Licencja

Ostatnie wpisy:


Ostatnie komentarze:

Boni - Epoka wyuczonej bezradności
Sun, 15 Jul 2018 11:35
@janekr Możesz też wcale nie używać czytnika,...

janek.r - Epoka wyuczonej bezradności
Sun, 15 Jul 2018 08:11
Ja jestem bezradny i nie jest to bezradność wyuczona....

Boni - Epoka wyuczonej bezradności
Sat, 14 Jul 2018 18:36
W sumie racja, to nie był najlepszy przykład. Inna...

Bober - Epoka wyuczonej bezradności
Sat, 14 Jul 2018 17:36
@Boni Ale to nie jest bezradność. Bezradnością...

Boni - Epoka wyuczonej bezradności
Sat, 14 Jul 2018 16:38
@Bober Przykład z wczoraj czy dzisiaj - masz fajny...

Bober - Epoka wyuczonej bezradności
Sat, 14 Jul 2018 10:56
"Oczywiście, można by wypisać tu zylion anegdot w...

Boni - Historie ze złomowiska
Thu, 12 Jul 2018 18:40
@Gatling Dzięki. Co do sprzęta, powiem tak,...

Gatling - Historie ze złomowiska
Thu, 12 Jul 2018 12:51
miło się czyta takie radosne notki, dają vicarious...

Boni - Historia jajem się toczy
Wed, 4 Jul 2018 20:18
@charliebravo IMHO może i jest jakaś tam większa...

zz_top - Historia jajem się...
Wed, 4 Jul 2018 08:48
Ależ zasada "zajmujemy się najpierw zabezpieczeniem...


Rollka:

Blog de Bart
Ceàrdach
Co lepsze kawałki
Ekskursje w dyskursie
Inżynieria Wszechświetności
Nameste blog
Ogólna teoria
pattern recognition
Polska-NRD-Niemcy-Świat
snafu
Teklak
Utilitymon
Wrzutnia nocna

Inne:

inSitu - pudełko z obrazkami
Eat me. Drink me.
Szrot nasz codzienny
EVA prawdé ci powié
PolitMap



Valid HTML 4.01 Strict

Valid CSS

powered by PHP

Wpisy    Losowo    Autor    Rejestracja    Zgłoś błąd
RSS blog   RSS komentarze







Autor: Boni
Kiedy: 2012-02-18, sobota
Tagi:  namysł, przemysł, szrot
___________________________________
(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)

Miałem sklecić coś o przemyśle do śmiechu - korpo-techniczne bingo zawsze jest zabawne - ale jakoś tak zrobiło mi się poważnie. Bo przebierając i kolekcjonując buzzwordy z korpoprzemysłu i jego utrzymania ruchu, czyli tak naprawdę ze specyficznych dziedzin i metod zarządzania, zrobiło mi się nagle całkiem serio. Otóż rozumowanie mi się odwróciło - co, w tym pierdyliardzie buzzwordów i sloganów, tudzież w kupce żargonu, nie zawsze ścisłego, ma moim skromnym zdaniem niezaprzeczalny sens (i przy tym jest nieźle ugruntowane, a nie - wczorajszym świetnym pomysłem)? Takie coś, żebym tego rozumowania, narzędzia, metody nie brzydził się używać; i nie musieli mnie do niego zmuszać; i żebym z czystym sumieniem mógł je polecać innym?

Niezły zgryz.

Bo 99% krapu, który serwują konsultingi, specjaliści, naukowcy i menagery, nie kupuję. Albo potrafię go skrytykować, zresztą, 80% potrafi skrytykować, albo i zmiażdżyć, każdy, kto ma opanowaną matematykę na poziomie dawnej średniej szkoły, i trochę praktyki w przemyśle (skądinąd - sugestia, że specom od zarządzania brakuje praktyki i podstaw matematyki, jest całkiem do rzeczy. A im wyżsi specjaliści i naukowcy, tym jakby bardziej im brakuje...). Albo po prostu - ten krap nie działa.

No zgryz.

Więc popiszę o podstawach, które są w moim świecie naprawdę podstawowe, trudne do obalenia, i dosyć uniwersalne. I co ciekawe, nie uwierzycie, jak mało ludzi i firm ich używa w ogóle, już nie mówiąc o używaniu z głową. Dwa śmieszne akronimy, OEE i TEEP, czyli całkowita efektywność i globalna efektywność. W skrócie - są to wskaźniki łączące 3 lub 4 podstawowe parametry procesu, maszyny, itp. dające jakieś pojęcie jak efektywny czy skuteczny jest proces, i bardzo dobre pojęcie, jak reaguje proces na zmiany czy ulepszenia (albo pogorszenia...). Wymyślili toto, jak wiele innych rzeczy, Japończycy w latach 60, i co ciekawe, wymyślili te wskaźniki dokładnie do tego co wyżej napisałem, i do tego, co ich nazwy wskazują, czyli oceny efektywności - a nie do zadziwiania i ściemniania pracownikom, szefom, właścicielom, odbiorcom, akcjonariuszom, klientom, dostawcom (niepotrzebne skreślić). Może właśnie dlatego, i z powodu ogólnej prostoty i uniwersalności, OEE i TEEP są twardym kawałkiem metrologii w oceanie galaretki marketingowo-konsultingowej.

Liczy się je bardzo prosto. Dla OEE - bierzemy dostępność, jakość i osiągi/wyniki, procentowo, jako stosunek wartości rzeczywistych do zakładanych/możliwych, i mnożymy przez siebie. A dla TEEP, czyli efektywności globalnej, mnożymy dodatkowo przez obciążenie "w czasie" (bo TEEP "rozszerza" OEE z obliczeń dla zaplanowanej pracy/procesu do obliczeń "po całym dostępnym czasie").

Na przykład, weźmy coś ze szrotu - Vitara żony, jeżdżona od nieco ponad roku. Dostępność - 99% (2 razy nie odpaliła, bo cośtam). Jakość, powiedzmy, 80% (usterka wydechu, lakier stary, spryskiwacz tylnej wycieraczki MIA). Osiągi, w zasadzie, 100%. Mnożymy, i OEE wychodzi 79%. Nic specjalnego (na ogół 85% uważa się za minimalne "coś", co warto ustalać jako cel itp), no ale mówimy o 17 letniem SUVku, utrzymywanym w klasycznym na szrocie reżimie MPM i RTF (czyli minimum preventive maintenance i run-to-failure). A jak wyliczymy TEEP, czyli pomnożymy przez niewielkie obciążenie, rzędu 40% (jeśli liczymy na dni albo przebieg "w rodzinie", bo jak na roczno-kilometry itp. miary "kalendarzowe", ściśle wg. definicji TEEP, to będzie w ogóle, żadne obciążenie), robi się niezbyt efektywne 30%.

Albo, dla odmiany, notebook z którego piszę - dostępność i osiągi 100%, ale jakość powiedzmy 50% (zawiasy ekrany nie trzymają, i uszkodzenie zasilania w płycie głównej, nie ładuje baterii). Czyli OEE niziutkie 50%. A ponieważ wykorzystany jest średnio przez powiedzmy 8h dziennie, to obciążenie ma rzędu 30%. Czyli TEEP na poziomie 15%, czyli na poziomie gleby.

A w realiach przemysłowych, powiedzmy - robot przemysłowy, sam w sobie prawie nówka nieśmigana, ale z nieco gównianą technologią procesu. Jakość - produkty zniszczone/re-work: 140 na 2000. Osiągi troszeczkę rozminęły się z założeniami projektowymi, cykl 27s zamiast 23s. Dostępność niezła, powiedzmy ze trzy razy w roku system sterowania staje dęba, ale raz kolizja złamała robocikowi nadgarstek, czyli jakiś tydzień awarii wypadł, z 52. A obciążenie niezbyt wielki - na dwie zmiany i bez weekendów... W skrócie OEE na poziomie 75% czyli nie za ciekawie, a TEEP żałosne 34%, czyli w skrócie "podajcie mi na tacy głowę tego kto zamówił tego robota i proces".

I tak można policzyć se wszystko, od wielkiego pieca i robota przemysłowego, do maszyny do szycia wykorzystanej raz w roku, samochodu czy systemu ogrzewania w domu. I jest to pouczające, bo nie tylko pozwala uzmysłowić sobie, co się np. zdegradowało ze starości i zużycia, albo polepszyło po upgrade czy wymianie urządzeń, ale też zauważyć, które ze wskaźników niskiego poziomu warto poprawić, a których nie ruszać (hipoteza Pareto się kłania) - na przykład dla robota z powyższego przykładu, wcale nie warto zaczynać od tego, o co wszyscy mają pretensje i pamiętliwie wytykają, że "system się wiesza, i tydzień czekaliście na części", ale raczej od odrobinę dłuższego czasu cyklu, do którego wszyscy się przyzwyczaili, bo co to są 4s, prawie nic; a potem zdecydowanie wziąć się za jakość. A uwzględnienie TEEP uzmysławia, jak nietrafione i nieefektywne są niektóre nasze rozwiązania, bo nie dość, że miernej jakości, słabe wyniki i spsute są ciągle, to jeszcze, tak naprawdę, są niepotrzebne, albo używane od wielkiego święta.

Jedyny problem, to skąd brać rzetelne dane do OEE/TEEP - bo nieważne czy rozważamy efektywność robota czy używanie taksówki zamiast własnego samochodu, tylko od rzetelności danych zależy rzetelność wnioskowań. A pamięć lucka zawodna jest, więc bez porządnego notowania i zapisywania (także - zautomatyzowanego) nie ma z czego rozumowania ukręcić.

Najśmieszniejsze i aż niewiarygodne, że nawet jak robot zapisuje sam statystykę, albo taksówka przyjeżdża regularnie po 20min. to jeśli zainteresowanym wydaje się, że robot ciągle spsuty, a taksówka pojawia się natychmiast, prawie nie można ich przekonać do danych, wskaźników, także OEE/TEEP, i w najlepszym razie je zignorują. Gdyż to świadomość określa byt, a jak rzeczywistość nie zgadza się ze świadomością, tym gorzej dla rzeczywistości - i dla racjonalistów, którzy wierzą w rzeczywistość i dane, a nie w myślenie magiczne, czy pamięć w warunkach dilbertolizy.

I tak właśnie z utrzymania ruchu i zarządzania można gładko przejść do psychologii i socjologii.







2012/02/18 22:19:42
Zgodzę się z ostatnim akapitem. Zwykle od faktów istotniejsze są ludzkie mniemania o faktach. I nawet jeśli się ich brutalnie skonfrontuje z jakimiś twardymi statystykami to wzruszają ramionami a w duchu wiedzą swoje.


2012/02/19 21:24:08
Fajne, dzięki.

Rozumiem, że są jakieś dobre wytyczne co do szacowania jakości w rzeczach trudniejszych do odróżnienia niż produkt/odpad?


Boni
2012/02/20 07:27:35
@redezi

Och, metodologii jakości i okolic, to starczyłoby nie na hejtnotkę, ale na hejtksiążkę. Ale w praktyce do OEE/TEEP jest jedna - produkt/maszyna/proces spełnia albo nie spełnia specyfikacji. Co natychmiast rozbija się o definicję specyfikacji ;) więc po pierwsze, trzeba tę specyfikację (przynajmniej szkic, ale jasny) przyjąć, mieć, znać, wypisać, itp. I to zaczynając od ustalenia czy jest to spec. projektowa (założenia, "od nowości") czy spec. konsumenta/usera (czyli jak toto działa, wygląda, pracuje kiedy klient czy user jest/był szczęśliwym). No a potem to co spełnia liczymy jako dobre, to co nie spełnia jako złe.
Zresztą, to jest średnio trudna część (osiągi/wyniki są łatwiejsze, bo przeważnie wzg. łatwo obiektywnie mierzalne). Najtrudniejsza jest, wbrew pozorm, uczciwie policzona dostępność - bo o ile osiągi sa prawie obiektywne, jakość via specyfikacja powiedzmy obiektywna 50/50, to dostępność, co zdumiewające, bywa tematem dyskusji religijno-polityczno-światopoglądowych, a nie pomiaru czy wyników. Na przykład, czy jak ja mam dwie niedostępności rocznie 17 letniej Vitarki bo usterka, to jest to samo co dwie niedostępności nóweczki z salonu, bo była raz na przeglądzie i raz na wymianie opon? Albo, bardziej przemysłowo, czy przerwa obiadowo-wypoczynkowa w pracy, kiedy operator odchodzi od maszyny, to pogarsza OEE czy nie (inaczej - czy pracę maszyny liczymy 8/8, czy 7,5/8)?


2012/02/21 10:54:41
Metodologie sluza do legitymizacji decyzji podjetych przy zielonym stoliku.


Boni
2012/02/21 11:39:45
@ramone

U nas na dziale raczej mówi się o decyzjach na polu golfowym. W sumie też zielone.

No ale to jeśli mówimy o metodologiach na poziomie szefów i menegerstfa, i całych przedsiębiorstw. Na poziomie zwykłej fabryki czy procesu, i tak są jakieś metodologie badania i zapewniania jakości i jej zmian, przecież, bo jakoś to trzeba ogarniać. Inna sprawa, że też bywają bzdurne, no i najśmieszniejsze, jeśli są niezwykle odległe od wizji "szczebla". Rekordowo to widywałem cztery layery metodyk jakości na raz - szefowie, średni szczebel, szeregowi pracownicy, no i dział kontroli jakości na dokładkę - każdy layer miał inną wizję i metodykę, i co zabawne, nawet się to wszystko jakoś tam kręciło.


2012/02/22 10:27:46
@boni_s

Moze tak wlasnie powinno byc? Na kazdym poziomie pojecie "jakosci" ma inny sens. Nie ma sensu myslec o "bottom line" analizujac jakosc pojedynczej linii kodu, ale co innego, kiedy analizujesz jakosc calego projektu.


Boni
2012/02/22 11:44:10
@ramone

Jasne, to idea, w jakimś ograniczonym zakresie, nawet słuszna. A teraz wytłumacz się z niej audytorowi ISO900x, albo bardziej modnie, TS16949, że masz zdecydowanie inną wizję, niż autorzy TS16949 Chapter 4: Quality Management System (general requirements, control of documents and records).



2012/02/22 12:38:45
@boni_s

Powiedzmy, ze mam niskie zdanie o audytorach... ;-)

Mozna to opisac jako wielostopniowa optymalizacje. Pojedynczy wyrobnik ma przydzielone zasoby do zuzycia (swoj czas, materialy, energie) i ma sie skupic na maksymalizacji czysto technicznej jakosci. Jego menago rozdziela zasoby, zeby zoptymalizowac zysk z ich uzycia.

Owszem, trzeba sie pozegnac z fikcja, ze pojedynczy wyrobnik jest w stanie ocenic, jak jego dzialania wplywaja na zysk calej firmy, ale chyba lepiej przyjac rzeczywistosc na klate, niz zyc w swiecie zludzen?


Boni
2012/02/22 18:51:37
@ramone.alcin

Anienienie - ty jesteś przy optymalizowaniu działań w celu osiągnięcia jakości, a ja mówię o jakości jako takiej, czyli dokładniej o standardach i specyfikacjach jakości. No nie jest normalnie, kiedy dla gupiego kawałka pręta czy śruby inną specyfikację ma dostawca (nieaktualną), dział zakupów (bardzo luźną), robotnicy (zgrubną), technolog i średni szczebel (malinowo-wzorcową), kontrola jakości (żadną - nie wciągnięto tematu w system), klient (kosmicznie dokładną) i management (żadną - nie ma na takie głupoty jak "specyfikacje" czasu i głowy).
Już pomijając audytorów i systemy, nawet dziecko wie, że w takim układzie wszystko kręci się nieźle, jeśli ogólnie element jest wszędzie bardzo wąsko stolerowany wzg. potrzeb, i/lub kluczowe ogniwa łańcucha mają wysoką kulture techniczną, procesową i działania. Ale niech ci się ten łańcuszek sypnie, albo zmień ze dwa ogniwa, to potem jest przezabawnie - bo zupełnie pierwsze pytanie, to kto ma choć z grubsza właściwą specyfikację, która spełnia waruny techniczno-biznesowe? Sam nie wierzę w to co piszę, ale widywałem akcje (najwięcej w kontekście globalizacji dostawców, ergo - Chiny...), gdzie takie rzeczy ustalano w luźnej dyskusji paru kawałków "łańcuszka"; albo wprost na zasadzie - kto głośniej krzyczy: MOJA SPECYFIKACJA JEST NAJMOJSZA!!!

Oczywiście, to co piszę jest niemożliwe, bo wszyscy maja ISO, a co lepsi TSa...





Engine: Anvil 0.88   BS 2012-2018