...czyli krótkie podsumowanie ostatnich podróży w przestrzeniach najróżniejszych zjawisk, historii, czasów, umysłów, zbiegów okoliczności oraz, oczywiście, w przestrzeni geograficznej.
Jak zaznaczałem w poprzednie notce i komentarzach - spróbowaliśmy z dorocznej "wycieczki" do Polski zrobić coś na kształt wyjazdu turystycznego, stąd w drodze tam odwiedziliśmy muzeum lotnicze Duxford i kawałek Londynu, w drodze z powrotem spędziliśmy dzień w Brugii.
(Zrobiłem na tych włajażach jakieś 900 zdjęć, rzecz jasna może 10 czy 20 do rzeczy - zapewne sukcesywnie wrzucę trochę (może też trochę z wycieczek z poprzedniego roku czy dwu...) zdjęć w nasz nieco zakurzony
kawałek cybergalerii - poleca się
subskrybcję, dającą minimum chronologii)
Najpierw przestrzenie geograficzne:
Sobotni przejazd ze Szkocji w okolice Cambridge i Londynu był lajtowy, skądinąd szrotwageny od Lexusa dalekobieżnie wydają się jeszcze bardziej komfortowe niż inne nasze szrotwageny.
Muzeum lotnicze i wojskowe
IWM Duxford, jak zaznaczałem poprzednio w komciach, bardzo zacne, poleca się wszystkim interesującym się techniką lotniczą, wojskową, a nawet ogólną. Dojazd i dostęp doskonały, przemyślane ekspozycje, także pojazdów wojskowych i artylerii. Cenniki londyńskie.
Największym moim zaskoczeniem tego dnia, poza lotami Spitfire'ów i Mustanga i wielu innych zabytków, były chyba kawałek oryginalnego japońskiego myśliwca Zero i
bomba kierowana Fritz X.
Po pół dnia w Duxford, pociągnęliśmy do Lądka, do taniego hotelu i odwiedzin u córki, wieczorem jakiś wypad do pubu.
Niedziela w Londynie zapowiadała się katastrofą komunikacyjną z powodu maratonu londyńskiego, ale skończyło się wszystko bardzo miło. Poza ogólnym przedreptaniem zygzakami sporego kawałka od Tower przez Tower Bridge i Shard po galerię Tate i w kółko przez katedrę św. Pawła z powrotem w okolice Tower, najciekawsze były oczywiście
HMS Belfast dla mnie i zrekonstruowany
Globe Theater dla żony. Galeria
Tate Modern też fajną jest.
Nawet maraton, który mnie ogólnie lotto, w sumie był ciekawy i inspirujący - a żona zupełnym przypadkiem zobaczyła jej ulubioną ekipę znanych Kenijczyków, która biegła na czele. Ogólnie, bardzo bardzo przyjemna wycieczka, tylko za krótka (chociaż z drugiej strony nie dajemy rady łazić aż tyle, więc po dwu dniach i tak padaliśmy na ryj).
Zwiedziliśmy też Camden, bo córka akurat
pracuje w samym sercu dzielni. Nie powiem, całkiem malowniczy bałagan. Ale mieliśmy już pewien przesyt wrażeń i zmęczenie nas dogoniło.
Przepłynięcie przez kanał i jazda do Polski były zupełnie zwyczajne, tzn. długa i męcząca, ale zwyczajne.
Chałupa przywitała nas raczej chłodno, szczególniej rozsadzonym przez mróz filtrem wody i podejściem pompy wodnej - w poprzednie zimy jakoś się to nie zdarzyło, a tu proszę. Ale cóż poradzić, naprawiać tego nie mieliśmy zamiaru, przyszło przeżyć parę dni "z baniaka".
Tydzień w PL wystarczył żeby spotkać się z rodziną, znajomymi, pozałatwiać sprawy bankowo-pocztowo-urzędowe (tu szczególne pozdrowienia dla nieogarniętej Poczty Polskiej). Oraz jak zwykle nieco posprzątaliśmy chatę, ze wskazaniem na wywalanie gratów i "przydasiów".
W końcu zaczęliśmy podejście na serio do sprzedaży domu, zobaczymy co z tego wyniknie.
Powrót był nie tylko męczący i założonym gratami (głównie córki) wozem, ale też z miniprzygodą - tłumik szrotwagena spruł się około Poznania i przyszło go nieco sfastrygować pod pierwszą z brzegu Castoramą (bo przygodne warsztaty najwyraźniej zaczęły długi majowy weekend już w kwietniową sobotę).
Nie przeszkodziło nam to zbytnio w żwawym przelocie przez Niemcy do Belgii, gdzie po drugiej miniprzygodzie (nieaktualizowana od paru lat nawigacja wyprowadziła nas w bardzo malownicze belgijskie pole; znaczy, w jednopasmowe drogi bez mijanek. Po zmroku. W ulewie.) dotarliśmy do celu - Brugii. Jakimś cudem (nawigacja usiłowała się zrehabilitować po fakapie...) nocą w dzeszczu wjechaliśmy idealnie nie tylko w Stare Miasto, ale w tani publiczny parking podziemny prawie pod samym hotelem.
BTW dyskusji kiedyś tam w komentarzach o "LPG w samochodzie a prawo i formalności" - o ile mi wiadomo, wszystkie podziemne parkingi w Belgii mają zakaz wjazdu LPG, ale obsługa zapytana czy możemy wjechać machnęła tylko ręką z wyrazem twarzy jakbym spadł z pytaniem z innej planety i miała ochotę popukać się w czoło.
Hotel okazał się więcej niż znośny (no może poza malutkim fakapem z dostępem do nocnej skrzynki na klucze, musieliśmy ściągnąć człowieka do tego, bo recepcja nie była 24/7), odpoczęliśmy i rano ruszyliśmy obejrzeć legendarną Brugię.
Stare Miasto Brugii genialne, zamrożona historia po prostu, budowle i zabytki pierwsza klasa; ceny też. W pół dnia przedreptaliśmy w koło większość Starego Miasta, szczególniej ukochane pustawe zaułki i zakamarki (bo o 9-10 rano było jeszcze w miarę znośnie w "centralnych" miejscówkach, ale koło południa zrobiły się tłumy - strach pomyśleć, co się tam dzieje w sezonie).
Przypadkiem trafiliśmy na belgijski pochód pierwszomajowy. Zaprawdę, powiadam wam, ciekawe doświadczenie.
Po ociumaniu obiadku no i belgijskich frytek (BTW żona twierdzi, że belgijskie fryty w Warszawie bywają znacznie bardziej belgijskie), ruszyliśmy lajtem do Dunkierki i znowu przez Londyn (bo trza było zdać córce jej graty). Po drodze, mając deko luzu czasowego wskoczyliśmy w końcu, po latach przejeżdżania obok, pod efektowny
zamek Dover, ale okazał się po pierwsze już zamykany, a gdyby nawet nie, to po drugie - raczej drogi; zresztą, pewnie dzień byłoby mało.
Nocna jazda na północ do Szkocji byłaby całkiem ok, gdyby nie pomysły brytyjskich drogowców, którzy zapatrzyli się chyba na polskie numery w temacie i usiłowali je przebić, np. zamykając trzy z czterech pasów autostrady M1 (główna na północ) albo wylot z M1 na M6 (główna na bardziej północ). Ja wiem, że kiedyś trzeba coś tam dłubać na drodze i lepiej nocą kiedy ruch mniejszy, no ale k... mać, na TEJ drodze ruch nigdy nie zamiera i należałoby może skierować część ruchu (np. TIRy) na jakieś zapasowe trasy, a nie na zasadzie "wszyscy jakoś się zmieszczą na jednym pasie".
Dojechaliśmy wczoraj w dzień, rozpakowaliśmy się, odpoczęliśmy, bo dziś już do roboty.
Wycieczkę uważa się ogólnie za udaną.
Teraz w kontekście powyższej notki nieco inne przestrzenie:
Nie szanuję zbytnio USA czy US Air Force, ale przed SR71 Blackbirdem jednak powinienem klęknąć. A naprawdę nie tyle przed samolotem, co przed wizją i geniuszem ludzi, którzy wtedy robili takie rzeczy. Bo technicznie nic podobnego nie było, nie ma i raczej nieprędko będzie, jak świat długi i szeroki.
Gość biegnący w maratonie, bez obu rąk do ramion. Daje do myślenia, szczególniej na temat motywacji takich i owakich, i że grubasy jak my ledwo łazimy parę km dziennie.
HMS Belfast zacnym muzeum jest, oczywiście, ale kiedy się pomyśli, że stoisz dokładnie tam, gdzie w mroźnej arktycznej nocy 1943 ktoś celował czy strzelał do Scharnhorsta, itd. to jednak ciary chodzą.
Jakie jest prawdopodobieństwo, że przypadkowo słuchając polskiego radia, będąc w PL raz w roku, trafisz na wzmiankę o piosence Brela "Flamandowie" (bo wywiad z M.Bajorem) na dwa dni przed wizytą w Brugii?
Brugia - zamrożone bogactwo nowoczesnego i kosmopolitycznego średniowiecza, w środku średniowiecznie konserwatywnej i szowinistycznej nowoczesnej Flandrii.
Brugia - skromny acz solidny pochód pierwszomajowy w kolebce nowożytnego kapitalizmu. "
Flamandowie tańczą milcząc wciąż / przy niedzieli tańczą Flamandowie / nie pogadasz z nimi w tańcu bo / Flamandowie nierozmowni są".
Największe przyjemne zaskoczenia to nie jakieś tam muzea, Brugie czy inne Londyny, nawet nie ich urocze zaułki i zakamarki, ale że nagle obwodnica Marek pod Warszawą i że ktoś puszcza w radiu Bojack Horsemana jako słuchowisko/audiobooka.
Na wszystkie notki, przemyślenia i eseje inspirowane jw. nie mam czasu i miejsca.