
Malaya i
Royal Sovereign, zaraz prosił Admiralicję o dosłanie paru sióstr
Warspite z sensownymi działami i wyszkoleniem, jakichś cięższych krążowników może (bo akurat tego Włosi mieli na pęczki, a on nie), no i jakiegoś sensownego lotniskowca.
Z ciekawostek, kiedy oba zespoły pancerników i krążowników lały się na czubku włoskiego "buta", na zamieszaniu zyskały konwoje - nie tylko włoski, który prześlizgnął się w tle na południe, ale też przytomnie wyekspediowane konwoje ewakuujące Maltę - admirał na Malcie słusznie wyczaił, że Włosi w stanie "na teraz" raczej nie mają głowy do patrolowania wschodniego M.Śródziemnego i wypchnął, co się dało, do Alexandrii. Na szybkim transportowcu dopłynęły do Egiptu m.in. żona i kuzynki admirała Cunninghama, trzy godziny po tym, jak zawinęła do Alexandrii z powrotem "Wzgarda"; szczęśliwie przeżyły coś koło 72 nalotów na Maltę, w 29 dni, no i ryzykowny pasaż przez połowę Morza Śródziemnego.
(niestety, nieuchronnie potrzebna będzie część trzecia...)