Licencja

Ostatnie wpisy:


Ostatnie komentarze:

Boni - Premium
Wed, 15 Aug 2018 22:42
@cmos No ja nie mam pojęcia jak bym zareagował na...

cmos - Premium
Wed, 15 Aug 2018 21:13
Jak kupowałem którąś z poprzednich Toyot, to przy...

Boni - Premium
Wed, 15 Aug 2018 20:49
Z ciekawostek około tematu - jak się warunkuje...

Boni - Premium
Tue, 14 Aug 2018 14:38
Coś w tym jest, że gadżety, luksusowe materiały,...

PoGOOD - Premium
Tue, 14 Aug 2018 13:33
W latach 2002-2005 sprzedawałem Volvo - wtedy dopiero...

Boni - Premium
Tue, 14 Aug 2018 09:10
@zz_top 1) silniki > X, ograniczenia "z dołu" -...

zz_top - Premium
Mon, 13 Aug 2018 21:30
Jak się bawić to się bawić :-) Samochód klasy...

Boni - Premium
Mon, 13 Aug 2018 21:24
@igor Ford ma jakiegoś zajoba na grzane przednie...

igor - Premium
Mon, 13 Aug 2018 18:12
Podgrzewaną przednią szybę miałem w Focusie, tak...

RobertP - Epoka wyuczonej bezradności
Mon, 6 Aug 2018 14:09
"15s z mokrą chusteczką niemowlacko-dodupną i się...


Rollka:

Blog de Bart
Ceàrdach
Co lepsze kawałki
Ekskursje w dyskursie
Inżynieria Wszechświetności
Nameste blog
Ogólna teoria
pattern recognition
Polska-NRD-Niemcy-Świat
snafu
Teklak
Utilitymon
Wrzutnia nocna

Inne:

inSitu - pudełko z obrazkami
Eat me. Drink me.
Szrot nasz codzienny
EVA prawdé ci powié
PolitMap



Valid HTML 4.01 Strict

Valid CSS

powered by PHP

Wpisy    Losowo    Autor    Rejestracja    Zgłoś błąd
RSS blog   RSS komentarze







Autor: Boni
Kiedy: 2012-04-02, poniedziałek
Tagi:  namysł, triptrop
___________________________________
(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)

Obiecywałem na końcu pewnej noci, że jak wrócę z Indii, napiszę co nieco o mojej wizji turystyki, i oto jestem.


Wstępniak - ja nie lansuję tu jakiejś Prawdy Objawionej, a nawet - nie nawołuję zbytnio do czegokolwiek, bo mam świadomość, że przeciętnemu człakowi na urlopie, czy szukającemu "prawdziwego smaku" turyście, moje uwagi na nic. Stary jestem, trochę już znam różnice między mną, a przeciętnym, więc tak tylko popiszę, bardziej żeby sobie poukładać, jak to szło i co po czym, i żeby się można było ponabijać z dysfunkcji autora.


Samą "turystykę" rozumiem tu bardzo ogólnie, niekoniecznie jako bieganie od zabytku do zabytku, czy plażowanie czy podobne - także łażenie po knajpach, po przemysłówce, wspólną pracę; ogólnie, wcieranie się w obcą cywilizację, obce miejsca i kultury.


Turystyki zorganizowanej, uprawianej w towarzystwie tambylców, a nie - tubylców, nie uprawiam z własnej woli od lat, trafiała się z przymusu ekonomicznego lub organizacyjnego (np. musiałem robić za organizatora czy przewodnika), ale to dla mnie nie jest turystyka czy przyjemność, tylko smutnia i hardkor. A to z turystyki, co wyprawiam z własnej woli i ciekawości, ostro dzielę na uprawianą w towarzystwie tubylców (to przeważnie wtedy, kiedy pracuję gdzieś w świecie, ale czasem np. z dalszą rodziną) i na uprawianą "samotnie" (niekoniecznie samemu, np. w małej zwartej dobrze rozumiejącej się grupie).


Dlaczego właśnie tak?


Bo inaczej mi nie pozwalają moje resztki empatii. Po prostu miejscowi, ludzie, u których jestem "w gościach", są dla mnie wielostronnie daleko ważniejsi niż zaspokajanie swoich, przeważnie debilnych, zachcianek, a już na pewno niż zaspokajanie próżnej ciekawości czy nabijanie sobie ego, szczególniej kosztem miejscowych. I mam na myśli ich emocji i uczucia, a nie - to co sobie o mnie czy o jakichś wyimaginowanych "nas", myślą. To jest jakiś zbieg tego, jak chciałbym, żeby mnie traktowali ci, którzy przyjeżdżają do mnie "w gości" (i z tego jak paskudnie czasem traktowali, np. wspomnienia niemieckich turystów z dzieciństwa...) połączany z szacunkiem dla innych ludzi, często z naprawdę innych kultur. Stąd, kiedy mam okazję zwiedzać czy obracać się z miejscowymi, najczęściej proszę, żeby oni byli przewodnikami i wybierali miejsca i aktywności, nawet jeśli mam jakieś pojęcie o lokalnych atrakcjach czy "atrakcjach". I przeważnie jest fajnie, nawet jeśli niekoniecznie robimy czy oglądamy to, co najbardziej na świecie chciałbym robić czy zobaczyć - bo dostaję unikalny wgląd nie tylko w miejscową kulturę, w to z czego dumni są miejscowi, czy co uważają za ciekawe, ale też - co oni myślą o mnie, bo przecież nieraz to jest finta w fincie: miejscowi modelują sobie, co też mogłoby być ciekawe dla gaijina czy sahiba,  i ten model i wielopiętrowy karambol kultur jaki nieuchronnie następuje, jest wielce pouczający.


Tu drobne dodatkowe wyjaśnienie - na szczęście czy nieszczęście, do zderzeń i wymian, na powyższych zasadach, dochodziło przeważnie w kulturach o których mam jakieś tam pojęcie, nie żebym był ekspertem, ale na pewno miałem w danych sytuacjach więcej orientacji niż przeciętny turysta czy obcy, spotkany przez miejscowych. Stąd najlepsze "kwiatki" wychodziły w Indiach i Japonii, czy nawet w Szkocji, a np. w Danii czy Niemczech, o których pomimo wielu wizyt nie mam wielkiego pojęcia, było, ot, normalnie. Zresztą, "odległość" takich Duńczyków czy Niemców czy Czechów od nas, jest żadna, w porównaniu. I nie wiem, jakby to było w rejonach które już od nas odległe kulturowo, a ja o nich nie mam żadnego pojęcia, bo ja wiem, kraje arabskie czy Ameryka pd., bo tam jeszcze nie trafiłem.


Może trochę przykładów teraz, bo tak jakby krążę wokół tematu, o co chodzi z taką integracją z miejscowymi, i dlaczego empatia i wiedza bardzo pomaga. Np. poprzedni tydzień, porządna stołówka pracownicza w Chennai, Indie, szamiemy lunch (codziennie proszę, żeby darowali se zamawianie mi oddzielnie chickena czy pizzy, bo przecież chcę spróbować miejscowego oryginalnego żarcia, ale i tak codziennie uparcie dostarczają), na stołówce duży tv, i leci se jakiś kanał muzyczny. Tu wyjaśnienie - miejscowi wiedzą, że u nas bolywood to ogólnie obciach, i ja wiem, że oni wiedzą, więc nie dotykam tego tematu, w przeciwieństwie do rozkosznego towarzystwa polsko-duńskiego, które się "integruje" przy luchu zalewając się lub dziwując bolywoodom w tv, na co koledzy przy stoliku robią dobrą minę do złej gry, no a reszcie (która przecież doskonale rozumie po angielsku) robi się przykro. Ale któregoś dnia, akurat sam, bez naszych "turystów", i tylko z jednym znajomym kolegą na 4 przy stoliku, kiedy płaczę nad sambarem, zaprawdę ostrym, konstatuję nagle, że pół kantyny patrzy na tv za moimi plecami. Więc przecieram zapłakane oczęta, i oglądam się ze 2s, i wracając do sambaru, rzucam mimochodem "Kabadi, huh?" Na co znajomy podskoczył, jeden obcy się wytrzeszczył, a drugi mało nie udławił. Bo szedł teledysk "sportowy", tłem były mecze kabadi, i dla nich to było coś takiego, jakby wam przyjezdny Hindus powiedział po rzucie okiem na tv "o, Cracovia gra". Czyli zyskałem od razu +8 do sympatii i 2k6 tematów do rozmów i do wglądu w to, z czego dumni są i jak siebie widzą Tamilowie. I żebyśmy się rozumieli, ja tu się nie chwalę swoją niewątpliwą wiedzą czy wielką inteligencją i doskonałą pamięcią (tudzież urodą i skromnością), ale próbuję pokazać różnicę w kontaktach z miejscowymi między kimś o moim podejściu, i o podejściu "turystów" jak moi koledzy z pracy. Bo oni o kabadi ani słyszeli, ani nie potrafią o tym rozmawiać, ani przeskoczyć z kabadi na waleczność Tamilów, itd itd. Więc sami wiecie, rozumiecie, mogą porozmawiać o zakupach i strojach, i tym co każdy gupi widzi ale nawet jakby chcieli, trudno im cokolwiek zrozumieć, również dlatego, że nikt z nimi tak naprawdę nie rozmawia.


I naprawdę, warto. Bo jeśli odmawiam własnych pomysłów i twardo obstaję przy tym, żeby to miejscowi wymyślili mi wycieczkę, skoro ma być wycieczka, i np. nagle lądujemy w bazylice św Tomasza, co samo w sobie jest mi raczej nudnym - jednak otwiera ciekawe i towarzysko bezpiecznie pole do dyskusji o religiach w Indiach w ogóle, a w Tamil Nadu w szczególe. I nagle okazuje się, że siedząc sobie wieczorem pod pięknie oświetloną bazyliką, można się dowiedzieć więcej, niż bym się dowiedział z przeczytania paru książek i prac naukowych, o tym jaka jest religijność miejscowych (a raczej - jak przedstawiają sahibowi swoją religijność).


Największy chyba integracyjny karambol w umyśle miejscowych udało mi się spowodować w Japonii, kiedy balanga knajpiana całego działu szła już na dobre, starsi koledzy usiłowali nas (dwu Polaków) upić sake, co jest raczej trudne, a młodsi, praktycznie obcy, wdali się w integracyjne gadki szmatki. No nie do końca pamiętam jak do tego doszło, że w końcu zeszliśmy na historię, a zaraz potem kłóciłem się z miejscowym, żeby mi tu nie pier... bo złego słowa o Toyotomi Hideyoshi nie dam powiedzieć, o! A trzeźwo-nietrzeźwy wykład przerwałem jak się zorientowałem, że każdy kto rozumie angielski ma szczękę na glebie, no poza szefem projektu, starszym Japończykiem który miał ze mną poprzednio do czynienia, i który za moimi plecami se po cichu rotfluje po tatami. Kiedy się przymknąłem i on się ze śmiechu pozbierał, rzucił chłopakom "a nie mówiłem, że zna historię Japonii lepiej od was?". O wy w dziuplę kopani plotkarscy potomkowie samurajów! Ale przez to zaraz (i na następne tygodnie) tak się zintegrowaliśmy, że niewiele brakowało do miejscówek i klimatów z "Lost in translation"; i doszliśmy do tematów i miejsc, do jakich prawie na pewno nie dotarli znajomi Duńczycy i Polacy ze znajomymi Japończykami - bo tam nikt nie wyszedł poza schemat.


Może już starczy samochwalstwa, ale tylko o to mi idzie, żeby przez odrobinę empatii i albo wiedzy, albo umiejętnego milczenia i poddawania się chwili i miejscowym, przebić się o parę milimetrów głębiej w obce światy.


Co innego kiedy poruszam się na obczyźnie sam. No może prawie co innego, bo na przykład nawet jak jestem sam, to co powyżej wypisałem, rzutuje na możliwości robienia zdjęć obcym ludziom - empatia bardzo często mi nie pozwala, bo może ich to krępować czy robić im przykrość. Ale oczy mam otwarte, uwagę ostrą, i przeważnie staram się znaleźć w miejscach, gdzie noga przeciętnego turysty nie postała. Oczywiście w granicach zdrowego rozsądku, bo chociaż nieźle pasuje do mnie żart "kiedy kroczę doliną ciemności, zła się nie ulęknę, bo to ja jestem największym złem w dolinie", z moją zakazaną mordą i wyglądem niechlujnem - jednak mam świadomość, jak bezbronny jest obcy, szczególnie nie znający miejscowego języka, szczególnie w miejscach gdzie na mapach przestępczości nie jest różowo, tylko raczej czerwono. I choć czasem kończy się to "a skąd znałeś japoński? ze strachu", albo na wkurzeniu i zmęczeniu, kiedy skala mapki okazuje się oszukana, i 1cm to raczej 10km, a nie 2, jednak warto, bo łażenie własnymi drogami i ścieżkami zapewnia niezapomniane możliwość podglądania miejscowych w ich prawdziwym życiu, a nie - hotelowo-wielkomiejsko-oficjalnym, tudzież trafienia na naprawdę ciekawe miejsca, ludzi, sytuacje. I nie, nie trzeba wcale wybierać się survivalowo na środek pustynii czy Amazonii czy wręcz w środek jakiejś wojny - bo skądinąd tam też się nie zobaczy normalnego życia i nie pozna normalnych ludzi (no chyba że ktoś ma zamiar pomieszkać pół roku w Amazonii czy Erytrei, to owszem, inna sprawa - ale to poza moimi potrzebami i możliwościami).


Dlatego tydzień temu łaziłem po zadupiach Sholinganallur, dlatego obłaziłem kiedyś połowę wzgórz w koło Kamakury, dlatego w Tokio myszkowałem koło portu, dlatego łaziłem wzdłuż i wszerz po Tokorozawa. Bo typowe turystyczne miejscówki są ciekawe, czemu nie, na jakieś 15min - fajny jest fort w Chennai, plaża w Kamakura, Ginza w Tokio; ale znacznie cenniejsze to co zobaczyłem i doświadczyłem na poboczu świata. A zupełnie bezcenne, kiedy spotykałem się tam z ludźmi.










Engine: Anvil 0.88   BS 2012-2018