Przez jakieś dziwne wspominki, tudzież zaśmiewanie się po raz kolejny z
przeprowadzkowieckiego Radkowieckiego, przypomniało mi się, że miałem kiedyś zamiar opisać struktury pionowe społeczeństwa siłacko-prawdziwie-mięskiego (bo same się nie opiszą, gdyż nie mają do tego, jak to mówią, głowy). I oto jestem.
Spektrum siłackie, w sensie bajek i opowieści, rozciąga się od facetów przeciętnie silnych po pudziany i conany. No dobra, ci o wyjątkowo słabych warunkach fizycznych, to są szybcy, albo wytrzymali, albo mają dobrą koordynację. Słabych facetów nie ma.
Ale tak jest tylko w bajkach i opowieściach, szczególniej w tych inteligencko-miastowych, gdzie opowiadający swą siłę "testują" na siłowni, albo przestawiając szafę, albo coś podobnego, no i w historii z życia chłopców, nawet jeśli mają lat 20 czy 25. Prawdziwy ranking siłki dorosłych facetów idzie trochę inaczej.
Najpierw są całkiem spore rzesze chłopców i mężczyzn, którzy w ogóle nie mają do czynienia z pracą fizyczną czy wysiłkiem; najwyżej z małoekstremalnymi odmianami sportów. Więc w ogóle siły nie mają, i nawet nie wiedzą, co to takiego, tak naprawdę.
Potem są równie spore rzesze facetów, którzy dorywczo zajmują się aktywnościami rzeczywiście wymagającymi siły (albo sportami ekstremalnymi wymagającymi siły), więc korzystając albo z wrodzonych warunów albo z jakiegoś treningu, popróbowali, sprawdzili się nieco i wiedzą na co ich stać, a na co nie bardzo. Ci przynajmniej wiedzą, co to znaczy mieć albo nie mieć siłę do czegoś (i jak się łączy z tym wytrzymałość). Tu się łapie
Radkowiecki czy ja (no bo wiem że 100kg silnik czy skrzynię mogę se nosić czy obracać, albo że 200kg konstrukcję moge postawić do pionu (sprawdzić czy się zaraz nie przewróci na coś/kogoś), albo mogłem rozładować 500 bloczków gazobetonowych w mniej niż godzinę, itd itp). Tudzież przeciętni bodybuilderzy czy inne grubasy tu się załapują.
Potem jest, coraz mniejszy procent (bo automatyzacja, mechanizacja, deindustrializacja itd.) facetów, którzy pracują fizycznie jw. ciągle a nie dorywczo. Czyli ci, którzy codziennie targają 100kg silniki, albo rozładowują bloczki; wszyscy przysłowiowi drwale czy zbrojarze-betoniarze czy smolarze - kumple Radkowieckiego itp. Przeciętny człenio, szczególniej inteligencko-miejski z pierwszego świata, nie zdaje sobie w ogóle sprawy, jak twardzi i silni są ci ludzie. I jak bardzo kosztowne to jest na ich zdrowiu i życiu. Okej, powiedzmy, że tu łapią się też mocno trenujący siłacze i sportowcy, bo czemu nie.
A potem, są nieliczne okazy, mutanty i potwory, które zgodnie z rozkładem normalnym muszą wystąpić, w siłactwie też. I jak się takiego mutona zaobserwuje w środowisku naturalnym, to człowiek przeciętny, a nawet taki z grupy prac-fiz czy prawdziwego dresiarstwa, stoi w podziwie i zadziwieniu (i bardzo cieszy się, że czasy walk na miecze czy topory odeszły w historię). Spotkałem parę takich okazów w poprzednim życiu, no to się podzielę anegdotą, nieprawdaż.
Był sobie kolo, który miał ksywkę Mniam, nie pytajcie skąd ją mniamł bo nie wiem. Koło 2m, budowa bardzo zacna (jak przeskalowany mocno pływak, a nie jak siłacz czy bodybuilder), miał ze 25 lat wtedy; inteligentny przeciętnie, urody normalnej plus nos prawdziwie rzymski. Pracował całymi dniami przy przecinaniu świń wzdłuż (przez kręgosłup,
takim mniej więcej sprzętem, to jest podwieszane na wyciągu, ale bezwładność i masę ma jak trzeba, a ciąć trzeba dokładnie). Do tej roboty dawano najsilniejszych i najsprawniejszych, ale Mniam to był, moi drodzy, inny level. Na przykład kolega-elektryk dorabiał u Mniama na budowie i taka akcja - ojciec Mniama manewruje z taczką pełną betonu, spadło mu kółko ze ścieżki-deski, taczka natychmiast wbiła w glebę, że nie sposób jej ruszyć. Ojciec woła Mniama, żeby pomógł, Mniam podchodzi i bierze taczkę pod pachę, jak ja torbę z notebukiem, i pyta "gdzie ci to zanieść" (tu koledze kielnia z ręki z wrażenia wypadła), ojciec na to "postaw to Sławuś, bo się podźwigniesz", Mniam, zero zdyszenia czy wysiłki, znudzony: "ojciec, GDZIE CI TO ZANIEŚĆ?" i poniósł na miejsce. Komentarz kolegi "od dziecka go znam, w piasku się z nim bawiłem, ale że taki silny jest, to nie myślałem...". I naprawdę trzeba spóbować się z ch... ciężką i nieporęczną taczką betonu, żeby zakumać, co to znaczy podnieść ją se ot tak, pod pachę.
Drugim etatowym ubojarzem pracującym na pile, był Troll. Też nie wiem, skąd miał ksywkę, no ale wyglądał nieco jak troll - wielki, pokraczno-baryłowatej konstrukcji, łapy długie jak u orangutana, bary równe z uszami (ale też - tak się garbił i "wciągał" głowę), morda zbójnicka i zarośnięta jak u Rumcajsa, no i inteligencja nie najwyższej próby (ale o tym później może). Kiedyś taka akcja - ubój zatrzymany, przegląd i sprzątanie, dłubię przy regulatorze zaworu parowego, a obok dwu hydraulików przesuwa (demontaż i montaż) rury wodne i parowe, do oparzelnika i jakaś umywalka. Dla ustalenia uwagi, hydraulikę montowała parę lat wcześniej firma ze Śląska i kopalń, której "fizyczni" mieli podejście "każda złączka ma się wkręcić do końca planowanego gwintu - jak pęknie złączka albo rura, to znaczy, że była za słaba". Dla dalszego ustalenia uwagi, chłopaki rozbierają rury 2 cale. Dla jeszcze dalszego ustalenia uwagi, P. (młodszy) i R. (starszy) są fizyczni jak cholera i silni jak diabli, prawdziwi hydraulicy z poprzedniej epoki; takiego inteligencika 100kg jak ja zadusiliby jedną ręką, drugą piwa nie rozlewając. No ale dyskutowanej pionowej złączki/rury nie mogą ruszyć na milimetr - pogięli maskownicę w suficie, "zacięli" dwa wielkie
klucze do rur na obiekcie; uszkodzili blaszaną ścianę (bo próbowali "przez nogę", zapierając się z buta o ścianę, jeden z prawej, drugi z lewej, ciągnąć te klucze), a rury ani drgnęły. Zapoceni, wkurzeni, czas goni, a jeszcze ja polewam się z nich z wyżyn przy zaworze parowym, że słabiaki. No i w chwili wytchnienia między szarpaniem się, nagle przechodzi przez pustawy ubój Troll, a R. przytomnie do niego "Andrzej, Andrzej, nie pomógłbyś nam? bo nie możemy odkręcić...". Na co Troll błysnął nam oczami z głebi rumcajsowatego zarostu i spod okapu śmiesznego małego (na jego ceberku) kasku ochronnego, i kiwnął łebkiem, że owszem. Po czym wziął w te swoje wielkie łapy po metrowym kluczu, jeden prawą, jeden lewą garścią, i po prostu przyciągnął je do siebie, jak wielkie nożyce; z takim charakterystycznym "tchrchrchrttttt" drobno pękającego metalu. Po czym "odblokował" klucze z cichym "ping" metalu wydającego odgłos znacznej ulgi. No jak byliśmy tam we trzech, tak we trzech zaniemówiliśmy. A Troll oddaje im klucze, mówiąc swoim powolnym basem "weźta, bo jeszcze wam je urwę...". I poszedł sobie. A my po prostu nie wierzyliśmy w to co widzieliśmy - bo jakże to tak, żeby człowiek niewiele większy od przeciętnej, miał łapy i klatę silniejsze niż DWU nieułomków ma RAZEM nogę, plecy i łapy i to bez widocznego wysiłku?
Ale potem mi na tle powyższego opowiedziano, że Troll jest klasą sam dla siebie, w całej gminie, i różne legendy o nim krążą. Jak ta, że za młodu kiedy pracował w magazynach w Z. przyszła kiedyś w niedzielę taka zamieć i śnieżyca, że zasypało cały obszar metr z hakiem; wszystko przestało jeździć, ludzie utkwili w domach, itd. No i na magazynach "bawełnianki" w Z. i w całym zakładzie literalnie nikt się o 7 rano nie stawił do pracy, a strażnicy nie mogli zejść po nocy, bo miasteczko i wszystko zasypane. I nagle, około 9 na magazyn wparowuje zmęczony Troll... wszyscy zdziwieni, jak on dotarł, bo jeszcze nawet głównej drogi nie odśnieżyli, o wioskach i zadupiach nie mówiąc? A na przełaj przez pola poszedł, daleko nie było, ze 4km. Ale jakże to tak, kiedy śnieg w pas, jak nie lepiej?? Wzrusz gigantycznym ramion. Ale w zasadzie po co lazł do pracy, skoro nic nie jeździ i nie ma co se dupy zawrać robotą, bo tu klęska żywiołowa?? "Ojciec kazali" (paczcie, jaki Kiemlicz się znalazł...). Podobno ścieżkę, jaką wyrył przez pola było widać do wiosny...
Był jeszcze trzeci okaz, równie silny i wielki jak powyższe, tak uczciwie ograniczony umysłowo, że popracował zaledwie miesiąc czy coś koło, i musieli go zwolnić, nie ogarniał poleceń i pracy. Ale silny był jak koń, tyle, że z głupoty
wódkę lubił i plątał się w towarzystwach knajacko-szemranych (to inne historie i morały). Nawet już nie pamiętam jak miał ksywkę/na imię.
Jakby tu podsumować. Może anegdotą jeszcze, dosyć namacalnie związaną z rąbaniem (się) toporami i mieczami i dlaczego broń palna albo miotająca nagle wydaje się pięknem i dobrem i wyrównująca szanse, jak człowiek się popatrzy na pudzianów jak powyższe, pracujących przy mięsie.
Piła, jaką wspomniałem wyżej i którą pracowali przeważnie Troll i Mniam, potrafiła się zepsuć, wysilony silnik, ciągle na mokro, te sprawy. Co było liche, gdyż taśma ubojowa wieprzowiny była w typie ruchu ciągłego - więc mieli na przecięcie świni na połówki, przez kręgosłup, jakieś 4m pomostu i 10 sekund. A zatrzymanie taśmy było trudne, gdyż ze świnek zatrzymanych w oparzalniku zaraz robiło się parę ton rosołu i nie wyobrażacie sobie, jak trudno doczyścić z niego wielką wannę wodno-parową, nawet jeśli miłosiernie żadna świnia nie pękła... plus świnie kosztują. Więc na podorędziu na uboju była piła zapasowa, identyko, do przełączenia plug and play w razie awarii. Ale zdarzyło się raz, akurat przy mnie, że zapasowa, podłączona awaryjnie, tylko gwizdnęła i zadymiła. No zrobiło się zupełnie nieciekawie, awantura z bieganiną, elektrycy próbują na chybcika podłączyć trzecią piłę (inne zasilanie itd. nietrywialne), a tu ubój idzie... w tej sytuacji przechodzili w tryb "na ręczną" - czyli rozrąbują świnię tasakiem w typie "nierdzewny berdysz na krótkim trzonku" (nie potrafię wyguglać takiego wzoru, nie jak typowy topór masarski czy siekiera, przypominał raczej przeskalowany 5x tasak chiński, z nierdzewu i teflonu); przypomniam, w około 10 sekund, świnię wiszącą-jadącą na taśmie, i każde rozrąbanie poza kręgosłup liczy się za błąd i taka sztuka idzie na prawie-odpad, a nie jako połówki.
No i jest taka akcja, że do końca zostało kilkadziesiąt sztuk, i gremium (obaj brygadziści, Troll i Mniam) ustalają, że spróbują dokończyć ręcznie, skoro elektrycy się motają piłą. Zmieniają się co 10 sztuk, jeden rąbie, drugi w tym czasie odpoczywa i ostrzy tasak. Zaczęli przysiadać kondycyjnie po 2 zmianie, chciał im pomóc brygadzista A., doświadczony ubojarz, silny wielki żylasty facet - wysiadł po TRZECIEJ SZTUCE... z trudem dokończyli, akurat jak elektrycy podłączyli trzecią piłę.
Morałów jest z powyższego kilka. Np. gdyby to była średniowieczna bitwa w "zatłoczonych" warunkach, zabiliby we dwu, niech dwu i pół, coś koło 300 ludzi w dosyć ekspresowym tempie. I nie są to bajki o Kiemliczach czy Samsonie czy Iliada czy Wikingowie czy szkockie legendy klanowe, ja ich widziałem. Co jest wielostronnie straszne.
Inny poboczny jest taki, że mutony są przeważnie łagodne, z natury albo ospałości albo z braków inteligencji (i nie wiem, na ile to są rzeczywiste deficyty, a na ile wycofani są tylko, bo nikt ich nie słucha i nie rozmawia, gdyż wszyscy się ich boją, a oni nie bardzo kogokolwiek potrzebują) - dla wielu z nich obraz pokazany w "Zielonej mili" postacią
Coffey'a jest bardzo prawdziwy.
Inny jest taki - radzę, szczególnie młodszym i/lub wychowanym w cieplaranianych warunach facetom, a nawet takim dorywczo siłującym się ze sprzętem czy innym dresiwem, jak ja, doceniać siłę prostego narodu oderwanego granatem od michy i ciężkiej fizycznej roboty. Bo wielu zaślepionych testosteronem czy patryparchactwem, potrafi przyfikać do obcego drwala czy ubojarza - potem są próżne żale, że ktoś komuś wypłacił lewą z plaskacza, a tu komusiowi łeb z płucami się oberwał.