(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)W ramach nie-życia leśnych ludzi podsumuję se muzycznie 2011.
Chyba jedyne co mi bardzo przypasowało i ma część wspólną z aktualnościami 2011 i w ogóle z jakimś tam mainstreamem, to Jamie Woon. Album nadal się mocno obraca w moich kręgach.
Na drugim miejscu w tej kategorii jest, zdaje się, Gotye. Ale kręci mnie znacznie słabiej.
Z aktualności, które na tyle zauważyłem, żeby w sylwka pamiętać, to ostatni Ladytron, Moby, Coldplay, i więcej grzechów nie, bo o ile pamiętam, ostatni Gorillaz jest z przełomu 2010/11.
Z prywatnych odkryć roku, choć już nie tak "aktualnych", równo z Woonem, idzie Fever Ray. Ich kawałki kręcą mnie mocarnie.
A reszta w tym roku to było stare dobre; wszystko to, co pod tagiem #muza, plus to, czego chyba jeszcze nie było, czyli dużo starszego i nowszego elektro, trance/goa, triphopu, muzy z anime, i po szczypcie zakręconego folku, indyjskiej, japońskiej, a nawet poważnej.
I to był muzycznie udany rok.
Pod innymi względami, trudno powiedzieć.