NIGHT   RSS blog   RSS komentarze
Licencja Wpisy Losowo Autor Rejestracja




Autor: Boni
Kiedy: 2019-12-12, czwartek
Tagi:  varia, unrealpolitik, prawałki     
___________________________________


1.

Do Olgi Tokarczuk i jako pisarki i jako osoby publicznej mam stosunek przyzerowy, że tak powiem. Nic z jej książek nie czytałem i nie mam zamiaru w dającej się przewidzieć przyszłości, mam wiele innych zajęć. Pół roku temu zeznałbym, że podobno sensowna pisarka jej pokolenia i że chyba lewicująca, może któryś tytuł bym sobie przypomniał, ale nic więcej.

Do Nagród Nobla, szczególniej pokojowej i literackiej, mam stosunek obojętny, a jak mam gorszy humor, to i wrogi; za wiadome rozpolitykowanie, nadmierną "aktualność" tematów i nagradzanych, i stąd trafianie nieco zbyt często, jak na mój gust, kulą w płot, czasem kulą w płot w sąsiedniej gminie. Ale nie spędza mi to snu z powiek.

Jednak zaskoczenie i waga newsa, że Tokarczuk dostała Nobla, były na tyle duże, że zdaje się podzieliłem nim od razu z szefu w pracy; przez te parę lat sprzedałem mu może ze trzy newsy z Polski, albo i to nie. Czyli zdaje się, że złożenie "Nobel dla Tokarczuk" nie jest mi tak zupełnie obojętne, jak 99% newsów z PL, z tych które w ogóle do mnie docierają, a przecież przeciekają do mojego bąbelka tylko minimalnie.

2.

W różnych zakamarkach sieci oraz przez żonę, która nieco bardziej śledzi polskie media, dotarły do mnie odpryski bólów dupy polskiej prawej strony politycznej, literackiej i społecznej, która nagle ma o Nobla dla niewłaściwej pisarki tak wzorcowo polackie wyrzuty i zawiści, jakby wprost z czworaków - że sąsiad, który nieźle gospodarzy, dostał od dziedzica jeszcze na dodatek krowę, a my, którzy tak wspaniale przepiliśmy i przegraliśmy z plebanem w karty ojcowiznę, nawet krowy nie dostaliśmy!

Szczególniej słabe i żenujące wydały mi się przysrywy "kolegów po piórze", ale po chwili walnąłem się w ten mój durny łeb, że przecież nie wolno mi przykładać normalnych, czy nawet moich, miar empatii, obciachu czy zawiści do grafomanów i kreatur jak Piekara czy Ziemkiewicz itp., i do ich komentarzy o Tokarczuk, wyjętych z czapy człowieka chorego z zawiści i nienawiści. Tego nie warto komentować czy linkować nawet, to można tylko zignorować. Co też zdaje się dotarło do noblistki, bo mignęło mi, że zabanowała na fejsach czy twitterach prawicowców hurtowo - zdziwiło mnie, że dopiero teraz, oraz zdaje się, wywołało to kolejną falę goryczy i próżnych żali z prawej strony. Tak jak byście byli partnerami do rozmowy dla normalnych ludzi, a wasze przysrywy warte dyskusji, drodzy mieszkańcy "salonów" i "psychiatryków" czy innych zapleczy zaścianka. Zresztą, kiedyś miałem mniej więcej o tym notkę i niestety, starczy jeszcze na długo.

3.

Zachęcony przez żonę, przeczytałem esej - przemowę noblowską Tokarczuk. Zgodziłem się z żoną - niezgorszy tekst, parę kawałków świetnych, parę trochę naiwnych może, ale w niezbyt groźny sposób; jak na taką okazję, jest piękno i dobro.

Co mnie w szczegółach uderzyło, to konwergencja myśli Tokarczuk na temat "po-piśmiennej" cywilizacji z myśleniem Jacka Dukaja w "Po piśmie" (oczywiście wizja Jacka jest znacznie bardziej bogata i szczegółowa, niż parę akapitów w przemowie Tokarczuk). Wydaje się, że czołowi literaci zaczynają powszechnie przeczuwać Zmianę paradygmatów już nie tylko literatury w naszej cywilizacji, ale komunikacji w cywilizacji.

Drugim szczegółem, a raczej - dość typowym kawałkiem w obecnych wypowiedziach tych, którzy jeszcze potrafią się składnie wypowiadać i sięgają myślą nieco dalej niż do wypłaty czy następnego twitta czy śmiesznego obrazka z internetów, były wzmianki o nadciągającej katastrofie i w ogóle, że świat nam się zaraz skończy. Widuję takie wypowiedzi coraz częściej, w najdziwniejszych konfiguracjach wypowiadających, medium w którym się wypowiada, w skrajnie przeciwnych przekonaniach społeczno-politycznych.

4.

Co do ewentualnej zmiany paradygmatu komunikacji ludzi i oczywistej zmiany roli literatury, to chyba prosiłbym o spokój i mniejsze zawracanie sobie głowy po prostu. My i wy już się nie zdążymy wdrożyć w nowe formy komunikacji ani nie oduczymy literatury. Że literatura będzie jeszcze mniejszą niszą niż obecnie? No to będzie. Ale myślę, że jeszcze przez bardzo długi czas będzie stabilną niszą ćwiczenia umysłu, kreatywności i wyobraźni dla dostatecznie bogatych i wymagających ludzi. Więc może i będzie literatura dla elit przyszłości jak greka z łaciną dla inżyniera XIXw, ale - będzie.

A że rolę kanału do snucia mitów, narracji miłości i nienawiści, budowania etosu, omotania wyobraźni maluczkich itd. przejmą inne "media"? No to przejmą, a co nowego, tylko Zmiana jest wieczna.

5.

Z powszechnym katastrofizmem i na poły bezmyślnym klepaniem jego mantr jest problem znacznie większy, moim zdaniem.

Bo moim zdaniem, możliwe są tylko dwa "prawdziwe" i solidne końce tej globalnej cywilizacji, jaką mamy, w krótkim horyzoncie czasowym (takie, na które ew. mamy wpływ, pomijam oczywiście meteory, wirusy, itp.) - solidna wojna termojądrowa i bardzo solidny kryzys energetyczny. Co ciekawe, oba nie wydają się chyba zbyt istotne i modne obecnie większości mówiących o "pędzie ku zagładzie" czy "nadciągającej katastrofie", raczej wybierają oni sobie problemy klimatyczne, ekologiczne, itd. w ostateczności ekonomiczne czy demograficzne, niż to, że skończy się im prąd w gniazdku albo że od jakiegoś kamyczka w bucie ludzi pokroju Trumpa czy Putina obruszy się na planetę lawina termojądrowa.

Żebyśmy się zrozumieli, ja też żałuję, że ewentualnie zniknie aż tyle różnorodności z biosfery, że nasze wnuki będą miały przerąbany klimat, że będą niewolnikami 1% właścicieli świata, itd. Ale nie widzę a) możliwości odwrócenia "biegu rzeki" 3 czy 4mld ludzi nadal żyjących w nędzy w porównaniu z dowolną kasandrą bogatego zachodu b) że te różne zagrożenia są "katastrofą światową" - też są moim zdaniem "zmianą"; przykrą, kosztowną, niesprawiedliwą, ale "tylko" Zmianą świata.

Bo przecież nie wolno mylić wielostronnego zjazdu bogatego Zachodu do poziomu, powiedzmy, Polski, być może Polski z 1985, z Upadkiem Globalnej Cywilizacji. Przecież tak naprawdę nadal żyjemy w najbezpieczniejszych, najzdrowszych, najbogatszych i po prostu najlepszych czasach dla największej ilości ludzi. Stąd - niech się kasandry może troszeczkę opanują w swych kasandrycznych wizjach roztaczanych przed maluczkimi; nawet nie próbuję tu apelować do mediów, bo one żyją z nakręcania spiral strachu i z budowania fałszywych map ryzyka, ale ludzie mądrzy i dobrzy, jeśli już uderzają w te tony apokaliptyczne publicznie, powinni dodawać wielkie disclaimery jak wyżej, że dobrze byłoby trochę przystopować i oszczędzić czy zmienić to czy owo, ale też, że JEST DOBRZE.

Dlaczego to ważne? Bo jak się wydaje kryzys energetyczny będzie do uniknięcia w sensie "katastrofy cywilizacji", tzn. nie, nie będzie mobilności ludzi jaka była niedawno, już nie ma; nie będzie zylionów elektrycznych samochodów; nie każdy będzie miał klimę w domu i zagrodzie, itd. itp., ale nauka i technika dostarcza rozwiązania wielostronnie, i wydaje się, że prąd w gniazdku się nie skończy (10 lat temu byłem zacznie większym pesymistą w temacie). JEST DOBRZE.

Natomiast od strony nakręcania nienawiści, konfliktów aż po wojny zimne i gorące - tu trzeba bardzo bardzo uważać, bo z tym NIE JEST DOBRZE. Każde kasandryczne "świat zmierza ku zagładzie", w dowolnym aspekcie, od prymitywnego "snapu" Thanosa w kinowej sadze Marvela, "rozwiązującego" problem demograficzny, po esej Tokarczuk z eleganckimi wzmiankami o katastrofie, powtarzane zylion razy miliardom ludzi, moim zdaniem drastycznie obniża ich odporności na rozwiązania siłowe, na genocydy, na "skoro świat zmierza ku zagładzie, to można a nawet należy odłożyć na bok prawo, etykę, sentymenta, empatię, i w ogóle człowieczeństwo". To jest trywialna dynamika samospełniających się kasandrycznych przepowiedni, tylko że w tej skali skutki mogą być naprawdę straszne.

Nie żebym uważał się za futurologa czy analogia była bardzo ścisła, ale powszechne wypowiedzi i poczucie jw., erozja największego światowego żandarma, zmiany równowagi peryferiów, koniec pewnej epoki cywilizacyjnej, zmiany technologii za którymi nie nadąża nadbudowa i kultura itd. w początku XXIw jakoś tak niepokojąco przypominają mi przełom XIX i XXw; wtedy też był klimat, że Belle Epoque się kończy, że nikt już nie ogarnia ekonomii, że nie nadążamy za postępem techniki, że Imperium się kruszy, że nowi gracze wchodzą do gry o najwyższe stawki, że wojna jest nieunikniona.

A kiedy dostatecznie głęboko uwierzyło w te powtarzane apokaliptyczne memy i klisze dostatecznie dużo ludzi - a i owszem, Wielka Wojna była nieunikniona.








 

Engine: Anvil 1.08   BS