Zbieg wykroczeń (wyłączenie tv i, niesamowite, urlop na święta) spowodował, że oglądam filmowe różności i zaległości, starości i nowości, ze wskazaniem na kino raczej lekkie i komiksowe. Ale coś jest nie tak, albo ze mną, albo z nowościami-zaległościami, szczególniej.
Zdecydowanie.
Może zacznę z górki, a potem zjadę na pazurki.
"Social network" - ogólnie ok, parę fajnych momentów. Trochę znudził, no bo jednak fabułę znam ze źródeł, więc dla mnie to paradokument. Ale dało się oglądać, Fincher udowadnia, że z byle czego potrafi zrobić dobry film.
Zaskakująco dobrze wciągnąłem "Avengersów" - film jest nawet nie komiksowy, ale wręcz komiksiany, ale zaskakująco broni się w każdej warstwie, wizualnie, aktorsko, ale co dziwne, także fabularnie - oczywiście to jest logika i fabuła uniwersum, ale w miarę spójna. A nawet te drobiazgi "mundrości" poupychane tu i ówdzie (motywy i nawiązania do historii postaci, Lokiego, Irona, Hulka, Hawka, itd itd) są niezbyt nachalne i jakoś się bronią. Na tyle dobrze, że obejrzałem drugi raz. A potem nawet obejrzałem "Thora", w nadziei na więcej tego dobrego, eee, tu już było normalniej czyli znacznie gorzej, ale obejrzałem do końca historyjkę durnych rodzinnych napinek, jako ot, komiks fantasy.
"Dredd" - miało być dosko, tak ludzie mówili. Było dobrze - nieźle wymalowany świat, Dredd jak trzeba, fabuła nieźle pociągnięta. Ale jednak parę dziur logicznych spowodowało mi wygięcie się kołka do zawieszania niewiary - i nie idzie mi o dziury z naszego świata, tylko z ichniego (oczojebne i bezsensowne sperforowanie gatlingami kwadrantu; zatrzymanie odsieczy i wpuszczenie "odsieczy", itp). Postacie - hm, w paru miejscach skrzywiłem się w podkówkę lepszą niż Dredd, szczególniej nad sędzią-rookie Anderson (hełm jej przeszkadzał, mówili coś, że na głowę, pewnie na bujne uwłosienie, wiecierozumiecie) i złą Ma-ma, tak złą, och, złą, że aż strach (do postaci kobiecych jeszcze wrócę, niestety). Ale ogólnie, nieźle.
"Batman - Mroczny rycerz powstaje". Tu ludzie nie tylko mówili, że dosko, ale też pieli z zachwytu, leżąc plackiem u stóp. U mnie trzeci Batman zrobił coś w okolicy mindfucka i wylewu ambiwalencji. Bo z jednej strony od uniwersum nie wymagam za wiele, wizualnie Nolan i ekipa umie się obronić, nie porównuję też za bardzo "Powstania" z dwójką, bo tam Joker ukradł film; raczej z średnią jedynką, ALE... na wszystkie nieba czarne i niebieskie, czy ten scenariusz Nolan i ska pisali se SMSami po pijaku? próbując koniecznie ze znacznym zapasem przekroczyć poprzeczkę bzdur ustawioną na średniej wysokości przez jedynkę i dwójkę? No przecież od połowy filmu to już nie da się oglądać bez wytrzeszczania gał na idiotyzmy fabularne i zapalonego z tyłu głowy "i co k... jeszcze??". A jak tylko się człowiek oswoi z kolejnym debilstwem czy deusexem (gliniarze miesiącami trzymani w tunelach; szczelnie odcięte Gotham, itd itd I TAK W CHOLERĘ DALEJ) to dostaje w twarz amplifikacją o sile trzystu holyłudów mechanicznych (gliniarze wypuszczeni z tuneli, wypoczęli, wiecie, idą walczyć "połnyj rost" i zwartą kolumną, frontalnie na gołe klaty; Gotham odcięte? no co wy, przecież Nietopyrek wraca do niego z epicko-debilnego "questu w studni", ot tak sobie, I TAK DALEJ...). Ten film w ogóle nie trzyma się kupy, ja nie mówię, że w naszym świecie, ale w pokazanym też - i nawet Bane nie potrafi zasłonić dziur filmu jak Joker; albo Joker był "szerszą" postacią, albo dziury w dwójce jednak znacznie mniejsze. A po koniec stężenie napinek postaci, absurdu i deuxexów, które zapewne były zaplanowane jako bajeranckie twisty, a wyszły jak "OMG A TERAZ UWAŻAJ NARODZIE ZROBIĘ TWISTA Z FINTĄ W FINCIE I KAZACZOKIEM!!1", powodowało mi czyste zażenowanie.
"Niesamowity Spider-man" - obejrzałem drugie pół jednym okiem, i to się nie da sensownie skomentować na piśmie. A podobno miało być lepiej niż poprzednia paczka debilnych przygód debilnego nastolatka w debilnym uniwersum. No niestety, stan pacjenta bez zmian - wielkie okrągłe zero.
Z innej beczki - "Merida Waleczna". Bardzo przyjemny film i bajka (Pixar daje radę), ale postawiona na bardzo nieprzyjemnym i fałszywym fundamencie. Czyli historia dziewczyńska, i o tym co się dzieje między tymi kobietami, które dorastają i tymi które dorosły w patriarchacie, tylko, że zawieszona w próżni, a nawet w sprzeczności. Bo rozumiecie, najfajniejsze co może robić księżniczka (as - dziewczyna) to być jak chłopak (jeździć tam i sam, szczelać z uku, i w ogóle grunt to bunt). Już pomijając, że w założeniach historycznego fantasy, to słabe bo ahistoryczne, to nawet w założeniach XXIw jest uderzająco złe - no bo co to za przesłanie? "Dziewczyno, ogarnij się, spełnij marzenia i zostań inżynierem, a przynajmniej geekiem, bo inaczej jesteś niefajna, jak jakaś kura domowa i żona mężowi"? Zaprawdę, ktoś mądry powiedział, że nie wtedy jest równość płci jak dziewczyny ubierają spodnie, ale wtedy kiedy NIE JEST OBCIACHEM ubranie spódnicy przez chłopaka. I tej tezy "Merida" jest dosko ilustracją, tyle, że od strony faila - bo nikt nie zrobi sequela, gdzie Merida jest starą panną w smutnych
realiach średniowiecza fantasy, ojciec i matka już nie żyją, i o jej losie decyduje spór młodszych, już dorosłych braci, powiedzmy dwu dożyło dorosłości; i w konflikcie jednak dochodzą do tego, że fajne, słuszne i zbawienne to pomóc siostrze w samorealizacji (a przy okazji swoim dziewczynom/żonom), na równych prawach, a nie wydawać ją za byle kogo byle gdzie, żeby nie plamiła honoru rodu, żyjąc na kocią łapę z elfką-biseksem, misiem i ognikami, w kurnej chacie w leśnych ostępach. Takich filmów jeszcze długo nie będzie - i dlatego świat w którym "Merida" jest fajnym filmem, a 3/4 kobiet ma gówno do gadania w sprawie swojej ręki, wychowania, wykształcenia, nie zmieni się prędko, pomimo złudzeń pierwszego świata, że owszem. BTW "Sucker Punch" miał podobną skazę - dziadek-guru mówiący dziewczynom co mają robić i jak żyć, panie premierze, jak żyć, no ale była to mała skaza na dobrym filmie o "ucieczce" i ucieczce z potrzasku agresywnego patriarchatu, gdzie w "Meridzie" skopane są podstawowe założenia.
I podobnie mógłbym ulewać sobie na postacie kobiet pokazane stereotypowo do bólu, albo w fakapie jakiegoś feminizmu pierwszej fali, i w "Dreddzie" i w "Batmanie", ale mam dość.
W ogóle, po tej paczce filmów, nowości mam jakby dosyć - i strach oglądać "Pamięć absolutną" czy "Atlas chmur". O "Prometeuszu" czy "Skyfall" nie mówiąc. Et caeterum censeo, nie mówiąc o "Hobbicie", którego bojkotuję.