Licencja

Ostatnie wpisy:


Ostatnie komentarze:

Boni - Zakazane piosenki
Sat, 20 Oct 2018 01:57
@cmos, Blind Guardian Kiedyś już polecałeś,...

Codiac - Zakazane piosenki
Fri, 19 Oct 2018 18:25
@Hadouken - nie no, jasne, ja też nie jestem jakimś...

cmos - Zakazane piosenki
Fri, 19 Oct 2018 14:50
Ja bym zaproponował Blind Guardiana "Wheel of Time" (...

Boni - Zakazane piosenki
Fri, 19 Oct 2018 08:47
@Codiac @Hadouken mam trochę problem jak z innym...

Codiac - Zakazane piosenki
Thu, 18 Oct 2018 18:25
Skoro można dopisywać... zerkając na opis myślałem...

Boni - Zakazane piosenki
Thu, 18 Oct 2018 09:23
Dopisałem małe co nieco, które zapomniałem. Oraz...

Codiac - Na Zachodzie bez zmian
Fri, 12 Oct 2018 13:00
"Życie płynie nam mniej więcej należycie. I tyle. "...

Boni - Na Zachodzie bez zmian
Mon, 1 Oct 2018 12:58
@wyparowanie strony A tak, to też była...

Gatling - Na Zachodzie bez zmian
Mon, 1 Oct 2018 12:47
> Życie płynie nam mniej więcej...

Boni - Trzeba siać
Sun, 16 Sep 2018 12:52
@igor, Lem Może tak - rozumiałem o co mu chodzi i...


Rollka:

Blog de Bart
Ceàrdach
Co lepsze kawałki
Ekskursje w dyskursie
Inżynieria Wszechświetności
Nameste blog
Ogólna teoria
pattern recognition
Polska-NRD-Niemcy-Świat
snafu
Teklak
Utilitymon
Wrzutnia nocna

Inne:

inSitu - pudełko z obrazkami
Eat me. Drink me.
Szrot nasz codzienny
EVA prawdé ci powié
PolitMap



Valid HTML 4.01 Strict

Valid CSS

powered by PHP

Wpisy    Losowo    Autor    Rejestracja    Zgłoś błąd
RSS blog   RSS komentarze







Autor: Boni
Kiedy: 2011-05-23, poniedziałek
Tagi:  varia, szort
___________________________________
(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)

Pan T. udał się, jak co niedzielę, na przechadzkę po parku. Był umiarkowanie uzależniony od nawyków i rytuałów, dlatego na swoją ustaloną i uświęconą przechadzkę wybierał co tydzień inny park czy ogród. Tego dnia miał ułatwione zadanie, i nie musiał rozstrząsać od wczesnego poranka, czy wybrać park Zamkowy, czy Ogród Botaniczny, czy może wręcz Zoo, czy wiele innych, które posiadała i użyczała stolica, a w których wybór był czasem wielce trudny, uwzględniając pogodę, imprezy masowe, czy ostatnio odwiedzone. Tego wiosennego dnia, już rześkim chłodnym rankiem, z zapowiedzią ciepła przechodzącego w upał po południu, było jasne - ogród Królewski. Nie był tam od miesięcy, między innymi dlatego, że zima, aż do wczesnej wiosny, była w tym ogrodzie wyjątkowo ponura i okrutna, i nieuchronnnie wpędzała pana T. w depresję, która musiał potem odpędzać solidną kolacją i wyszukanym trunkiem.


Około południa dotarł do jednej z bocznych bram ogrodu Królewskiego, zaiste, zielonego klejnotu wśród parków stolicy. Dojście od tej strony było nieco fatygujące, gdzyż wymagało kilkukrotnego wchodzenia i schodzenia przez górki i dolinki na obrzeżach parku, ale pan T. wolał nieco się zasapać, niż zderzyć się z tłumem wycieczek i rodzin z dziećmi przy głównej bramie. Poza wszystkim, widok ogrodu z pewnej wysokości rekompensował wysiłek. Kiedy tak schodził z ostatniego stromego nasypu, przy estakadzie szybkiego ruchu przelatującej nad granicą ogrodu, już widząc park w całej przepysznej okazałości, potknął się o zdezelowany schodek, i prawie spadł w dół. Tracąc równowagę, i już widząc się podrapanym i wymiętoszonym, a może i połamanym, na dole schodów, zamachał rękami, upuszczając parasol, i z najwyższym natężenim całego wątłego i otyłego jestestwa usiłował nie upaść. Co zdumiewające, pan T. odniósł sukces - strzyknęło mu tylko w kolanie i chrupnęło gdzieś w karku, ale poza tym, niezgrabnie opanował potknięcie. Odetchnął z ulgą, pozbierał parasol, i poruszył kontrolnie głową (ten kark...) - wydawało się, że wszystko jest w porządku, choć pan T. nieuchwytnie wyczuwał zmianę. Nie potrafił określić, co niby się zmieniło, więc machnąwszy ręką i składając te wrażenie na karb niespodziewanego zastrzyku adrenaliny, podjął wędrówkę do ogrodu, tylko z lekka krzywiąc się na kolano.


Kiedy dotarł w końcu do wypielęgnowanych alejek i trawników, przemieszanych ze starodrzewem i chaszczami w stylu angielskim, nadal odczuwał wrażenie, że nie wszystko jest tak, jak być powinno. Zamiast napawać się młodą wiosenną zielenią, i zaciągnąć się zapachem ziół i roślin, pan T. martwił się, że coś jest nie tak, choć nie potrafił powiedzieć, co. Przez chwilę miał wrażenie, że to problemy ze wzrokiem - kosz na śmieci, koło którego przechodził, wydał mu się jakis dziwny, jakby widział go przez łzy albo lekko rozdwojony. Pan T. zamrugał i frasobliwie zaczął przecierać okulary - po wbiciu ich z powrotem na nos, kosz nie wygladał wiele lepiej, a dopiero teraz pan T. dostrzegł, że choć kosz jest co najmniej dziwny, to trawa i cały ogród wkoło wyglada normalnie. Wzruszając ramionami na tę aberrację chromatyczną czy inną fatamorganę, i notując w pamięci, by zamówić wizytę u okulisty, pan T. poszedł pustymi alejkami w stronę ulubionego stawu. Niestety, już kilkadziesiąt kroków dalej, nieuchwytna wcześniej zmiana uderzyła go obuchem między oczy.


Pomimo, że pan T. szedł niezbyt szybko, doganiał cyklistę, który bardzo bardzo wolno, krok za krokiem, prowadził rower. Już z daleka widział efektowny kombinezon rowerzysty, i zaawansowany technicznie bicykl - pan T. nie korzystał z dobrodziejstw pedałowania, ale potrafił odróżnić człowieka w ortalionie na "góralu" z supermarketu, od modnego cyklisty z porządnym rowerem. Uwagę pana T. przykuł kask trzymany przez rowerzystę w urękawiczonej dłoni, na kierownicy - w typie motocyklowym czy motokrosowym, czarnomatowy, z pełną szczęką, niecodzienny nawet jak na standardy niedzielnych dandysów, śmigających po ścieżkach rowerowych stolicy. I nadal pan T. miał wrażenie, że coś nie tak jest albo z jego wzrokiem, albo z rowerzystą. Dopiero kiedy mijał człapiącego cyklistę, i jeszcze raz rzucił okiem, zdębiał na dobre, bo dotarło do niego, co widzi - otóż jedna strona rowerzysty, ta którą widział wcześniej, z kaskiem opartym na kierownicy, była normalna, ale o drugiej tego nie dało się powiedzieć. Pan T. widział drugą stronę rowerzysty jako wklęsłą, ciemną i szarą. Przerażony odwrócił wzrok, ale zaryzykował jeszcze jedno zerknięcie - tak, to nie było złudzenie czy omamy światła i cienia od drzew parku - rowerzysta był od tej strony wywrócony na szare nice. Ale nie były to dokładne nice prawej, normalnie wyglądającej strony - była tam lewa ręka, trzymająca papierosa, i druga połówka młodej męskiej twarzy bez wyrazu, jedynie kolory były zgaszone. Pan T. nie rozumiał co widzi, i jak może to widzieć, kiedy w bryle wklęsłej lewa ręka podawała papierosa zewnętrznej bryle wypukłej, i obie zaciągnęły się głęboko. Zamrugał zdenerwowany, i przyspieszył kroku, by oderwać się od tej dziwnej figury.


Właśnie doszedł do jednej z centralnych alejek, gdzie było już sporo ludzi, i z przerażeniem odkrył, że wszyscy są wywróceni na nice, jeśli spojrzeć pod pewnym kątem - kobiety z wózkami, mężczyźni w jasnych ubraniach, dzieci na małych rowerkach. Każdy był z drugiej strony wklęsły i przygaszony, i choć szare połówki funkcjonowały na pozór normalnie, dzierżąc telefony komórkowe, poszturchując rozbrykane dzieci, obejmując za tyłki narzeczone i wywracając rowerki, to pan T. zrozumiał, że coś fundamentalnie zepsuło się z fizyką i optyką tego świata. Ta konstatacja zasmuciła go niepomiernie i odebrała mu całą przyjemność spaceru po słonecznym i rześkim ogrodzie. Powlekł się złamany do wyjścia z parku, patrząc głównie pod nogi, by nie oglądać całego wklęsło-wypukłego tłumu. Może dlatego przeoczył, że bardzo małe dzieci w wózkach i nosidełkach wyglądały jak dawniej, całkiem normalnie. Ale tego pan. T już nie widział, pragnąc wydostać się jak najszybciej z ogrodu Królewskiego, by dotrzeć do swojego kawalerskiego gniazdka, i uleczyć duszę i wzrok butelką przedniego wina.


 


(notkę sponsorują wczorajsze Łazienki Królewskie i Italo Calvino, wyhaczony na targach antykwarycznych na Mariensztacie)










Engine: Anvil 0.88   BS 2012-2018