Sięgnąłem po coś tam do "Mini wykładów..." Leszka Kołakowskiego, i wpadła mi w oko mini-krytyka uogólnionego buddyzmu, w duchu "buddyzm=nihilizm" (końcówka mini-wykładu "O podróżach"):
(instynkt ciekawości itp.) Zakłada się mianowicie, że świat, w którym przebywamy, świat naszego doświadczenia, jest c z e g o ś w a r t. Gdybyśmy wierzyli, jak prawdziwi buddyści, że świat niczego nie jest wart, że jest tylko masą cierpienia i bólu, że wszędzie i zawsze jest taki sam pod wszystkimi względami, co się liczą, a różnice są bez znaczenia, że nic nowego pod słońcem, że historia ludzka nie jest niczym innym, jak monotonnym powtarzaniem tego samego nieszczęścia - gdybyśmy w to wierzyli, nie doświadczalibyśmy żadnej potrzeby nowości, żadnej ciekawości, a więc żadnej ochoty do podróżowania.
Ale o to, czy prawdziwi buddyści mają rację, pytać nie będziemy. Zapuszczamy się bowiem w tym miejscu w mroczną przepaść metafizyki, tego zaś czynić nie wypada przy okazji tak frywolnej, jak rozważania o podróżach
Kołakowski uważał, że nie wypada, ale mnie spoko wypada. Ale może po kolei, bo zanim się człek zapuści w jakąś mroczną przepaść, warto rozejrzeć się po jej obrzeżach a nawet zrobić krok wstecz i sprawdzić założenia.
Założenia buddyzmu z grubsza (serio, z gruba) ujęte powyżej przez Kołakowskiego, są w istocie założeniami mnóstwa czasów, miejsc i nurtów myślenia - są to równie dobrze założenia stoików, judeo-chrześcijańskie (Kohelet np.) czy niektórych nurtów hinduizmu. Ogólnie, z tego niekoniecznie wynika, że są to jakieś "prawdziwe" czy "obiektywne" założenia, równie dobrze można wnioskować, że ponieważ ludzie na przestrzeni tysięcy lat i całej planety, operują podobną inteligencją, czy nawet podobnym typem mądrości, z podobnym rozpoznawaniem wzorców, w podobnych ramach biologii i psychologii, tłumacząc podobny świat - dochodzą w swoich umysłach do podobnych założeń. Że świat jest kołowrotem cierpienia i ogólnie niewiele wart, że nihil novi sub sole, że wszystko już było, że z prochu powstałeś w proch się obrócisz i że marność nad marnościami, wszystko marność. No może z małymi przebłyskami miłości, miłosierdzia, dobra i piękna. Ale to tylko drobne przestoje i wpadki przy pracy młynów cierpienia, mielących bezustannie wszystkie czujące istoty na proch i pył.
W szczególe, dosyć trudno "w istocie" takie założenia podważyć, więc można przyjąć, że intersubiektywnie, tak jest, jak się powyżej wydaje.
Ale moim zdaniem, znacznie ważniejsze, jakie z powyższych założeń i konstatacji wyciąga się wnioski co do Rzeczywistości. I nie jest moim zdaniem tak, jak sugeruje Kołakowski i nie tylko on, że to z założeń jw. wynika stosunek do najogólniej rozumianego "świata" i jego mieszkańców, że jest świat
czegoś wart albo i nie. To raczej - nasz pierwotny "pomysł na świat" i wdrukowany albo wychowany albo wyrozumowany stosunek do niego, skrzyżowany z założeniami o cierpieniu i nieszczęściu, rodzi wnioski, nastawienia, a po chwili to nawet całe systemy filozoficzne. Oraz ich zasadne lub nie krytyki tudzież używane przez krytyków przymiotniki, a zwolenników - przymioty.
Gdyż jeśli ktoś widzi cierpienie i świat tak, że skoro tu źle, to gdzieś musi być lepiej plus widzi prowizoryczność i entropię, zaraz wymyśla piekła i nieba, grzechy, sądy, i całą tę teistyczną menażerię. A po jakimś czasie będzie z tego pół chrześcijaństwa, islam, pół hinduizmu, itd itd.
Jeśli ktoś widzi cierpiący świat jako z gruntu i w istocie nienaprawialny, ląduje w nihilizmach i fatalizmach, czyli przeważnie w drugiej połowie chrześcijaństwa i hinduizmu, odrobinie buddyzmów, itp. depresjach.
Jeśli ktoś widzi cierpiący świat naprawialnym ateistycznie, ląduje w rejonach od Epikura po mniej lub bardziej naiwne pragmatyzmy; teistycznie - w konceptach cudów, aniołów i naprawdę dziwnych pomysłów.
Jeśli ktoś widzi cierpiący świat złym, ląduje, świadomie lub nie, w rejonach od satanizmu przez manicheizmy po moralność kamieni chyba, bo nawet nie zwierząt.
Jeśli ktoś widzi cierpiący świat obojętnym i niepodatnym na zmiany "w istocie" ale nie uważa, żebyśmy MY musieli pozostawać obojętni czy fatalistyczni, ląduje w jakichś odmianach stoicyzmu i większości buddyzmu.
Rozwijając i odpierając myśl Kołakowskiego, co do buddyzmu (a la zen itp., ale też stoicyzmu) - świat oczywiście, że jest czegoś wart, bo jest to jedyny świat jakim mamy i w jakim przyszło nam i innym żyć. Nie mamy drugiego, nie jest on poczekalnią czy prowizorką. Tylko w tym świecie możemy uprawiać cnoty czy doznawać mniej czy bardziej głębokich oświeceń, co do jego i jego mieszkańców natury i Rzeczywistości. Już choćby z tego względu jest
czegoś wart. Oczywiście, że nie jest monotonny czy tylko masą cierpienia i bólu, gdyż wtedy nie dopuszczałby żadnej zmiany na lepsze, nawet stoik nie mógłby być lepszym stoikiem czy buddysta szukać oświecenia. Tudzież - nie jest monotonny czy nudny, gdyż chyba żaden, nawet hardkorowo fatalistyczny stoik czy buddysta, nie neguje, że można bez większego problemu, ciekawie i kreatywnie urozmaicić i zmienić świat na ZNACZNIE GORSZE.
Chyba jedyne co w istocie różni stoików i buddystów, to że prowadząc utarczki i prace wewnętrzne POMIMO świata pełnego cierpienia i nieszczęścia, różnią się rozumieniem i metodami tego "pomima". I z tych metod i pomysłów wynika cała reszta, chyba także to, że oświeceni buddyści wydają się bardziej ciekawi świata, poszukujący różności i żyjący chwilą, niż podobni im stoicy. A "mistrz to ktoś, kto już nie szuka, lecz jedynie znajduje" (E.Herrigel "Zen w sztuce łucznictwa").