Jak nieraz zaznaczałem, nie jestem wielkim fanem serialu telewizyjnego, czy obecnie: netflixowo - amazonowo - telewizyjnego raczej. Poza "moimi" nielicznymi anime czy w kierunku sf-fantasy ("Dobry omen" był ostatnio, chyba prawie rok temu? poleca się skądinąd. A ponad rok temu
Love, Death + Robots) żonie z najwyższym wysiłkiem udaje się zagonić mnie do oglądania czegoś "normalniejszego" a i tak przeważnie odpadam po sezonie, oby nie połowie; za ostatnie lata jedyne co pamiętam, że było, to nowe "Fargo", "Better Call Saul", "True Detective" i to chyba tyle. Kiedyś też trochę komediowych się oglądało, jeszcze przy dzieciakach, TBBT czy Scrubs; jednym okiem widziałem oczywiście coś tam z "Breaking Bad", "House of Cards", "Midsomer Murders" czy innego "Black Mirror", które żona ogląda, ale to nie jest porządne oglądanie filmu. A nawet te, które sam chciałem obejrzeć, przeważnie kurzą się na dyskach czy płytach nawet, od dekad, rekordzistą jest chyba wielopak DVD "Rome", HBO 2005. No dobra, możemy doliczyć jeszcze jako seriale Top Gear czy Grand Tour, kto bogatemu zabroni.
Nie wiem czemu tak jest - seriale są za słabe? ja znudzony? albo szybko się nudzę? nie pożądam "dalszego ciągu" jak ich typowy odbiorca? Diabli wiedzą.
A tu nagle żona przekonała mnie, że trza obejrzeć co nieco nowości. Na pierwszy ogień poszedł
"Truth Seekers" czyli serial spółki Pegg i Frost, tych od "Shaun of Dead", "Hot Fuzz" itd. Spoko produkcja, bardzo w ich duchu. Co prawda momentami zalatuje powtórką pomysłów z "World's End" oraz trochę za proste to wszystko (nie przepadam, kiedy odgaduję połowę twistów i fabuły w połowie serialu, no ale robią to zapewne dla milionów normalnych ludzi, a nie tylko dla siebie i walniętych nerdów jak ja) - tak czy owak historyjka porąbanej ekipy post - post - modern - ghostbusterów ma u mnie powiedzmy 7/10.
(Fanart użyty za zgodą autora: Dan Eder)Ale ja nie o tym. Kolejnym obejrzanym był świeży
"The Queen's Gambit" (Netflix 2020).
Jakby to ująć - dawno mnie tak nie sieknął jakikolwiek film, o serialu nie mówiąc. Pisząc "sieknął" mam na myśli wielopłaszczyznowe i wielostronne oddziaływanie i jakość filmu, w sensach intersubiektywnych "jako film", jak i w różnych sensach subiektywnych.
Starając się nie zdradzać fabuły nadmiernie - jest to miniserial (7 godzinnych odcinków, adaptacja powieści) o dziecku - dziewczynie - kobiecie, która w latach '60 USA z sieroty z problemami, za to z talentem do szachów, rozwija się jako człowiek i jako mistrz szachowy, oczywiście nie bez problemów, dawnych, nowych i różnych, po drodze.
Teraz będę punktował co mi się podobało:
Że o dziewczynie - kobiecie emancypującej się w cholernie szowinistycznym i męskim sporcie opowiedziane tak, że jestem w stanie w to uwierzyć i przeżywać, nawet jeśli to fikcja literacko-filmowa.
Że o szachach - ludzie, nie pojmuję, kto w ogóle zaryzykował taki temat i kasę na to. Ja wiem, że szachy przeżywają mini renesans podobno, po odbiciu i pogodzeniu się wszystkich z tym, że kompy nas ogrywają, ale nadal, nie wierzę, że w ogóle doczekałem czegoś takiego.
Że o kosztach geniuszu umysłowego w kontekście kosztów bycia człowiekiem w ogóle - nie widziałem za wiele tak dobrze zrobionych, nieprzerysowanych wizji (ale jw. może za mało oglądam w ogóle)
Że o solidarności i empatii ludzi dobrych i mądrych, nawet jeśli życie ich nie rozpieszcza a nawet wprost przeciwnie.
Że o nałogach - tak, jak o nich się powinno opowiadać, moim zdaniem.
Że obsada dała radę - Anya Taylor-Joy, grająca skrzyżowanie aliena z problemami, z dziewczyną/kobietą i z mistrzynią szachową, wymiata oczywiście, ale reszta też jest spoko. Miły akcent polski - Marcin Dorociński w roli radzieckiego arcymistrza szachowego też dobrze wypadł.
Że miejscami teksty są genialne - "Four Russians is a lot of Russians" kradnę natychmiast do mojego słownika, i jest tego więcej.
Że scenografie, stroje, zdjęcia, muzyka - są bez zarzutu, nie w sensie historyczności czy jakości, ale w sensie realizacji scenariusza i oddziaływania "jako film".
Że dbałość o szczegół wielka jest, a to się chwali - mało co mnie bardziej rozprasza niż brak dbałości o szczegóły w filmie czy nawet książce. Żebyśmy się rozumieli - nie oczekuję 100% wierności faktom, historii itp. oraz przecież zyliona szczegółów nie zauważę i tak, albo właśnie zauważę coś nie tak; nie o to idzie, idzie o sam etos, o wrażenie, że ktoś tu przynajmniej próbował zadbać o każdy detal. Także w temacie sedna, tj. szachów - konsultantami byli Kasparow (chyba nie muszę przedstawiać) i Pandolfini (mistrz dawniej, potem czołowy autor o szachach i trener), oraz na planie Rubingh i Atkinson (poważni gracze i popularyzatorzy szachów).
(MINI SPOILER) Że w zasadzie nie ma czarnych charakterów - jest parę szarych powiedzmy. Zaskakujące, jak na zachodnią produkcję w miarę głównego nurtu. Lubię to.
Ale może to wszystko powyżej właśnie dlatego, że to już nie jest produkcja głównego nurtu, tylko gdzieś obok? Nieważne. Ogólnie, dla mnie serial był z kategorii "wgniata w fotel i wymiata po całości". Minimalnie mógłbym się czepiać, że trochę za miękkie, słodkie, mikro-rasistowskie i epsilonowo-szowinistyczne te lata '60 USA od Netflixa, o ZSRR nie mówiąc, ale - nie wiem czego jeszcze miałbym się czepiać. Całość solidne 9.5/10 na moim film-o-metrze.
Wgniotło mnie również dlatego, że nostalgia trip i powrót w szczęśliwe-nieszczęśliwe czasy dzieciństwa, co nie. No oczywiście nie byłem dziewczynką - sierotą i mistrzem szachowym, ale jakoś tak wyszło, że w szachy zacząłem grać około 4-5 roku życia bodajże. Na pewno około 6 roku nauczycielka w przedszkolu przyprowadzała mi swoich synów, wczesną podstawówkę, żebym ich uczył grać (tępawi byli). Miałem książkę "ABC szachisty" Czarneckiego, która zdaje się była bardzo dobra; największy problem, że przeważnie nie miałem z kim grać. Najbliższa rodzina nie miała głowy, czasu, chęci, zresztą, zacząłem ich ogrywać zaraz. Kawałek dalszej był zapalony do szachów ale mieszkali za daleko (od strony ojca w Beskidach - grano tam powszechnie na wsi, na świetlicach, po domach, grała babcia i wujek, ojciec i ciotka też trochę, bodaj od nich wszystkich się zaraziłem i uczyłem podstaw na wakacjach; nie pamiętam czy "ABC szachisty" nie było prezentem od babci czy ciotki).
Potem w podstawówce nieco mi przeszło, nie miałem z kim grać, klub szachowy na osiedlu odwiedziłem raz czy dwa, ale był za poważny i mnie onieśmielał, miałem zylion innych zajęć. No zdarzyło mi się trafić na jakieś turnieje międzyszkolne itp. bo "ktoś musiał", niewiele wygrałem ale se pograłem. A propos serialu - w PRL '80 fajniej grało się z dziewczynami niż z chłopakami, i trudno byłoby zrobić o tym emancypacyjny czy feministyczny serial; może i nie-realny był ten socjalizm, ale akurat TO robił dobrze, do pały nikomu nie przychodziło, że to "męska gra", czasem dziewczynek było więcej niż chłopców; spuszczały mi wpieprz na szachownicy bardzo sprawnie.

W technikum w późnych '80 szachy były jedyną rozrywką na świetlicy szkolnej, poza książkami, telewizorem, ew. wideo. Okazało się, że trochę ludzi gra w szachy, było z kim się bawić. Okazało się, że kolega mieszkający wzg. blisko i porąbany tak, że kompatybilny z moim porąbaniem, gra. Z różnych wspólnych zainteresowań, w tym - szachów i z mieszkania na tej samej dzielni, skumplowaliśmy się na całe technikum; potem drogi nam się rozeszły, szczególniej, że ja wybyłem "za żonę" a on "za wodę".
Graliśmy dużo, czasem jak porąbani, więc pewne rzeczy pokazane w serialu znam z autopsji, że tak powiem. Koszta umysłowe, ciśnienie, wertowanie źródeł (to jeszcze epoka przedinternetowa, a programy szachowe ówczesne ogrywałem lewą stopą), itd. Otwarcia ulubione mieliśmy rozgryzione całkiem całkiem, a te które graliśmy obaj "zgodnie", ustawialiśmy od razu po 6 czy 8 ruchach, żeby czasu nie tracić - nieco szokowało to postronnych, nawet grających kolegów, na świetlicy, gdzie w pół godziny długiej przerwy w technikum oszczędzaliśmy tak czas, żeby więcej partii zrobić. Oczywiście, czasem któryś z nas wyuczał się nowego otwarcia, żeby drugiemu kuku zrobić, na co drugi "wzmacniał bibliografię" i równowaga wracała.
Zabieranie pełnowymiarowych szachów na lekcje nie zdawało egzaminu; wynaleźliśmy mini-komplety, ale nam je konfiskowano od czasu do czasu (najlepszego o ile pamiętam polonistka mi nie oddała, chociaż obiecywała po maturze, no co za świństwo). Nawet próbowaliśmy grać w pamięci, ale na to byliśmy nieco za słabi. Zresztą, trzeba było się nieco uczyć na lekcjach, co nie.
Sądząc po graniu z innymi znajomymi, grywającymi w klubach (nie mieliśmy do tego głowy) i ogólnym wrażeniu, byliśmy gdzieś około 1 kategorii zawodniczej, FIDE 1900.
Z tamtych czasów mam pamiątkę - szachownicę-pudełko, zwykłe drewniane w stylu jarmarczno podhalańskim, bo takie kupowano do świetlicy. Nawet go chyba nie ukradłem, tylko zapytałem i dostałem gratis - ludzie gubili figurki ciągle, na 5 zestawów dwa pudełka przeważnie były pustawe, co jakiś czas dokupowano nowe zestawy.
Potem przestałem grać, praktycznie w ogóle. Od wielkiego święta pogrywałem z komputerem (programy pomału poprawiały się, ja słabłem). Żona umie grać ale nie przepada za, córki nauczyłem, ale nie wciągnęły się zbytnio. Inna sprawa, że ze mnie jest dupa a nie nauczyciel, a już gier 1 na 1 to na pewno. Znaczy, może tak - chyba nieco przypominam pana Shaibel'a z serialu, ale to nie jest rekomendacja, oj nie, i trzeba być Beth Harmon, żeby takie nauczanie jakoś wytrzymać, z naciskiem na "jakoś". Oraz szachy były dla mnie, mniej czy bardziej świadomie, martwym sportem, coś jakbym greki klasycznej miał się ciągle uczyć; piękna rzecz i rozwijające hobby, tylko, że ja zbierając hobbystycznie, nazbierałem już całą kolekcję różnych hobby.
I teraz, nagle, po 30 latach, Netflix mnie odstrzelił zacnym serialem. Kudos.
Zaraz polazłem poparzyć w youtuby, w portale szachowe, pobawić się nowoczesnymi portalami i serwerami (lichess.org najbardziej mi pasuje). Dużo piękna i dobra, choć niewiele z "szachów na serio" pamiętam, a to czego nie zapomniałem, jest już niemodne i słabe. Oraz ludzie, JA NIE MAM NA TO CZASU. No ale troszkę go marnuję w tych dniach na szachy, błyskawiczne głównie, a to z ludźmi po sieci (nawet zdarza mi się czasem wygrać na forach anonimów tj. początkujących), a to z chmurami-serwerami po sieci (gdzieś około symulowanego FIDE 1700 jak równy z równym, przy 2000 to już tylko wpieprz zbieram, musiałbym znacznie odświeżyć teorię, szczególniej otwarć).
Mam nadzieję, że to wszystko chwilowe tylko i wrócę zaraz do normy.
Konkludując: Niewiele mam pamiątek po dziadkach. Po dziadku ze strony matki mam pamiątkę, 50kg lekko zużyte kowadło. Po babci ze strony ojca, mam komplet szachów ze zdjęcia wyżej, którymi grała z wujkiem, oboje już świętej pamięci.
A po wrednym 2020 mam pamiątkę - świetny serial o ludziach i o szachach.