(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)Uleję se w długiej i nudnej notce zbiorczo próżne żale, jakie mnie nachodzą co jakiś czas, mniej czy bardziej nasilone, od lat, ba, prawie przez całe dorosłe życie. A ostatnio tydzień temu mnie dopadło, więc przetnę ten wrzód, przynajmniej na jakiś czas.
Choć rzadko widuję polską tv, a jeszcze rzadziej polskich polityków w tv, tak około tydzień temu dopadł mnie premier Tusk, kretyńsko komentujący przed kamerami wyrok WSA w sprawie decyzji GIS w drugiej instancji, co do sklepów z dopalaczami - wyrok nieśmiały i w sumie niezbyt dorzeczny (prawie na pewno będzie się jeszcze działo, aż do NSA i dalej...), ale jednak - przeciwny woli premiera Tuska.

Oczywiście komentarz ten, oczywiście zawierający zastrzeżenie, że premier Tusk wyroków przeważnie nie komentuje, nie jest ani wielkim zdziwieniem, ani zaskoczeniem, jedynie kroplą, która chwilowo przelewa mi kielich goryczy. Bo już pomijając ogólne debilstwo administracyjnych prohibicji wszelakich, które, jak uczy historia, niosły prawie zawsze korupcję i erozję społeczeństwa i służb, i prawie nigdy nie osiągnęły celu (stąd jestem im co do zasady przeciwny i stąd koszulka obok, którą lubię nosić, choć w życiu nie paliłem zioła), tu i teraz ulewa mi się nie na durne prohibicje, tylko na to, jak się je wprowadza np. w przypadku dopalaczy, czyli ogólnie na koncepcje państwa bezprawia. No dobra, na państwo "prawa inaczej".
Bo z naiwnym smutkiem zauważam, jak w ciągu mojego krótkiego i głupiutkiego życia państwa prawa, nawet te wzorcowo demokratyczne, jeszcze bardziej zmieniły się w państwa przepisów. Ale żeby naprawdę ogarnąć rozmiar szkód, trzeba spojrzeć z perspektywy100-150 letniej.
Kiedy tak się przyjrzeć, to koncepcja państwa prawa, mająca z grubsza parę tysięcy lat, z demokratycznie piekną, ale jednak przegraną, kartą w starożytnej Grecji (FYI - za co ich lubię...), ustabilizowana przez Rzymian (FYI - których niezbyt lubię...) skutecznie nieco ponad 2000 lat temu, i doprowadzona do nowożytnego demokratycznego państwa prawa w XIXw. została zdemontowana przez etatyzmy i totalizmy XXw. A XXIw, bazując na skretynieniu i ciemnocie rzesz wyborców, oderwanych do urn od netu i tv, sukcesywnie prowadzi ten demontaż, i pogłębia odejście od państwa prawa do państwa przepisów.
Dlaczego akurat państwa przepisów? To chyba dość oczywiste dla wszystkich, i wszyscy poza prawnikami (a nawet i prawnicy...) jęczą, no ale nie do końca we właściwym kontekście. Tak, przygniatają nas całe biblioteki przepisów. Tak, dorosły, nawet full stand alone leśny-dziadek-abnegat-singiel, w EU podlega, na oko, gdzieś tak dwóm metrom bieżącym półek z podstawowymi kodeksami i rozporządzeniami, tudzież prawem podatkowym. Następnym paru półkom, jeśli pracuje, postanowi mieć rodzinę, jakiś związek małżeński/partnerski, dziecka jakieś. Następnej półce, jeśli ma własność, coś kupił czy sprzedał w życiu. Następnej półce, jeśli ma dom czy inne nieruchomości, jakiś samochód. Jeśli ma firmę czy biznes, do tego całego pierwszego regału, może dostawić następny, na ogólne przepisy dotyczące biznesu i podatków około biznesu. Plus półka czy dwie, jeśli uprawia biznes transgranicznie, nie daj boh, poza EU. I zaraz może dostawić następny regał, na szczegółowe przepisy dotyczące tego konkretnego biznesu czy zawodu, nawet nie ważne jakiego, czy prostowania bananów, czy dłubania w maszynach i urządzeniach, czy w jakichś prawach własności intelektualnej - i tak będzie tego regał. Albo i kilka regałów, jeśli biznes to robienie czegoś nieco bardziej skomplikowanego, a nie daj boh - niebezpiecznego czy zwiazanego ze zdrowiem i życiem ludzi.
W tym kontekście, którym szczycą się wiodące demokracje w stylu zachodnim, produkujące przepisy w tempie 1500-2500 aktów rocznie, jest zupełnie oczywiste, że stara zasada ignorantia iuris nocet (nieznajomość prawa szkodzi) stała się ponurym żartem władzy z obywateli. I jest to upierdliwe i powoduje niepotrzebne cierpienia i koszty, dając przeważnie przyzerowe zyski. Tyle, że w przeciwieństwie do ambasadora francuskiego z "Profesora A. Dońdy", nawet nie w tym upatruję kamień obrazy, że ta skrzynia zawiera aż 96 puszek (bo skomplikowane życie być może wymaga prawa skomplikowanego bardziej niż w roku 1900), ale że zawartość tej masy puszek śmierdzi - groźnym pomieszaniem paradygmatów.
Albowiem, zdaje mi się, z ogólnej ciemnoty i pomroczności obywateli, na tle braku jakiejś elementarnej edukacji obywatelskiej; i z ogólnego upalenia władzy - władzą, i jej kolosalnego zadufania jako elyty wzg. poszarzałych od tv i netu mas, pomieszały się praktycznie wszystkim dwa różne paradygmaty i aksjologie, dotyczące prawa, tyle że dla różnych podmiotów.
Otóż - dla działań obywatela (jego firmy, stowarzyszenia, itd.), zawsze, pierwsza i najważniejsza, jest zasada nulla poena sine lege (nie ma kary bez przepisu prawa), lub w wersji nowożytnej - co nie jest zabronione, jest dozwolone. Ale serio - wszystko, co nie jest zabronione, jest dozwolone (jak np. dopalacze, no chyba, że ktoś zmieni prawo, ew. choćby udowodni ich szkodliwość, o co WSA dość uniżenie poprosił GIS, a co i tak głupio skomentował premier). I żeby to zapewnić, i ukrócić nadużycia władzy, przyjęto nowożytnie komplementarną zasadę dla działań państwa prawa - organy państwa/władzy muszą mieć legitymację prawa, działają tylko na podstawie i w granicach prawa, jako wprost rzecze art 7 Konstytucji RP.
I mam wrażenie, że większości zainteresowanych przez ostatnie 50 lat, a obecnie coraz bardziej i bardziej, tylko to i aż to, przepraszam za wyrażenie, się mocno popierdoliło.
To urzędnik, choćby najwyższego szczebla, ma znaleść w prawie legitymację dla swoich działań i decyzji, i ma je wydać w odpowiedniej formie i zakresie. To sąd musi powołać się na prawo w sentencjach, musi przestrzegać kodeksów postępowań, itd itd. Organom władzy nakazano działać tak i tak, odtąd - dotąd.
Obywatel nie musi przedstawiać żadnych uzasadnień ani pytać o pozwolenie, dopóki nie łamie prawa, albo prawo wprost tego nie wymaga. Prawo obywatelowi w ogólności nie nakazuje, obywatelowi zakazuje się tego i owego, w interesie społecznym - a jeśli, wyrażonego dla wygody i explicite, nakazu, w prawie obowiązującym obywatela, nie da się przeformułować na równoważny zakaz, to takie prawo śmierdzi. A dobra praktyka zacnych państw podpowiada, że zakazów tych powinno być jednak mniej, niż więcej.
Tyle, że ta zamierzona i słuszna niesymetria wyraźnie i naturalnie boli urzędników i lobbystów, od oligarchów po ekoświrów, przeforsowujących tysiące norm i aktów, które, oczywiście w imię bezpieczeństwa, normalizacji, ułatwienia, interesu społecznego, i ogólnie pojętych dobrych (lub chciwych...) chęci, nakazują nam coraz więcej i więcej zaszłości. A urzędy zaczynają wystawiać obywatelom decyzje w paradygmacie "swoim", a nie - "obywatela", czyli np. "nie, bo nie; nie wolno, bo prawo nie zezwala". A ciemny naród to łyka, i co najwyżej oburza się w necie.
I zaczyna mi to wszystko przypominać coraz bardziej, i coraz bardziej niepokojąco, wypaczenia ustrojów totalnych, które nie bez powodu miały właśnie dokładnie taki paradygmat, odwrotny od normalnego państwa prawa - "co nie jest dozwolone, jest zabronione"; i nie ważne, czy szło o szarą kurtkę Mao, czy bycie Żydem AD 1938 w III Rzeszy, czy poglądy lewicowe AD1950 w USA, czy wolność prowadzenia własnego biznesu w PRL.
Więc trzeba to ciągle wypominac i przypominać urzędnikom i politykom (dziennikarze mogliby to częściej robić), na wszelkich szczebelkach, tudzież edukować ignorantów i dzieciaki - bo inaczej naprawdę sprzedamy wolność za złudzenie porządku i bezpieczeństwa, może nie aż tak jak krzyczą korwiniści, przeciwnicy EU, czy im podobni, ale jednak w duchu dawnych demoludów, które mogły sobie być najweselszymi barakami w obozie, ale gdzie rządził urzędnik i generowane przez niego przepisy, nie ustalane demokratycznie prawo; i zaprawdę, było to nie do zniesienia.
A już to, że po takim wieloletnim i wielostronnym wypaczaniu paradygmatu, łamie się "drobniejsze" zasady, jak to, że prawo nie działa wstecz (o ile pamiętam - akcyza, VAT), lub o jawności działania prawodawcy i władzy (patrz - ACTA), albo że wątpliwa staje się niezawisłość i bezstronność sądów (skoro premier w prime time ich decyzje nieprzychylnie komentuje), czy że eroduje zasada równość wobec prawa, itd. itd. - to już naprawdę, zero zdziwień.