Pewnego dnia o poranku, grzebiąc w szafce kuchennej w poszukiwaniu straconego czasu, Janina K. zauważyła mola. Nie spodobał jej się, zdecydowanie nie. Szczególnie, że zaraz przyprowadził kolegów.
W tym samym czasie zaczęły dziać się na świecie i w jego okolicy prawdziwe cuda. Najpierw zdechła część satelitów łączności i tv, podskoczyła emisja Słońca w kilku pasmach radiowych a GPSy zwariowały. Zanim ktokolwiek z jajogłowych, kopanych przez polityków i wojskowych, zdołał wymyśleć jakieś w miarę sensowne wytłumaczenie, nawet tylko - co tu jest skutkiem a co przyczyną, tłumaczenia stały się zbędne, bo fortepian zasłonił Księżyc. Znaczy, tak mniej więcej wyglądało to, co pokazało się na niebie. Oczywiście, nie był to fortepian, tylko wyglądało jak fortepian, nieco kostropaty i ażurowy i raczej spory. Najpierw go nie było, a potem był jak jasna cholera; był tak bardzo, że nieco zmieniła się orbita Księżyca, a czas na Ziemi nieco zwolnił. Panika rozlała się całkiem szybko, szeroko i głęboko - tym razem trudno było twierdzić, że to balon meteorologiczny. Giełdy zwariowały, wojsko się zmobilizowało totalnie, większość ludzi zaczęła chować się gdzie popadnie - jak zwykle, każdy miał wizję, że bezpieczniej jest Gdzieś Indziej, stąd ruchy migracyjne zaczęły przypominać frykcyjne, i to w gęsto obsadzonym porno.
Fortepian przez pół dnia przyglądał się Ziemi, ślącej mu ciepłe frazesy powitalne tudzież satelity zwiadowcze, w pośpiechu obracane i podnoszone na wyższe orbity. Nie reagował na radiowe i laserowe zaczepki, a do eskalacji tudzież abordażu niespodziewanego gościa nikt się nie kwapił zbytnio, gdyż nie tylko brakowało środków technicznych, ale też wystarczało wyobraźni, nawet politykom i wojskowym, co do pewnych problemów z poradzeniem sobie z fortepianem wielkości połowy Księżyca. Cudzym fortepianem.
Janina K. wracając z pełnymi siatami zakupów, obojętnie obserwowała dziwoląg na niebie, tudzież niejakie objawy paniki sąsiadów (Zenon zaczął kopać ziemiankę za oborą, a Moherowa modliła się w ogródku). W swoim dość długim i pełnym przygód życiu widziała więcej niż życzyła sobie pamietać, stąd zjawiska niebieskie nie dotyczące bezpośrednio obejścia i rodziny miała w nikłym poważaniu. A już szczególnie jeśli nie miała na nie wpływu. Stąd myślami była raczej przy kosztownych śprejach i flaszkach, wypełniających dodatkową reklamówkę, niż przy cudach na niebie. Dodatkowa reklamówka mówiła wyraźnie "no pasaran" - oczywiście mole nie rozumieją takich metafor. A nawet - nic nie rozumieją.
Pod południu fortepian nagle się obrócił mało-wiele, po czym za chwilę wcięło całe pole magnetyczne Ziemi, tak dokładnie, jakby go nigdy nie było. Zanim władze zdążyły się oburzyć i wydać stosowne oświadczenie i ostrzeżenie, żeby ludzkość zdążyła się pochować przed promieniowaniem gdzie-kto-może, przyszło parę takich impulsów elektromagnetycznych, że ocalały tylko co lepsze sprzęty wojskowe i temu podobne - cała reszta elektroniki wzięła i zdechła. Może i lepiej, bo panika i tak olbrzymia (zorze polarne zrobiły się nagle bipolarne, powszechne i niezdrowe), stałaby się jeszcze większa na wieść, że Obcy ukradli w międzyczasie Arabię Saudyjską z okolicami, tudzież parę kawałków Azji i Południowej Ameryki. No może "ukradli" to za dużo powiedziane - zaświeciło się, zadymiło, trzasło całkiem głośno, i tam gdzie były lądy, miasta i krainy, zostało trochę kurzu i spore dziury, które zaraz wypełnił ocean. Ale że nie było już czym transmitować i odbierać najświeższych koszmarnych wieści, ludzkości nie zrobiło to już większej różnicy (choć może tubylcom, którzy poszli na rozkurz i tym którzy spłynęli w paru tsunami, zrobiło).
Janina K. rozpakowała zakupy, z szczególnym uwzględnieniem dwu pokaźnych śprejów i jednej flaszki. Przez chwilę przyglądała się w zadumie drobnemu drukowi instrukcji i napisów na pojemnikach, po czym wzruszyła ramionami. Okulary rozbiła parę dni wcześniej, a zresztą, kto by tam zrozumiał te nowomodne przepisy. Skoro sklepowa twiedziła, że flaszki są mocne, to pewnie są mocne. Trzeba ogarnąć szafki i wyśprejować wszystko. Molom mówimy stanowcze nie.
Ale zanim Janina K. zdążyła załatwić mole raz a dobrze, fortepian załatwił ją. I przy okazji prawie całą biosferę. Słońce nieco jęknęło i stęknęło, kiedy wcięło mu kawał korony wyteleportowanej bliżej nieznanym ludzkości sposobem; Ziemię opasały trzy torusy protuberancji, bardzo efektowne i efektywne; kto patrzył w niebo oślepł od razu, a czy patrzył czy nie patrzył dostał odpowiednią dawkę promieniowania, tak dobraną, żeby przypadkiem nie spłonął, ale umarł w niedługich męczarniach. Razem z mrówkojadami, drzewami, wielorybami i w ogóle wszystkim (no może poza co twardszymi wirusami i bakteriami, szczególnie tymi głeboko pod wodą).
Mieszkaniec fortepianu, należący do Całkiem Wysokiej Fazy Rozwoju, sprawdził jeszcze raz panplanetarny skan, mimowolnie acz ściśle przeliczył ery, epoki i ełony, po czym zaklął szpetnie na kilku poziomach metalangu na raz. Miał wielką wprawę, ustawiał fermentację tysiące razy; naprawdę rzadko zdarzały mu się takie wpadki. Cholerne pasożyty - pracujesz, harujesz, czekasz sto milionów lat, a tu się okazuje, że nic z tego, bo robactwo wyżarło prawie całą ropę w mgnieniu oka (geologicznego). Ech, trudno. Zapamiętał, że ma tu wrócić na kontrol za jakieś 30 milionów lat, po czym fortepian zniknął w sobie tylko wiadomy sposób, w bliżej nieznanym kierunku.
Na całej Ziemi tematem dnia stało się wielkie wymieranie.
(wszelkie mole
pożyczone z blablera, zwracam z podziękowaniem)