(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)(Nocia nie jest o iluzji wyboru, czy o wolności, w tym wolności wyboru, czy o iluzji wolności wyboru, czy o jakichś aborcjach - jest o rzeczywistych intersubiektywnych wyborach zwykłego człowieka)
Problem jest oczywiście przejściowy, i generalnie nadciągające kryzysy, rewolucje i wojny zimne i gorące, znacznie zmniejszą nasze możliwości wyboru, więc przezabawny hahaha mem "first world problem" prędzej niż później odejdzie w przeszłość (chyba żeby nie, jeśli technologia z przemysłem jednak wywróci świat na nice, zanim przyjdzie Buka). Póki co, jest to jednak problem, który trafia obywatela pierwszego a czasem i drugiego świata - problem wyboru. Najładniejsze zwarte podsumowanie problemu wyboru w rozwiniętym kapitalizmie i cywilizacji śmierci, jakie znam, to wykład TED Barryego Schwartza. W skrócie - w prawie każdym aspekcie życia, od papieru do dupy i sosu do sałatki, przez telefony, laptoki i samochody, po orientacje seksualne, światopoglądy, partnerów, i style życia, mamy dziesiątki czy setki "modeli" i opcji, w tysiącach czy milionach konfiguracji i kombinacji. To relatywnie przebogaty wybór, w porównaniu z historią, i w porównaniu z naszymi sawanno-małpiatkowymi możliwościami "ogarnięcia" rachunku kosztów/zysków i skutków, a nawet i przyczyn, naszych wyborów. Stąd trafia nas paraliż decyzyjny przed (co wybrać?) i frustracja po (czy dokonałem najlepszego wyboru?).
Warto zauważyć, że tfurcy i generał publiczny zaczynają powszechniej dostrzegać, że "osiołkowi w żłoby dano" zmieniło się w "osiołkowi w tysiąc żłobów dano", i że wolność wyboru z błogosławieństwa stała się przekleństwem - "the problem is choice", "becouse I choose to" rzucane przez Neo z "Matrixa" w kluczowych momentach, są niezłymi przykładami. Zresztą, co mądrzejsi ludzie (Lem, rzecz jasna) dawno predykowali, że dobrobyt i wolności wyboru uczynią życie może nie trudniejszym, ale frustrującym i upierdliwym. I wszyscy w pierwszym i drugim świecie wyczuwamy, że nie do końca wygodne jest wybieranie spośród 20 abonamentów i 100 modeli telefonu, dających jakieś 500 kombinacji na dzieńdobry, plus opcje i bonusy, i nieco narzekamy na.
Tutaj skończę zwykłe lanie wody, i przejdę do jeszcze większego lania wody, czyli będę się doskonale bawił w Wujka Dobra Rada - bo narzekać jest miło, ale może dałoby się trochę rozwiązać problem, i poprawić se jakość życia w nadmiernym dobrobycie? Jest parę postaw i strategii wybierania, najogólniej wszystkiego, w naszej nadmiernie rozwiniętej cywilizacji:
1) Na analityka - klasyka, naiwność, tradycja, naturalność, daremność. Zbieramy na kupkę wszelkie możliwe oferty, opinie, spamy i inne materiały reklamowe, i rzetelnie i szczegółowo szukamy w tej kupie krapu najlepszej dla nas opcji czy modelu. Już po mięsiącu dostajemy paraliżu, szału i gorączki, i z płaczem pytamy znajomych i spowiednika, jaki laptop wybrać. Skądinąd ciągle w drżeniu, że nie mamy kompletnej bazy danych i wiedzy o wszelkich dostępnych opcjach, na które nas jeszcze stać. Niefortunnie, ta metoda jest najpowszechniejszą i przemocno zamocowaną przez #sawanna, jako podstawowa strategia doboru partnerów, filozofii życiowych itp "wyższych" wartości. Stąd z nimi takie gigantyczne problemy i nietrafione wybory.
2) Na jaskiniowca - doświadczeni smutno przez próby "na analityka", wstępnie i świadomie samoograniczamy się do 10% pierwszych z brzegu popularnych czy na oko sensownych opcji, reszta do zsypu. Oszczędzamy czas, neurony i paraliż, ale dostajemy gratis 10x więcej frustracji po wyborze, że wybraliśmy licho, miałko i niedobrze, bo przecież były lepsze modele. W temacie wyborów społeczno-partnerskich, tylko nieco lepiej niż punkt 1) bo tu trzeba mieć bardzo silną wolę, albo IQ na poziomie stołka jaskiniowca.
3) Na polskiego inżyniera - wyspecyfikowujemy sobie w trzech zdaniach prawdziwe potrzeby i oczekiwania, potem szukamy dostępnego rozwiązania, zaczynając od najtańszych. Elegancko, szybko i bezboleśnie lądujemy z 15 letnim fiatem uno zamiast samochodu, albo z dziwką na godziny zamiast fajnej partnerki. Może nam się nie spodobać, bo nawet jeśli total cost of ownership będzie genialnie niski, to satysfakcja z rozwiązania niekoniecznie, plus niespodziewane efekty uboczne, od rozsypania silnika po choroby weneryczne.
4) Na niemieckiego inżyniera - wyspecyfikowujemy sobie w trzech tomach prawdziwe potrzeby i oczekiwania, potem szukamy dostępnego rozwiązania, zaczynając od najdroższych i renomowanych. Elegancko, szybko i kosztownie lądujemy z nówką merolem S500 zamiast samochodu, albo w małżeństwie z czołową gwiazdą porno czy innego kina, zamiast fajnej partnerki. Może nam się nie spodobać, bo nawet jeśli satysfakcja będzie przez chwilę genialna, to total cost of ownership, jak w końcu se podliczymy (albo adwokat nasz czy byłej żony podliczy) może wycisnąć łzy z oczu.
5) Na bogato - wyspecyfikowujemy sobie na trzech stronach prawdziwe i urojone potrzeby i oczekiwania, potem zamawiamy/budujemy, to co nam potrzebne. Metoda prawie doskonała, poza tragicznym kosztem, przy co większych i/lub dziwniejszych potrzebach może zabić. Z tej metody ulęgły się Veyron, marksizm, lotniskowce klasy Nimitz i chirurgia plastyczna.
6) Na ch... mi to - po dwu dniach przymierzania się do rozpoczęcia procesu wyboru, odsuwamy go na przyszły rok. Albo pięciolatkę. Rozwiązanie genialne w prostocie i skuteczności, o ile życie nie zmusza do wyboru już zaraz natychmiast.
7) Na racjonalizatora rolnictwa - wybieramy impulsowo, bez wnikania, coś pozornie lub rzeczywiscie fajnego, najwyżej pęknie nam kredyt, po czym nawozimy i uprawiamy racjonalizację tego wyboru przed lustrem, rodziną, znajomymi (czasem - przed naszym bankiem), że wybraliśmy genialnie, jak zawsze zresztą. Przy odpowiednim przeszkoleniu i wprawie w autohipnozie, wiecie, da się uwierzyć w prawie każdy bzdet, który się powtarza. Za wzór w tej metodzie służy połowa fanbojów Apple, wielkich terenówek i Korwina-Mikke. Ćwicz, ćwicz!
8) Na hybrydę czyli na serio - wyspecyfikowujemy sobie potrzeby i preferencje, czasem w dwu zdaniach, czasem na dwu stronach, aby rzetelnie ("na inżyniera"). Robimy research, nie za krótki, nie za długi, w sam raz, przerywamy go grubo przed paraliżem decyzyjnym i drżączką wyborową, zlewamy nadmiarowe opcje ("na jaskiniowca-analityka"). Wybieramy ze środka dostępnego nam "kosztowo" zakresu, model najbliższy specyfikacji. Oswajamy się i ślinimy na niego przez czas wystarczający do wizualizacji i przekonania, że będzie superos ("na ch... mi to? nie, jednak #chceto"). Po czym ostrym zwrotem wracamy do danych i wyboru, i znajdujemy podobny model, ale o stopień wyżej, czyli lepiej odpasiony, bliższy potrzeb, fajniejszy, zbonusowany, nie szkodzi jeśli trochę droższy - samochodzik V8 zamiast V6, rudą z biustem zamiast suchotniczej blondynki, itd itd. I wybieramy i dopadamy ten wyższy model natychmiast, pseudoimpulsowo ("na racjonalizatora"). Piękno i dobro, sama przyjemność, zen, fanfary. Ok, w przypadku partnerek czy innych społecznych interakcji i głupot, może nie wyjść za pierwszym czy drugim razem, ale zawsze warto spróbować wybierać w ten sposób.
Ostatni punkcik jest w zasadzie naprawdę na serio i łaską darmo wam daną - w ten sposób moim zdaniem można uniknąć masy kłopotów i frustracji w wyborach, od żwirku dla kota przez technikalia, domy, samochody, aż po wybór pracy, drogi życiowej, partnerów itp. Bo tak naprawdę, to najlepszy sposób żeby oszukać małpę w nas, żeby, przy jeszcze w miarę racjonalnej decyzji, dostarczyć temu źle zaprojektowanemu przez ewolucję umysłowi wystarczającą ilość niskopoziomowych emocji i satysfakcji, by nam nie zawracał dupy dylematami i frustracjami pierwszego świata.