Miała tu być zupełnie inna notka, a nawet parę.
Miał być bardzo bardzo BARDZO solidny rant na Duch Idiotyzmu Świąt Wszelakich, xmasów czy newyearów, i że mało co mnie w życiu rozczarowuje bardziej, niż ludzie dobrzy i mądrzy, którzy jednak nie potrafią się wyzwolić z kulturowej hipokryzji i jeszcze racjonalizują, że tak naprawdę lubią mega sprzątać na święta i piec 7 ciast całą noc, bo to taka piękna tradycja i rodzinne święta. No chyba, za przeproszeniem, kogoś tu popierdoliło. Chociaż nie, moje internety wygrał mini-rant z pozycji feministycznych na uwagę, westchnienie, że kobiety powinny mieć wolne przed Wigilią, bo to taki ZŁY pomysł, bo w porządnej firmie (znaczy, Polskim Oddziale Wielkiej Korpo) jest unisex wolne dla wszystkich... jakże zajebiście, i pewnie ci wypuszczeni z metaforycznych kubików metroseksualni faceci spędzają tyle samo energii, czasu i zdrowia na przygotowaniach wigilijnych, co ich wyemancypowane koleżanki. Bo mogą. Jasne.
Potem mi przeszło, bo co mnie to obchodzi, czym ktoś chce marnować swoje siły i zdrowie (sam mam na to wiele idiotycznych pomysłów, o tyle tylko lepszych, że moich), ale zaraz podstępnie napadła mnie refleksja, że jakże trudno nam wszystkim się wyzwolić z tych, w większości popieprzonych i przestarzałych cykli i "czasu". Że jakże niewiele mają sensu te wszystkie cykle, pory roku, cezury, obowiązki i postanowienia związane z, i całe to mambo-dżambo.
Ale też rozchodziłem, bo przecież wisi mi jak kilo kitu u sufitu, czy ktoś naprawdę czy z hipokryzji czy za tatusia i mamusię czy z jeszcze innych powodów nie potrafi się wyzwolić z postanowień noworocznych, przesilenia zimowego, grodzenia zdarzeń danym rocznikiem, przejmowania się urodzinami, i tak dalej i temu podobnie.
Pewnie, że wolałbym, żeby ludzie mniej przejmowali się tym, co słabo i mylnie pamiętają z przeszłości, oraz bardziej olewali przyszłość, która nadciągnie i tak w tempie 24h na dobę, a bardzie żyli chwilą teraźniejszą. Żeby żyli bardziej tu i teraz - a nie rozpamiętywali swoje osobiste (a nie daj bogini, społeczne czy narodowe) porażki czy sukcesy z przeszłości. Żeby żyli bardziej tu i teraz - a nie drżeli przed albo naiwnie wierzyli w przyszłość. Włączając w to - pozagrobową.
Ale co ja mogę, co najmniej od paru tysięcy lat ludzie mądrzy i dobrzy pouczają jw. i jakoś niewiele się zmieniło. Stąd dużego rantu przeciwko cykliczności ludzkiego czasu, oderwanej już od natury i konieczności, też nie będzie.
I m.in. dlatego nie chce mi się podsumowania muzycznego 2016. Czy długiej listy nekrologów z 2016. Bo będzie nowa muza, umrą kolejni istotni ludzie, macie to jak w banku.
Z całego mini-namysłu na powyższe tematy, może sprzedam wam tylko drobiazg, w kontekście jak bardzo rodzice/ nauczyciele/ inni ryją berety dzieciom i młodzieży, w tym wam i mnie, i dlaczego tak trudno uniknąć bzdurnej magii świąt, zmyślonej konieczności sacrum i profanum, nieuzasadnionej dumy z czynów dawno zmarłych obcych ludzi, itd itp.
Jest taka znana anegdota, krążąca po internetach, o pięciu małpach i drabinie. Że w badaniach behawiorystycznych w latach '60 zrobiono eksperyment: w pokoju trzymano 5 małp, na środku pojawiła się drabina, kiść bananów na górze. Kiedy tylko jakaś małpa próbowała się wspiąć po banany, w pomieszczeniu włączały się zraszacze i odstraszały małpę, plus generowały panikę i złość w stadzie. Małpy szybko się nauczyły, że banany na drabinie, to owoc zakazany. Po jakimś czasie wymieniono jedną małpę na nową - natychmiast chciała wspiąć się po banany, ale inne szybciutko sprowadziły ją do parteru i wpierdol, no bo kto by chciał być mokry przez głupka - greenhorna. Nowa małpa nie wiedziała o co chodzi (prysznic wyłączono), ale szybko zrozumiała, że banany na drabinie to owoc zakazany
A potem wymieniono kolejną małpę. Sytuacja powtórzyła się, a poprzednia "nowa" małpa łoiła kolejną razem z całym stadem, bo czemu nie i widocznie "młodemu" należy się.
A potem wymieniono stopniowo wszystkie małpy, i w końcu powstała protokultura, czyli nikt nie wchodzi na drabinę, nikt nie wie dlaczego, ale jeśli ktokolwiek spróbuje, dostanie od wszystkich wpierdol.
Anegdotą tą od dekad brandzlują się wszelkie osoby zajmujące się rozwojem osobistym or compatible, nie ważne, jak modnie się nazywają, guru, coachami, terapeutami, trenerami rozwoju, czy jeszcze inaczej. Nawet ludzie siedzący w psychologii i socjologii znają i powołują się na powyższe badania. Że taki piękny przykład i że trzeba kwestionować zasady i drogi do celu, albo i do szczęścia, szczególniej jeśli na oko - wyłącznie narzucone przez kulturę i społeczeństwo. A za drobną opłatą, wręcz nie wartą wspomnienia, pokażą wam właściwą drogę na właściwą drabinę, będziecie mądrzejszą, acz nieco biedniejszą, małpą.
Ile z tej anegdoty jest prawdą? O ile mi wiadomo, prawie nic. Znaczy, prawie nic w sensie Radia Erewań - nie w Moskwie, nie rozdają i nie samochody.
Gordon Stephenson około 1966 badał transmisję wiedzy i "kultury" wśród małp. Ale nie było tam ani stad, ani drabin, ani zraszaczy, ani malowniczej plemiennej narracji, ani świetnie pasujących rozwojowi osobistemu wniosków.
Tak, odstraszano małpy (rezusy) od pewnych obiektów i działań, w specjalnych klatkach, w warunkach labu behawiorystycznego (np. tło dźwiękowe - biały szum, żeby wykluczyć warunkowanie dźwiękami, itd. itp. rozwiązania). BTW odstraszano dmuchając im powietrzem "w twarz", a nie jakimiś idiotycznymi prysznicami.
Potem inne "nowe" małpy mogły lub nie manipulować "zakazanymi" obiektami, a "nauczone" mogły to obserwować, i dawać wyraz dezaprobacie. W parach, a nie w jakichś stadach. A wszystko obserwowali naukowcy.
O ile pamiętam, konkluzji z tych prac (guglać pod Stephenson, 1966 albo 1967, rezusy) jest wiele, oczywiście niekoniecznie takich, jakie tak bardzo pasują guru i coach'om; za to prawdziwszych i ciekawszych moim zdaniem.
Że małpy są cholernie ciekawskie (np. nowy obiekt bardzo zachęca do kolejnych prób "podejścia"). Że samice są znacznie (ze trzy razy) bardziej ciekawskie i uparte w "podejściach" niż samce. Że istnieją istotne w miarę trwałe różnice osobnicze w ciekawości, uporze, zdolności nauki i wyrabiania zachowania.
Że wszystkie nauczyły się unikać Pokusy.
Prawda, że w jakichś 8 na 10 eksperymentach, "stara" małpa stara się przekonać (na ile rezusy potrafią) "młodą", że obiekt jest fuj i nie ruszaj go, głupcze. Ale rzadko kiedy sygnałami agresji, najbardziej zaskakujący był sygnał opisany przez naukowca jako "mimika agresji z posturą strachu". I w ogóle sygnały i metody zależą najbardziej od płci w danej parze.
Najbliższa "ludzkiemu" podejściu do problemu Pokusy, była chyba akcja - wchodzi "nowy" (chyba samiec, są braki w opisach), "przeleciał" obecną w klatce "starą" małpkę (chyba samicę, znaczy, niekoniecznie naprawdę przeleciał, rezusy itp. używają sex-like pozycji i aktywności do ustalania hierarchii i zażyłości). Po czym zaraz zainteresował się Pokusą i zaczął sięgać po. Na co "stara" małpka ruszyła z drugiego końca klatki, objęła go, odciągnęła i zaproponowała seks. "Nowy" stracił zainteresowanie Pokusą na tyle, że choć kręcił się nieco obok, nie sięgnął po nią, przez pozostałe 14min. eksperymentu.
To może tyle na temat, co rządzi protokulturą i jak się w niej wywiera naciski. No ale widocznie trenerom i coachom to jakoś nie przypasowało.
A inny wniosek, co do transmisji wiedzy i strachu między małpkami - o ile pamiętam, istniała ciekawa i nieoczywista korelacja dla par tej samej płci: samce nauczone złym doświadczeniem są skuteczne w nauczeniu / przeniesieniu tego zachowania na nowe samce. Samice "naiwne" i nowe, są całkiem skuteczne w
oduczeniu "nauczonych" samic, żeby może jednak się zająć tym obiektem, smakołykiem, doświadczeniem jeszcze raz. A nuż się uda tym razem.
Czego sobie i wam życzę. A Guid Hogmanay!