(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)Na tle delegacji i dyskusji w pracy, tudzież poprzedniej notki z komciami, pomądrzę się tera o pomyśle w przemyśle.
Innowację se definiują ludzie jak im się podoba, i wypisali jej sporo lepszych czy gorszych definicji - dla ustalenia uwagi, przyjmijmy, że porozmawiamy o innowacjach ewolucyjnych (inkrementalnych, jak niektórzy mówią), lokalnych, rzeczywistych. Czyli nie o wynalazkach rewolucyjnych (powiedzmy, elektryczność), nie o innowacjach o których każdy gupi potrafi powiedzieć prawie od razu, że na lepsze czy gorsze zmienią cały świat (powiedzmy atomówka), ale też o rzeczywistych a nie o marketingu, czy nowomowie ekspierdów, czy kręceniu nowych lodów na starym mleczku (powiedzmy, że nie wymyślaniu nowych rynków czy o patentowaniu koła czy innego pada przez Big Corpo).
Tak rozumiane innowacje, czy proces innowacyjny, fascynowały mnie od zawsze, tudzież deczko interesowałem się historią innowacji. Bo dopiero jak wczytać się trochę w historię, to uderza zupełnie nieoczywisty w ponowoczesności fakt, jak mało innowacyjne były Dawne Czasy. Zmiany w technologiach czy technikach, także tych najbardziej istotnych czy "żywotnych", w rolnictwie, w militariach, w architekturze, były naprawdę, naprawdę wolne. Przez kilka generacji potrafiono prawie wcale "nie ruszać" rzeczy istotnych i to takich, które jak je w końcu "ruszono" dawały kolosalne społeczne czy ekonomiczne czy inne zyski albo przewagi. A jeszcze - połowa tych podręcznikowych historycznych zmian technologii i procesów polegała właściwie nie na dyskutowanej innowacji, ale na zapożyczeniu od kogoś sprawdzonych czy uderzająco lepszych rozwiązań.
Mniej czy bardziej trywialnych teorii o tym, dlaczego tak było, i dlaczego już tak nie jest, można wypisać i wyczytać do woli - oczywiście, świat był znacznie bardziej konserwatywny, w sensie - zakonserwowany ogólnym fatalizmem. Bo kiedy mówi ci się od zawsze i wciąż, że nic nie możesz, że światem rządzą i panują Potęgi, że wszystko w koło to samsara, szadołs and aszes, grzeszny żywot po utracony raju - no to raczej nikt nie neguje "dziadek tak orał, ojciec tak orał, ty też będziesz tak orał" i wynalazcy i innowatorzy mają raczej trudne, a czasem krótkie, życie. I równie oczywiste, że dopiero spektakularny postęp szeroko rozumianej nauki i techniki gdzieś od Renesansu, dał kopa na rozpęd innowacjom, także rewolucyjny, tudzież rozmontował kneble i kajdany narzucane twórczemu myśleniu i działaniu przez różnych inkwizytorów czy innych mistrzów cechowych. Aż do obecnego, lepiej czy gorzej umocowanego przekonania, że człowiek miarą wszechrzeczy i w sensie sprawczym równy dawnym bogom.
Ale poza tym fatalizmem-konserwatyzmem, jest inna postawa która mocarnie tłumiła i nadal tłumi innowacyjność, właśnie tę codzienną, lokalną, rzeczywistą - to jest konformizm-konserwatyzm. Wiadomo, że każde stado małp naczelnych musi kultywować konformizm z definicji, inaczej wcale nie byłoby stadem cwanych małp, i powyższe dotyczy ludzi jak najbardziej - ale warto pamiętać, że konformizm "tradycyjny", czyli wtłaczanie indywiduów w ramy społeczne, po dobroci albo na siłę, żeby jakoś wszyscy razem i każdy z osobna ogarnęli się i znaleźli w tychże ramach ratunek przed fatalizmem jw. i życiem, które po prostu nie do wytrzymania, to jedno. Ale jest też ten drugi konformizm - kiedy większości wszystko wydaje się tak bardzo ok, że nie ma sensu jakakolwiek zmiana, i w zasadzie nieważne, czy te "ok" to realia klasy panującej starożytnego Rzymu, czy średniowiecznego Kościoła, czy obecnej Danii.
I to jest największy wróg obecnej innowacyjności, także tej prozaicznej, w przemyśle. Bo skoro jest ok, to po co coś zmieniać? A najdziwniejsze, że przecież teoretycznie każdy w miarę inteligenty i nieco oczytany człowiek, no przynajmniej od 400 lat, powinien rozumieć, że zmiana jest immanentną cechą naszego świata, i że mnóstwo zmian było, jest i będzie na lepsze. I co? I pstro, konformizm ma się świetnie, każdy wam powie, że świat JEST taki czy owaki, a nie, że zmienia się. A jeszcze zdziwniej, że w przemyśle przecież wprost trenuje się ludzi do zmian, do ulepszania, a i tak nie chce to nijak działać, i projektowanie innowacyjności rozłazi się po kątach, i naprawdę niewiele z tego wynika. Eksperci wymyślają coraz dziwniejsze metody ekscytowania innowacyjności, menagerowie - coraz dziwniejsze systemy motywujące, itd itd. a temat i tak rozkłada, moim zdaniem, prozaiczny i jakże powszechny konformizm.
Po tym polewaniu wody, trochę konkretniej może - przez 20 lat widziałem sporo procesów, technologii, fabryk itp. - olbrzymia większość z nich miała wpisane działania proinnowacyjne w założenia, te wszystkie kaizen, lean, inicjatywy pracownicze, R&D, setki pomysłów. Z tego spora część miała nieźle albo naprawdę dobrze odrobiony temat mapowania procesów i technologii, zbierania i opracowania danych wejściowych i danych o procesach, systemach, wyrobach, dostawcach, itd itd, wymieńcie co chcecie. I teraz będzie news w który sam czasem nie wierzę, i który dziś omawiałem z kolegą z Danii - niewiarygodne, jak wiele z tych organizacji, firm i fabryk na etapie opracowania albo i nawet już zbierania danych, DOSKONALE IGNOROWAŁO wiedzę o tym, że jest źle. Że mamy gówniany projekt, gównianego dostawcę, że gówniane komponenty, że gówniani operatorzy, gówniane maszyny, że gówniane wyroby. Naprawdę. To wydaje się immanentną cechą ludzi w ogóle - konformistyczne "jest nieźle i po co to ruszać" przekłada się na zupełne absurdy procesowe czy bazodanowe. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem zbieranie danych o produkcji wyrobów czy nawet kontroli jakości, w stylu "zapisujemy wyniki, ale tylko dobre wyniki" to zbierałem szczękę, i co gorsza, moje nieśmiałe obiekcje z oburzem odpierano "wcale nie oszukujemy - nie wypuszczamy po prostu złych wyrobów, więc do klienta trafiają tylko dobre, te opisane w bazie danych". Ok, ok, ale jak, do Wielkiej Czarnej Skrzynki, można wyciągać jakieś racjonalne wnioski o jakości, procesach, ba, o produktywności, kiedy NIE MA DANYCH O TYM, CZY I JAK BARDZO JEST ŹLE.
A potem zobaczyłem takie podejście w innej firmie, innym procesie. I znowu, i znowu. I nie dalej jak w tym tygodniu znowu. I to jest błędne koło - jest dobrze, nie chcesz nic zmieniać, więc nie widzisz potrzeby zmian, więc ignorujesz mniej czy bardziej świadomie info że nie jest dobrze, więc jest dobrze, itd. Więc nie ma zmian, no dobra, poza łatwymi drobiazgami na odczepnego, dla spełnieniem planów i ambicji managementu itp. albo poza oczywistymi i niemożliwymi do zignorowania żądaniami spoza systemu.
Na następnym poziomie - im bardziej masz, po prostu i na co dzień, komfort, także biznesowo-decyzyjny, i dobrobyt szeroko rozumiany, im bardziej jesteś ZADOWOLONY, tym bardziej ignorujesz "niewielkie" braki i tym niechetniej szukasz innowacji. Bo tylko na początku i z dołu każda droga wiedzie w górę, kiedy jesteś, nawet tylko na subiektywnej, górze, większość dróg wydaje się wieść w dół, więc nonkonformistom nawołującym do zmian przetrąćmy lepiej kulasy, żeby nie poprowadzili nas w dół, bo "to się nie opłaci" - i to jest uderzająco podobne, kiedy przyłożyć to rozumowanie o konformizmie np. do starożytności, z negacją postępu technicznego "za pomocą" niewolnictwa, albo i do XXIw. firmy wiodącej w swojej branży.
I trafia tak rozumiany konformizm bardzo poważne firmy, czasem zupełnie wiodące (np. pewne dyskusje wyciekające z Toyoty o tym mówią, zresztą, powyższe "ignorowanie" jest bardzo charakterystyczne dla japońskiego przemysłu - typowa firma japońska bardzo chętnie wam powie, jak superos ma jakość i ile ma reklamacji, przeważnie w małych ppm. Ale zapytajcie się, ile kosztuje utrzymanie tej jakości, ile mają re-work'u albo scrap'u - nikt wam tego nie powie, ale co gorsza, przeważnie NIKT TEGO NIE WIE).
Oczywiście, z tym konformizmem i praktyką "jest ok" walczą rzesze konsultantów, innowatorów, i ogólnie osobnicy nonkonformistyczni, z natury lub mianowania. Ale wiecie co? Patrząc na opracowania o cyklu życia firm, i innowacyjności w nich, przeważnie ta walka, pomimo szumnych deklaracji i projektów, w swej istocie jest przegrana - i to tym bardziej, im bardziej konformizm ma umocowanie w danym społeczeństwie i organizacji; mówiąc wprost - im bardziej ludzie są zadowoleni.