Triggerem do pisaniny była
notka nameste i komcie do niej, ale temacik chodził za mną wcześniej. Tylko, że jest tak bogaty, że na książkę raczej, niż na notkę.
Widywałem "Undercover Boss" i zgodzę się od razu, że
infomercial i dobra telewizyjna robota (może z dokładnością, że wersje US, Kanady i UK mają różne poziomy i akcenty nawet w tym zakresie; no i że w PL zapewne będzie to kolejny kaszan). Ale z drugiej strony, nie podoba mi się elitarne pochylanie się nad panią Aliną czy panem Johnem, ludźmi z dołu i ich wzruszeniami,
uwłaszczonymi w zakładzie, komercjalnie sprezentowanymi w UB; a nawet chyba nie podoba mi się defoltowa nienawiść, jak ze słabej marksowskiej agitki, do
spoconych dłoni pazernego prezesa; który w UB leje łzy, oczywiście krokodyle.
(a tera będę robił unzoom, i rozszerzał perspektywę)
Jeśli patrzy się na w miarę współczesne kapitalistyczne zarządzanie i szefowanie, w przemyśle czy ogólniej biznesie, to jasne, tak, zgadzam się, marksizm wyjaśnia najlepiej, alienacja, wyzysk, i tak dalej. Tylko, że wbrew złudzeniom lewicujących pochylających się raczej z ipadem nad kawą ze starbucksa, zamiast nad pracownikami najemnymi - jest wyzysk i wyzysk, są warunki i warunki, są organizacje i organizacje. I nie wiem, jak można nie rozumieć, że robiąc ZUPEŁNIE TO SAMO za TE SAME PIENIĄDZE/ZASOBY i generując PODOBNE ZYSKI/WYZYSKI, można trafić na miejsca i warunki, gdzie jest względnie fajnie, gdzie jest przeciętnie, i gdzie jest toksycznie, że kurwamać.
Więc może jednak jest tu coś ponad rachunek biznesowy, i gołe wyliczenie środków pracy i pracownika jako kosztu, i zysków i całej tej marksistowskiej tabliczki alienacji i wykluczenia.
Moim zdaniem, jest tu coś takiego jak kultura organizacji. Nie czas i miejsce, żeby się rozpisywać o tym, więc w skrócie - moim zdaniem sensownie fundamentalny podział opisuje
teoria organizacji X i Y - X to te rodem z armii pierwszej wojny światowej i przemysłu spod znaku Forda i Foxconnu ale też gospodarki planowej demoludów. Szeregowiec czy pracownik jest śrubką, trybikiem, robi od-od, doskonale zastępowalny, motywowany ostatecznym przymusem, wyzyskiwany najbardziej jak to tylko możliwe w danym ustroju; Y to te nowomodne, zawodowi żołnierze jednostek specjalnych czy przemysł nowego podejścia, jak Google, Gore, czołówka listy Fortune najlepszych pracodawców: szeregowiec czy pracownik jest człowiekiem prawie nieograniczonych zdolności i możliwości, tylko trzeba mu stworzyć warunki rozwoju i zmotywować, a przyniesie większe zyski (czyli nadal w paradygmacie kapitalizmu!) niż "niewolnik" zaganiany "batem", gdzie bat i niewolnictwo ustala dany ustrój.
Tyle, że jak się przyjmie taki model (w sensie organizacje ludzkie są od skrajnego X, ergastulum niewolników dwa tysiące lat temu itp. do skrajnego Y, startupu IT-spółdzielni obecnie) to pytanie, dlaczego są właśnie takie; i czasami - w podobnych warunkach i ustrojach są obok siebie prosperujące X i Y.
A to moim zdaniem wynika z kultury, ale niekoniecznie organizacji, tylko zarządzających tymi organizacjami. Bo to najczęściej od nich zależy, jaki, w całkiem zbliżonych warunkach, przyjmą model, i wdrożą go, także swoim wysiłkiem i charakterkiem, zakładając że mają jakiś i jakąś charyzmę. I moim zdaniem dotyczy to najogólniej wszystkich systemów i organizacji, gdzie ktoś ma władzę na innymi ludźmi - nie ważne czy mówimy o familii niewolników w Rzymie AD100, czy cechowym warsztacie średniowiecznym, czy manufakturze renesansowej, czy industrializacji XIXw czy współczesnych konwulsjach biznesu. A bardzo ogólnie, także armii i nadrzędnej władzy (w sensie królewskiej, państwowej) dowolnego czasu i miejsca.(I jeszcze w edukacji, jeśli nauczyciel ma w niej władzę nad uczniem, ale to akurat już w pierwszym świecie umarło i nie żyje).
Bo to od charyzmy i nastawienia, od świadomości i wysiłku zarządzających i władców, zależy jak funkcjonuje dana organizacja, jak czują się jej trybiki, i jakie osiągną cele - zakładając oczywiście, że celem organizacji jest coś ponad władzę jej władców. I to jest historyczna stała, moim zdaniem.
Stąd wiadomo, że charyzmatyczni, "ludzcy" władcy i zarządzający w duchu Y stają się liderami i przywódcami, i potrafią zmotywować podwładnych do rzeczy nie tylko wielkich i efektownych, ale też efektywnych i wielostronnie "zyskownych"; a ci w duchu X stają się tylko nadzorcami z batem, kapo, powodują w szerszej perspektywie straty i nieefektywności. I to nawet wtedy, kiedy cele czy środki są podobne i podobnie złe, jak familia rustica w Rzymie, czy wojna, czy wyzysk kapitalistyczny.
A w szczególe, jeśli zejść z wysokiego konia dyskursu lewicowego, i pochylić nieco nad prawdziwymi organizacjami, a nie idealnie sferycznym kibucem, czy anarchistyczną spółdzielnią w próżni, czy inną rewolucją, to dostrzega się, o ile ludzie są szczęśliwsi w organizacji Y. I nie ważne, że to "fałszywe", że fundamentów to nie rusza, że "kazał spierdalać, a mógł zabić", że sarkastyczne "ludzki pan" i "pańskie oko konia tuczy" - ale jeśli to zwiększa sumę szczęścia, to niech tak będzie. I nie, nie mierzi mnie to, podobnie jak większości znajomych prostych ludzi z dołów, że to "tanie gesty", że to "infomercial", że to rozszerzony PijaR, że to nic nie znaczy, że to rękawiczka skrywająca pięść - prawie każdy prosty robotnik czy BKŚ czy żołnierz wie, że to tanie i sztuczki takie, i szef czy dowódca nie wychyli się wiele ponad ustrój, i nie kosztuje go czy nie ryzykuje prawie nic.
Ale point w tym, że na takiego który, niby nic nie ryzykując i bezkosztowo zachowuje się przyzwoicie i jak człowiek, przypada dwu takich, którzy w tych samych okolicznościach zachowują się jak ch...je, albo nawet jak bestie piekielne, i nie ponoszą nawet tych minimalnych kosztów i wysiłków. I nawet jeśli pierwszy rządzi w organizacji X, może ją odchylać w Y; a ci dwaj, nawet jeśli w teorii mają misję i wizję org. Y, właśnie konstruują XIXw org. X w XXIw.
I to też rozumieją, widzą, zauważają podwładni i ludzie z samych dołów, i jest to wielki motywator - lub demotywator. I dlatego wielcy liderzy i przywódcy pamiętają np. o urodzinach podwładnych, i punktualność jest grzecznością królów, i wielcy dowódcy i bossowie znali i znają setki i tysiące podwładnych z imienia i ich problemów osobistych - po prostu ich znali.
A małe ciuliki u władzy czy zarządzania nie pamiętają o 20 leciu swojego pracownika, chociaż im przypominano; mają w dupie nawet bezpośrednich podwładnych i ich życie osobiste, nie mają po prostu krztyny empatii.
Bo tak naprawdę, do tego się to sprowadza. Gdyż patrząc od innej strony, od strony metody - łatwiej mieć empatię do pracowników czy podwładnych, kiedy było się wcześniej takim pracownikiem czy podwładnym, i naturalnie przychodzi ich motywowanie i budowa organizacji Y, nawet jakimś tam kosztem czy ryzykiem; a bardzo trudno zrozumieć o co chodzi z org. Y, i naturalnie buduje się obóz koncentracyjny czy toksyczną organizację X i ma się podwładnych za powietrze, jeśli jest się w danej organizacji desantem, zrzutem, zawodowym managementem; pasożytniczym guzem z MBA czy dyplomem West Point; ale ani się wie jak to działa i co tu się działa, ani nie chce wiedzieć.
Bo empatia wymaga osobistego wysiłku, a nie tylko uogólnionych "zasobów".
(teraz będzie zoom z powrotem)
Stąd prosiłbym nie nadymać się tak bardzo elitarnie nad prezesami czy pracodawcami czy
pracownikami czy podwładnymi, tylko przemyśleć. Bo może i Undercover Boss to poza, ot, komerchą, jakiś tam PR, ale pokazuje czasem kawałek prawdy o biznesie, i o ludziach z obu stron marksistowskiej barykady. I na tych szefów, którzy harun-al-raszydują (i niekoniecznie przed kamerami - tak, są też tacy) patrzyć łaskawszym okiem, bo mają zasługę wzg. pierdyliarda szefów-kutafonów, którym to do pały nie przyjdzie, bo mają wyyysoką pozycję i papier z zarządzania.
Jeszcze personal touch: ja na przykład oczywiście, że pamiętam kto i kiedy mi dał podwyżkę i jak się do mnie odnosił, i kto tu komu robolem, a kto kapitalistą. Ale pamiętam też, kto z nami, robolami, 20 lat temu spędził godziny w mroźny dzień i noc na strychu pierdolonej zamarzniętej hali, kiedy ratowaliśmy zakład i instalacje, które paru idiotów wymyśliło sobie pod blachą w klimacie gdzie bywa -30 - i pamiętam, kto na tym strychu był minuty, bo wolał siedzieć sobie w cieple, i zarządzać z biura.
I widziałem, jak można rozwiązać sprawę niebezpiecznej maszyny, nie oglądając się na koszta czy ryzyko dla własnej kariery (dla ciekawskich - wstrzymać produkcję na 200 osób/stanowisk, aż rozwiążemy problem; burza mózgów na 6 osób, taka prawdziwa, a nie gówno konsultingowo-menagerskie; rozwiązanie wymyślił prosty mechanik, ja wymyśliłem implementację, i zrobiliśmy biegiem nieoczywiste zabezpieczenie, w 6h; na co dyrektor po prostu ustalił kto i co robił, wyjął kasę, nie za dużą nie za małą, nie mam pojęcia skąd, powkładał ją w koperty i rozdał je z gratulacjami uczestnikom) i ludzi taką akcją zmotywować, i jak można takiego ryzyka i kosztów unikać, i ludzi demotywować.
I pamiętam, kto wysyłając mnie w nagłą pilną jednodniową delegację, na moje leciutkie skrzywienie, że trochę szkoda, że dokładnie w 20 lecie małżeństwa, kazał mi zabrać żonę do najlepszej restauracji na jego koszt. I nawet zapłacił. I takich, co nie oglądali się na istotne prośby pracowników przy ustalaniu mało ważnych delegacji z elastycznym terminem, też pamiętam.
I pamiętam, kto po prostu dał "szczęśliwym" rodzicom czworaczków vana z bieżącej floty służbowej, całkiem sporo wartego. I zapamiętam sobie tego, kto nie zapamiętał o 20 leciu pracownicy, pomimo wzmianki ku pamięci.
Oczywiście, łatwiej być dobrym czy ojcowskim szefem w czasach prosperity w duńskiej semi-korpo, niż w polskiej "Biedronce" czasów kryzysu - ale prawie zawsze jest wybór pomiędzy byciem szefem w duchu org. Y i z minimum empatii, a bucem-kapo z org. X z maksimum antypatii. Niektórzy wybierają dobrze i mądrze, zwiększając nieco sumę szczęścia na tym łez padole, a stąd mają zasługę, może niewielką, ale mają; a nie jest dobrze i mądrze wrzucać ich do wora razem z tymi którzy wybierają źle i głupio, niszcząc ludzi i organizacje.
(rany julek, czy ja z rozpędu właśnie popełniłem 10tys znaków? noo, to się prędko nie powtórzy...)