Rok temu
popełniłem notkę, która miała być ew. zaczątkiem cyklu astronautyczno - socjologicznego, powiedzmy, ale jak widać, "cykl wydawniczy" mam raczej lichy, i nic z tego nie wyszło...
Ale, że mamy tak bardzo okrągłą rocznicę tak ważnych wydarzeń, coś naskrobię może znowu, w duchu tamtej notki i zamiarów.

Mamy właśnie 60 rocznicę lotu Gagarina i 40 (TAK, NAPRAWDĘ JUŻ 40) rocznicę pierwszego lotu wahadłowca "Columbia" (dygresja - to nie było planowane "ku czci", to przypadek, "Columbia" miała lecieć ze dwa dni wcześniej, ale start się opóźnił i poleciała akurat w 20 rocznicę Gagarina).
Czyli kosmonautyka na serio, to już jest temat o długości ludzkiego życia, powiedzmy, a licząc generacjami społeczno-kulturowymi, po dużych zmianach / kryzysach, to już ze 4 pokolenia żyją w cywilizacji, która potrafi się oderwać od planety, w zasadzie RUTYNOWO. Przez te dekady poleciało np. ponad 140 załogowych Sojuzów, 135 razy amerykańskie wahadłowce, 240 francuskich "towarowych" Ariane, chmary innych rakiet bezzałogowych, ba, nawet Falcony od SpaceX chyba już coś koło 80 razy. Oczywiście, nie tylko liczba startów (udanych...) się liczy - 11 lotów Apollo ma zdaje się nieco inną "wagę" niż setka Ariane czy chińskich czy rosyjskich rakiet wynoszących byle satelity. Ale tak czy owak, latamy TAM. A ostatnio jakby bardziej - Space X doleciało na ISS załogowym Dragonem, knują (wybuchają...) na wyrzutniach Starshipy (te duże, nie mylić ze Starlinkami); Bezos, NASA, Rosjanie, Chińczycy - wszyscy dłubią i knują, jakby znacznie bardziej niż powiedzmy, 20 lat temu.
Że o ISS, chyba najwspanialszej i najkosztowniejszej maszynie wszechczasów, nie wspomnę.
A jeszcze - "daleki zwiad" zautomatyzowany poszedł przez te dekady kolosalnie do przodu, rzecz jasna. Sondy kometarne, do gigantów gazowych, łaziki marsjańskie itd. - kiedy Gagarin leciał w kosmos, to było czyste SF przecież. A przecież już Gagarin w zasadzie "został poleciany" przez automatykę i telematykę, nie leciał przecież sterując ręcznie jakimś knyplem itp. ale zdolności automatyki i jej autonomiczność poszły do przodu o parę generacji i parę "rzędów wielkości" oczywiście.
Dla mnie osobiście kosmonautyka, w wersji historycznej, w wersji "aktualności i newsy" oraz w wersji "SF bliskozasięgowe" ISTNIEJE od zawsze i na zawsze, no po prostu jestem fanem. Szczególniej w wersji zautomatyzowanej i skomputeryzowanej, gdyż nie lubię, kiedy ludzie giną, nawet w imię wyższych ideałów czy w sprawie, którą uważają za większą niż oni sami, czy po prostu chcą zaryzykować, żeby TAM być. Może inaczej - ja też chciałem być kosmonautą i oddałbym wszystko, żeby nim zostać, no ale to było za czasów wojny jaruzelskiej, kiedy miałem lat 10 czy 12. Zaraz potem nie tylko wzrok mi się pogorszył, a zdaje się krótkowidzów na astronautów nie biorą, ale jakoś koło nastolęctwa wola ryzyka też mi się pogorszyła, i zmienił mi się widzimiś na temat ryzyka osobistego, w imię tego czy owego.
Ale choć jako dorosły nie popieram, powiedzmy, chcicy jak Elona na Marsa, że IIRC gdyby miał tylko gwarancję, że doleci i przeżyje lądowanie, to by poleciał jutro, nie ważne, że w jedną stronę i umarłby niebawem na Marsie, itp. pomysłów, to nie mogę powiedzieć, że nie rozumiem takich ludzi. Może inaczej - nie tyle rozumiem, co pamiętam, że można mieć taką pasję. Bo np. moja realna pasja w temacie, to kończy się na grze Kerbal Space Program, co najwyżej (BTW na intencję św. Gagarina jakąś nowszą wersję niedawno znalazłem, po paru latach z 1.0.5 czy około).
Skądinąd w zrozumieniu takich "wariatów" obecnych i ich argumentacji nieco pomaga namysł nad ludźmi z początków lotów kosmicznych i ich percepcją i oceną ryzyka (namysł nie tylko nad pilotami, ale też konstruktorami, decydentami, itd. ale jednak głównie ryzykowali piloci, oczywiście). O tym było w poprzedniej notce, ale teraz chciałbym jakoś zaznaczyć, że dla pierwszej generacji kosmonautów, jak Gagarin, Shepard czy Glenn i ich pokolenia, wszystko należy pomnożyć razy 2 a może i 5, wzg. Neila Armstronga i pokolenia Apollo z poprzedniej notki, o pokoleniu wahadłowców i ISS nie mówiąc.
Żebyśmy się zrozumieli - nadal jedyne co pewne w załogowym lataniu w kosmos, to że można przy tym zginąć na wiele sposobów, i nadal pojazdy składają się z milionów części, nadal przeważnie "dostarczanych przez najtańszego oferenta". Co tylko umiarkowanie "przeszkadza" ludziom zdecydowanym na wszystko - i choć kiedyś przeszkadzało chyba jeszcze mniej i ludzie byli 10x "twardsi", to NADAL pasjonatów nic nie powstrzyma.
Bo przecież nawet ci, którzy otarli się o śmierć swoją, jak Gagarin czy np. Władimir Titow, czy kolegów (czy spalonych w Apollo, czy zabitych przez Sojuzy, czy przez wahadłowce, itd), nie rezygnowali i prosili o więcej. Skądinąd w/w Titow jest dla mnie jakimś mega-przykładem, człowiek, który miał pecha albo był w czepku urodzony, zależnie dla kogo ten wywiad; który w pierwszym locie "na oko" przerwał ręczne dokowanie uszkodzonym Sojuzem do Saluta 7, w drugim "locie" przeżył odpalenie systemu ratunkowego Sojuza na wyrzutni (wyrwało ich z boostera z 15 do 17g, Sojuz wybuchł parę sekund później...) - ale uparcie dalej latał, w sumie zrobił 378 dni w kosmosie, spacery kosmiczne, które można liczyć w dniach a nie w godzinach, aż po latanie z Amerykanami wahadłowcami na stację Mir... No "z czego tych ludzi dawnej robili, to ja nie...".
Nie rezygnowali i nie rezygnują. I może dobrze, nie będę ich mierzył swoją miarą. Bo może dzięki takim ludziom, nawet jeśli w wersji Muska czy Bezosa itp., ciągle i nadal, od 60 lat, latamy.