NIGHT   RSS blog   RSS komentarze
Licencja Wpisy Losowo Autor Rejestracja




Autor: Boni
Kiedy: 2011-11-08, wtorek
Tagi:  muza     
___________________________________

(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)

Uwaga, dzisiaj mega nostalgia trip. A może i nie do końca.

Dopadło mnie niedawno tak mocno, że musiałem sobie zassać z neta i posłuchać (i niech przeklęty będzie ten czy ta z rodziny, który w odmętach naszych przeprowadzek podpieprzył śliczny tęczowy winyl!) - Balkan Electrique. Czyli jedna z nielicznych rzeczy w PL popie, która mnie w ogóle rusza (to chyba pierwsza notka na tagu #muza z PL, więc tak jakby dla mnie w PL - najważniejsza...)

O Elektrykach można opowiadać wielostronnie i na wiele sposobów.

Z jednej strony - bardzo porządny synthpop z folkiem, fajna muza, teksty, technicznie nawet dziś spoko, a co dopiero w PL ok 1990. Obydwoje, Fiolka i Starosta, osobowości, i zakręceni bardzo pozytywnie (no, w moim świecie, bo oczywiście w tym równoległym spod krzyża i frądy, to już niekoniecznie). Folk bałkański przyciągnięty bardzo zgrabnie, moim zdaniem; to są czasy już po Kostku Joriadisie, który był chyba pierwszy w pop-PL z takimi motywami, ale pamietajmy, że jeszcze bite 10 lat przed sukcesami Kayah i Bregovica. I trzeba było być w 1990 czy 1991 na  koncercie Elektryków z porządnym światłem, nagłośnieniem, i zakręconym, głównie przez Fiolkę, wykonaniem (np. w poniższym kawałku końcówka ;) ), żeby uwierzyć, że pop PL to może być nie tylko Lady Pank, Kora czy inne, jeszcze bardziej skwaszone dinozaury, które spały na styropianie.

 

Ale z drugiej strony - komercyjna klapa. I to nawet nie tyle, moim zdaniem, przez kontrowersje wokół, czy jakieś popieprzone zakulisowe rzeczy w ówczesnym polski przemyśle fonograficznym (bo jednak mimo wszystkiego - Niedźwiedzki ich puszczał w Trójce, itd itd), co przez drobne, dwu-trzyletnie opóźnienie. Bo właśnie wtedy dowolny polski synth spod znaku depeszów i erejżerów, z folkiem czy bez, zabiło otwarcie. Oczywiście, otwarcie na świat i na Zachód - nagle był dostęp do wszystkiego, i połowa rówieśników wbiła się we flanele i upozowała na Cobaina, a druga poszła w jakieś smakowite, a wcześniej nieosiągalne nisze (moje okolice - w folk, ale irlandzki, Clannad, Enya itp). Stąd przyszło Elektrykom praktycznie zrezygnować z kariery, Sławek poszedł w przemysł ero i porno, Fiolka w różne rzeczy (choć niektóre też zajefajne - tak naprawdę właśnie od tego kawałka zaczął się mój zeszłotygodniowy nostalgia trip), i to wszystko jest bardzo smutne.

Ale dla mnie (nawet - dla nas, z żoną) prywatnie, rządzą i panują. Nie słuchamy ich może na okrągło, nie mamy ich płyt (hm, czemu...) i w ogóle od czasu do czasu tylko wskakują nam znowu i znowu, ale jednak myślimy o nich i ich muzyce zawsze ciepło. Mówiąc mętnie i metaforycznie - to nie tylko jest muza naszej wspaniałej młodości, ale koncert Elektryków w 1990 czy 1991 roku, zaliczony razem z wkrótce-przyszłą-obecną-żoną, to jest jeden z nielicznych koncertów, których po 20 latach się nie wstydzę, i o którego wykonawcach, i muzie, nadal uważam, że byli i są pięknem i dobrem. Puśćcie sobie poniższy kawałek, porządnie, głośno, posłuchajcie uważnie tekstu, pogibajcie się do muzy, i pomyślcie jakie to nadal fajne, po 20 latach, w przededniu 11.11.11...










 

Engine: Anvil 1.08   BS