(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)
Jakiś czas temu, w ramach prezentu na #po40 dostałem
"Leksykon broni japońskiej" K. Polaka, całkiem fajny. O wielu rzeczach w nim opisanych coś tam wiedziałem, bo kapeczkę mnie japońszczyzna interesuje czy interesowała; o innych mogłem se poczytać w końcu i pooglądać obrazki na papierze (np. zbroje), bo jakoś nie złożyło się wcześniej. Ale tak naprawdę walnęła mnie obuchem jedna, na pozór drobna rzecz. Jedna tsuba (czyli - garda japońskiego miecza, ten taki ozdobny, excusez le mot, talerzyk nad rękojeścią):

Na pierwszy rzut oka, nic specjalnego, stalowa, ażur, w stylu X z prowincji Y, XVIw. Taki lajkonik jak ja, na pewno nie wyróżniłby jej na wystawie czy obrazku między innymi tsubami, szczególnie, że w tym stylu i okresie bywały znacznie ładniejsze (np. ażurowe żurawie). I w tym przewaga książki, że pod zdjęciem bywa podpis znacznie ciekawszy niż w internetsach.
Wiecie co to za wzór na tej tsubie? To narys fortecy bastionowej, prawdopodobnie skopiowany z holenderskiego podręcznika przytarganego do Japonii przez kupców w XVI wieku.
I takie coś robi mi skurcz mózgu i ogólne "o ja pierdziu".
Bo już pomijając, że taka tsuba jako fashion statement, to jest, bo ja wiem, jakby ktoś kazał sobie w PL 2011 na nowym samochodzie namalować czołg Abrams, itp. - to jest też materialny zabytek zjawiska, które dla mnie jest jednym z najciekawszych w historii powszechnej. Tego, gdy ktoś z ciekawości wybiera się na kraniec świata, i tam dogaduje się z innym, ciekawskim homo sapiens sapiens, i wymieniają idee i myśli, no i nawet czasem ten pierwszy wraca cało do domu, i na obu końcach, tudzież po drodze, powstają nowe jakości kultury. Wiem, wiem, koncepcja Parnickiego co do "mieszańców ducha" i ich kreatywnej roli, to koncepcja raczej literacka niż historiozoficzna, ale co poradzę, że mnie urzekła tysiąc lat temu i tak mi zostało. Dlatego kręcą mnie historyjki i zdarzenia, jak ta tsuba, i ubolewam, że nie istnieją w szerokiej świadomości i dyskursie pop-polit-historycznym. Że dzieciom mówi się najwyżej o Marco Polo, a co ponad to z "dialogu" kultur, to wyłącznie wyprawy militarne i ich skutki, w typie Aleksandra Macedońskiego czy konkwisty. A zylion faktów w rodzaju misji buddyjskich Asioki, co najmniej po Egipt około 250pne, czy utrzymywania przez setki lat przez Żydów i Rzym faktorii handlowych w Indiach, czy kontakty Rzymu z Meroe albo
wyprawa pretorian do równika, czy właśnie dialog i fascynacje japońskie "barbarzyńcami z południa" itd. itd. - tego w szkole nie ma...
Czasem mam wrażenie, że w dobie gigantycznego ułatwienia komunikacji i transportu połączonego z gigantyczną utratą zaufania do "tamtych" i rozwojem "kulturyzmu" - powinno się tę wiedzę o "globalizacji" i kontaktach przez wieki znacznie bardziej rozpowszechniać.