Dzisiaj w ramach "marynaty" o dwu ludziach i dwu okrętach, i jak zwykle dygresje będą oraz dokuczanie wam, że "byliśmy tam!".
Kiedy wyciągam z cyberszuflady stare szkice, albo coś wymyślam na podstawie jakichś bieżących rzeczy, to jeśli zahaczam o Royal Navy (skracamy do RN), niezwykle często wpadam na "aaa, bo on był ze Szkocji!". Mam na myśli nie tylko ludzi, ale okręty też. Tak, wiem, "byliśmy tam!", więc wszystko mi się ze Szkocją kojarzy, ale obiektywnie rzecz biorąc, to nie tylko "efekt coctail party" (że w szumie obcojęzycznego przyjęcia zawsze usłyszycie swoje imię czy coś po polsku, przez pół pokoju, bo tak działają nasze mózgi), ale taki jest Stan Rzeczy. Mnóstwo okrętów RN i ciekawych marynarzy pochodziło ze Szkocji.
A w szczególe zdaje się można opisać recepturę, jak stworzyć szkockiego twardziela - oficera, którą, mam wrażenie, w pewnym sensie "znali i używali" Anglicy. Oni nie wzdragali się mieć "na szpicy" popieprzonych twardzieli szkockich, a to pacyfikujących też twardą Irlandię, a to tworzących brytyjskie Indie, a to dowodzących okrętami i flotami brytyjskiej Royal Navy, itd. itp. Idzie to jakoś tak: w pokoleniu dziadka albo ojca, rodzina średniej-małej szkockiej arystokracji - szlachty (w sensie "nobility" a nawet oczko niżej, dawnych "landlords" czy szkodzkiego "laird") ma już niezły status i kapitał, ale z jakiegoś powodu traci go albo zaprzepaszcza. W jednym-dwu pokoleniach (tj. dyskutowanym) rodzina zamiast zdeklasować się zupełnie, wspina się własną ciężką pracą (może z pomocą fortunniejszych pociotków nadal-arystokracji itp.) z powrotem w górę, ambitnie odbudowując kapitał ekonomiczny i kulturowy. Tak dostajemy ludzi, którzy odziedziczyli tenże kapitał, dostali jakieś spoko szkoły i szkolenia, i poszli daleko w swojej dziedzinie (oficerskiej, technicznej, innej), nie tracąc ani grama szkockiej twardości i inicjatywy, a raczej - zahartowani przez dwa pokolenia wykuwania etosu protestancko-szkockiego.
1.

Na przykład Robert Lindsay Burnett, urodził się w 1887 w Old Deer pod Aberdeen, Szkocja (BTW "deer" to nie od "jeleń", ale zniekształcony "dąb", może jeszcze od Piktów). Jego rodzina była drobną gałęzią 1000 letniego wielkiego drzewa genealogicznego Burnettów, którzy są wzmiankowani już w Domesday Book (1086r.). Po przesadzeniu do Szkocji około XIIw. narobiło się tych różnych Burnettów
jak mrówków; rodzina Burnett of Kemnay w Aberdeenshire była malutką częścią rodu, ale spoko dawali radę, dopóki tatuś Roberta, John Alexander, 7 laird of Kemnay, nie zapuścił posiadłości - klucza Kemnay (przyczyny: różnie mówią) i na końcu narobił długów, deklasując mocno rodzinę. Nie bardzo mogłem ustalić jak to tam naprawdę było, ale co pewne, to że jego kupka dzieci była raczej wychowywana przez matkę, i musiały "iść do roboty". Ale nadal stać było rodzinę na porządne szkoły, i "pójście do roboty" oznaczało zostanie oficerem itp. a nie szeregowym marynarzem czy żołnierzem.
Robert Burnett już w wieku 7 lat chciał zostać marynarzem. Na razie posłano go, podobnie jak jego braci, do "starożytnej" i tradycyjnej, ale wtedy akurat mocno odświeżonej i dość sensownej, Bedford School (oczywiście, "boarding school"), z której zdaje się wyniósł raczej umiłowanie sportu, czy może raczej "kultury fizycznej" w wersji brytyjskiego "muscular Christianity", niż do humanistyki czy nawet techniki. Ale zupełnym dzbanem nie był, skoro po następnej szkole "średniej" przygotowującej "na kadeta" RN wstąpił do Royal Navy w 1902 i dawał radę. Szkolił się i służył w różnych rejonach Imperium, porucznika dostał na Prima Aprilis 1910. W 1911 zgodnie ze swoją inklinacją poszedł w kierunku Navy Physical Training Schools, został instruktorem "wychowania fizycznego" w RN.
Na pierwszej wojnie pływał na niszczycielach, brał udział w paru bitwach na Morzu Północnym, awansował miarowo zgodnie z wysługą. W 1930 dostał stopień kapitana (to jest ważna cezura w RN; kapitan, w przeciwieństwie do niższego komandora, To Jest Coś). W 1933 został dyrektorem Physical Training and Sports, jak widać nadal to była jego działka. Ale kiedy przyszła II wojna, był na tyle dobrym oficerem, że Admiralicja nie dała mu bawić się w WF - dostał stopień kontradmirała i w dowodzenie flotylle trałowców, potem niszczycieli.
W styczniu 1943 objął dowodzenie 10 eskadry krążowników, 9 grudnia 1943 dostał stopień wiceadmirała. Pływali głównie w osłonie konwojów arktycznych, do Murmańska. Admirał Burnett dowodził nie z najcięższego, ale z najbardziej zmodernizowanego i najwygodniejszego krążownika zespołu, czyli legendarnego HMS Belfast.
2.

HMS Belfast był późną wersją niezłych lekkich krążowników RN z międzywojnia, tzw. Town-class (bo ich nazwy szły od brytyjskich miast). W założeniach były to krążowniki z 12 działami 6 cali (152mm), o w miarę normalnej prędkości (max 32 węzły), ale wzg. dobrze opancerzone (w teorii miały wytrzymać pojedyncze trafienia z ciężkiego krążownika, tj. dział 8" / 203mm - co niekoniecznie mieściło się wtedy w projekcie typowego angielskiego ciężkiego krążownika...). Żebyśmy się rozumieli - "lekki" w nazwie odnosi się w zasadzie tylko do uzbrojenia, a nie do tonażu (do 13tys. ton full), czy rozmiaru, czy możliwości tych okrętów, szczególnie w ostatniej iteracji, przedłużonej, dopancerzonej, itd. czyli parze HMS Edinburgh i HMS Belfast.
HMS Belfast zbudowano w latach 1936-39, co za niespodzianka, w stoczni
Harland and Wolff w Belfaście ("byliśmy tam!"); tam gdzie zbudowano Titanica i zylion statków i okrętów. W Porsmouth 5 sierpnia 1939 okręt wszedł oficjalnie do służby.
W połowie sierpnia załoga i nowiutki Belfast pokazała pazury: w manewrach Operation Hipper, mających symulować przebicie się niemieckiego krążownika na Atlantyk, HMS Belfast odgrywał rzeczony krążownik, uprawiając wojnę podjazdową przeciwko zmobilizowanej Home Fleet. Tak, zgadliście, prześlizgnęli się ryzykownie przez pełną pływów cieśninę między Orkadami a Szkocją (a nie poza Orkadami) i wystrychnęli zawodowców RN na dudka.
Ale 3 września zaczęły się dla RN "manewry z ostrą amunicją", że tak powiem, okręt popłynął na II wojnę światową. Za daleko nie dopłynął, bo już 10 listopada, wychodząc z Rosyth, krążownik nadział się na minę magnetyczną, które Niemcy stawiali w Firth of Forth ("byliśmy tam!"). Ciężka mina wywaliła pod kadłubem (w przeciwieństwie do min ze zwykłymi zapalnikami, które musiały dotknąć burty czy dna okrętu) i zrobiła może niewielką dziurę, ale względnie "przełamała" 187m okrętu na pół. Krążownik miał wygiętą czy pękniętą stępkę, rozwaloną jedną maszynownię, pogięte pokłady, nie mówiąc o kilkudziesięciu rannych na całym okręcie (musiało literalnie "wyrwać z wody" te 11 czy 12 tysięcy ton...).
Uszkodzenia okrętu były tak ciężkie, że po ocenie w styczniu 1940 został zdjęty ze stanu floty i przekazany stoczniom do remontu. Trwał on aż do listopada 1942, ale przy okazji rozbierania i "prostowania" pogiętego okrętu, dostał też maksymalną modernizację, nowe radary, sonary, urządzenia elektroniczne; dla ustabilizowania poszerzono i zmieniono profil kadłuba, żeby zrównoważyć kupę dołożonego wysoko sprzętu.
Właśnie dlatego po powrocie do 10 eskadry krążowników HMS Belfast został jej flagowcem, i dlatego na nim dowodził eskadrą admirał Robert Burnett w 1943.
3.

Inny, z pochodzenia szkocki, twardzielek urodził się rok później niż Burnett, w 1888 roku, i nie w Szkocji, ale w Middlesex. Nazywał się Bruce Austin Fraser, w recepturze na hartowanego Szkota: był wnukiem przegrywa (bodaj nieudanego kupca Jamesa Frasera zamieszkałego w Anglii), synem ambitnego Alexandra, generała wojsk inżynieryjnych, zasłużonego dla rozwoju kolei i infrastruktury w Bengalu, Indii i okolicach. Fraserów w Szkocji jest na pęczki, bodaj grubsze nawet niż pęczki Burnettów, ale ewidentnie ta rodzina "odpadła" od szkockich klanów i arystokracji, i musieli sobie radzić, od Anglii po Bangladesz.
Młody Bruce Fraser nie miał inklinacji do WFu, za to miał zdaje się szersze horyzonty, po bardziej humanistycznych szkołach, i lepsze zdolności i inicjatywę, niż Robert Burnett. Przystąpili do RN w tym samym 1902, ale Fraser już jako kadet na HMS Britannia wybił się, wyprzedzając program (za co przyznano mu dodatkowe 4 miesiące wysługi). Zrobił egzaminy na porucznika w 1908, dwa lata przed rok starszym Burnettem, z zabawnie archaiczną pochwalną uwagą VGI ("very good indeed").
Przed pierwszą wojną robił nie kursy instruktora WFu, ale rozszerzone, a potem najbardziej zaawansowane studia artyleryjskie w RN, w 1913 był już instruktorem artylerii, a nie kultury fizycznej.
Na pierwszej wojnie pływał na krążownikach i większych okrętach, głównie na Morzu Śródziemnym w niesławnej kampanii pod Gallipoli, gdzie okręty ogniem wspierały poroniony desant i dalsze walki z Turkami. Odznaczył się personalnie i inicjatywą, kiedy jako porucznik (doświadczony, ale tylko porucznik) przekonał kapitana HMS Minerva, żeby może jednak zawrócić i poszukać "zapodzianych" ludzi, bodaj do ewakuacji.
W międzywojniu awansował szybko, np. kapitana dostał w 1926 (dla przypomnienia, zaczynający równolegle Burnett dopiero w 1930). Fraser zgodnie ze swoją specjalizacją partycypował w doskonaleniu i R&D artylerii Royal Navy na wysokich szczeblach floty i przemysłu. Jako dyrektor Wydziału Taktycznego Admiralicji, potem Wydziału Uzbrojenia robił i organizował badania historyczne (na danych z bitew I wojny), empiryczne; nadzorował szkolenia i ćwiczenia; lansował nowe technologie (żyroskopową stabilizację celowania i strzelania, nowe zapalniki, nowe przeliczniki artyleryjskie), itd itp.
W latach 1936-37 dowodził lotniskowcem HMS Glourious, miał okazję przyjrzeć się z bliska taktyce i możliwościom lotniskowca, zmienił spojrzenie na parę spraw, zaczął lansować taktyki hybrydowe a nie tylko artyleryjskie, i kolosalną zmianę paradygmatu zwiadu lotniczego na morzu.
W 1938 dostał kontradmirała i został szefem sztabu floty śródziemnomorskiej. W marcu 1939 objął "biurowe" stanowisko Trzeciego Lorda Morskiego, ale zaraz zaczęła się II wojna. W 1940 awansowano go na wiceadmirała i zastępcę dowódcy Home Fleet, bezpośrednio dowodził 2 Eskadrą Liniową (BTW oczywiście, jak zwykle w niezmierzonej mądrości zupackiej, brytolskiej, a może tzw. życia, 2 Eskadra to była czołowa uderzeniowa siła RN i Home Fleet, a 1 Eskadra Liniowa to były zasłużone starocie pływające na M.Śródziemnym).
W maju 1943 przejął dowodzenie Home Fleet, czyli rdzeniem RN, od zasłużonego adm. Toveya (tego, który topił Bismarcka,
miałem o tym notkę, albo kilka) i objął stanowisko na flagowym pancerniku HMS Duke of York.
4.

HMS Duke of York należał do serii ("King George V - class") solidnych nowoczesnych pancerników RN, budowanych już na II wojnę (ale Brytyjczycy jeszcze trochę oglądali się na przedwojenne traktaty o ograniczeniu zbrojeń).
Miałem kawał notki o HMS Prince of Wales, dla przypomnienia: niezbyt wyżyłowane maszynownie (max około 28 węzłów), 42 tys ton full załadowane, przeciętne uzbrojenie (10x 14" / 356mm), ale wzg. bardzo solidne opancerzenie i konstrukcja (np. udowodniona w pełnoskalowych testach przedprodukcyjnych odporność tzw. cytadeli pancernej na wybuchy podwodne klasy 450kg TNT - a nie tylko w zmyśleniach teoretyków i projektantów...).
W przeciwieństwie do stardestrojerów w jakich lubowali się Japończycy czy Niemcy, okręty pragmatyczne i działające, i UK wystawiło ich pięć, a nie np. dwa... Inne porównywalne były znacznie mniej solidne (tu patrzymy na włoskie Littorio) albo jednak późniejsze (nie wymachujemy amerykańskimi Iowa, pierwsze wodowanie 1943, rozmawiając o okrętach z pierwszym wodowaniem 1939...).
HMS Duke of York zbudowano w
Clydebank, Glasgow ("byliśmy tam!") oraz był tam akcent polski: uratowali go w budowie polscy marynarze ORP Piorun,
występował w pewnej notce. W 1943 był doskonale wdrożonym okrętem, przez dwa lata pływał w konwojach do Murmańska i na M. Śródziemnym; od połowy roku był flagowcem Home Fleet, bo bliźniaki HMS King George V i HMS Howe poszły wspierać desant na Sycylii. W październiku 1943 razem z ostatnim bliźniakiem HMS Anson (bo piąty HMS Prince of Wales już zatonął w 1941 na Dalekim Wschodzie) robiły razem z Amerykanami zadymę na kierunku Norwegia.
Gdzieś w tej okolicy wykluł się plan, który skrzyżował drogi obu wyżej opisanych admirałów i obu okrętów.
5.
HMS Belfast "nieco zalodzony" koło wieży B, listopad 1943 gdzieś na Morzu BarentsaZdaje się cała Admiralicja, a w szczególności admirał Bruce Fraser odpowiadający za osłonę szlaku do Murmańska, mieli dość uganiania się za widmami ciężkich okrętów niemieckich, które mogły powtórzyć umiarkowany sukces Bismarcka, albo jednak zmasakrować konwoje do i z ZSRR. W 1943 sytuacja pogorszyła się, bo do widma bliźniaka Bismarcka, czyli pancernika Tirpitz, stacjonującego w norweskich fiordach (ale właśnie niedawno uszkodzonego przez mini-łodzie podwodne komandosów), dołączył świeżo wyremontowany, lżejszy, bardzo szybki Scharnhorst. Dwa ciężkie okręty niemieckie plus parę średnich na wybrzeżu Norwegii plus dobre niemieckie rozpoznanie, wymagało zaangażowania kolosalnych sił w strategiczną eskortę konwojów i w ogóle było fuj. Stąd admirał Bruce Fraser nakreślił Plan.
W nocy polarnej, na Boże Narodzenie 1943, konwój JW55B poszedł do Murmańska, ale też na przynętę. 19 statków z bliską eskortą niszczycieli popłynęło na północ z
Loch Ewe ("byliśmy tam!"). Konwój został wykryty przez ciężkie niemieckie samoloty zwiadowcze 22 grudnia, ale już 23 grudnia Fraser wiedział, że konwój został wykryty (pozdrowienia dla Enigmy...).
Czego Niemcy nie wykryli, to że na spotkanie konwoju wyszła od strony Murmańska 10 eskadra krążowników adm. Burnetta (na HMS Belfast, plus prawie bliźniaczy HMS Sheffield i ciężej uzbrojony HMS Norfolk, 8x 8" zamiast 12x 6", ale przy równym tonażu jak lekkie krążowniki "miasta", więc wiecie, o pancerz lepiej nie pytać...). I że od południa dyskretnie za konwojem płynie adm. Fraser na uderzeniowym zespole, na HMS Duke of York, krążowniku HMS Jamaica (traktatowo - budżetowej wersji "miast" jak HMS Belfast) i 4 niszczycielach; w tym jednym norweskim: HNoMS Stord, używanym przez Norwegów analogicznie jak Polacy używali użyczonych przez RN okrętów ORP.
25 grudnia Niemcy chwycili przynętę, admirał Karl Doenitz dowodzący Kriegsmarine przekonał Hitlera i wydał swój jedyny rozkaz ataku nawodnego; Scharnhorst z 5 niszczycielami eskorty wyruszył z Altafjordu na przechwycenie "normalnego" konwoju JW55B, zespołem dowodził kontradmirał Erich Bey. Był doświadczonym marynarzem i dowódcą: brał udział w I wojnie; odważnie dowodził niszczycielami rozwalanymi przez RN w bitwach pod Narvikiem; dowodził eskortą niszczycieli w Operacji Cerberus, czyli słynnym prześlizgnięciu się ciężkich okrętów niemieckich z Brestu do Wilhelmshaven przez Kanał, pod samym nosem Anglików. Od połowy 1943 dowodził Scharnhorstem, trudnym do sklasyfikowania okrętem (szczególnie jeśli pamiętać, że budowanym sporo przed II wojną): waga pancernika, pancerz pancernika, ale uzbrojenie zaledwie 9x 11" / 320mm (okej, plus dużo artylerii średniej); za to spora prędkość max. 31-32 węzłów - jeśli niemiecka maszynownia działała jak niemiecka maszynownia...
26 grudnia nad ranem Fraser już wiedział, że Scharnhorst wyszedł w morze i szuka konwoju.
Sztormowa zimowa pogoda polarnej nocy na północy Atlantyku i Norwegii dała wszystkim w kość, ale dostarczyła też kolosalny atut Royal Navy - nagle uziemiła Luftwaffe i rozpoznanie w rejonie, w krytycznych godzinach. Pomimo, że w którymś momencie pozycja konwoju została podana przez Ubota, Bey nie mógł w tym stanie morza zlokalizować przeciwnika. Myślał, że minął się z konwojem, zdecydował się rzucić swoje niszczyciele eskorty do rozpoznania, niczym palce ręki wysuniętej na południe. Stracił eskortę i kontakt z niszczycielami, nie zyskał informacji.
W międzyczasie Fraser przekierował konwoje JW (przynętę) i RA (powrotny z Murmańska) dalej od Niemców, oraz zdjął eskortę z RA55A, następne 4 niszczyciele, a sam zaczął w ciężkiej pogodzie przeć na HMS Duke of York z obstawą, żeby odciąć Niemców od Norwegii. Wcześniej trochę się skradał, bał się, że może spłoszyć przeciwnika, że Niemcy po prostu przyspieszą i odpłyną, mając sporą przewagę prędkości.
Zaraz po 9 rano 26 grudnia naprawdę pognał swój zespół, bo dostał wiadomość, że admirał Burnett na 10 eskadrze właśnie wpadł na samotnego Scharnhorsta, i podejmuje nierówną walkę na trzech krążownikach przeciwko ciężko opancerzonemu przeciwnikowi.
Mój komentarz - tak jakby była inna opcja, kiedy stawia się szkockich twardzieli, na niezłych okrętach, przeciwko ZUPEŁNIE dowolnemu przeciwnikowi.
Z około 12 kilometrów, w paskudnej pogodzie, z jednej strony strzelało niemieckich 9 luf 11", każde trafienie takim 320mm mogło zatrzymać czy ciężko uszkodzić każdy z krążowników Royal Navy. Z drugiej strony strzelały znacznie lżejsze działa 6 cali i parę 8 cali, które w zasadzie mogły Niemcom głównie farbę porysować. Ale punkt będący w tym, że strzelało tych angielskich dział mnóstwo i małe działa strzelały znacznie częściej niż większe... HMS Belfast i podobne, w szczycie, zanim ludziom w magazynach amunicji wysiadły słabe ludzkie ręce i nogi, może rzucały tylko 152mm ale w sumarycznym tempie rzędu 96 na minutę. Przemyśl to: przy dobrej pogodzie i sprawnej technice, i dobrej załodze, w cel rzędu 100m, z 10km trafiał pocisk jak ciężkiego działa lądowego, częściej niż CO SEKUNDĘ. A teraz: razy trzy.
W warunkach sztormu zimowego na Morzu Barentsa, Niemcy nikogo nie trafili. A krążowniki brytyjskie trafiły tylko dwa razy, ale DOBRZE TRAFILI. Jeden pocisk, najważniejszy w całej bitwie, z HMS Norfolk albo z HMS Belfast, rozniósł w drzazgi główny nawodny radar Scharnhorsta.
Niemcy nagle oślepli w śnieżnej zadymce nocy polarnej, musieli strzelać z celowania lokalnego, celując "na błyski" dział krążowników RN (ciekawostka: nie ułatwiało, że akurat RN zaczęła przechodzić na proch o zmniejszonym błysku, dwa z trzech okrętów już takiego używały).
Ale Bey tylko oślepł, nadał miał przewagę ognia i prędkości - zawrócił na południe, odrywając się od zajadłego Burnetta i jego krążowników, a przy tym próbował odciągnąć go od konwoju, który gdzieś tam musiał być; dobrze wiedział, że nie trafił na taki zespół RN przypadkiem.
Zaczęła się mordercza zabawa w kotka i myszkę, tylko nie dla wszystkich było jasne, kto tu jest kotkiem, a kto myszą.
Bey po oderwaniu się zaczął wielkie koło z powrotem na północny wschód, żeby obejść 10 eskadrę i może jednak dopaść konwój.
Burnett, którego krążowniki rozwijały w tym stanie morza góra 24 węzły podjął cholernie ryzykowną decyzję - zamiast gonić za Niemcami próbując utrzymać niepewny kontakt radarowy, "ściął półkole" hipotetycznie zataczane wkoło niego przez Scharnhorsta i poszedł "po cięciwie" łuku. Ale przy tym tracąc kontakt z Niemcami, gryzł się tym jak diabli (i był za tą ryzykowną decyzję później krytykowany; admirał Fraser zawsze go bronił). Jednak niebawem okazało się, że doskonale zgadł intencje Beya - zaraz po południu znowu wpadli na siebie.
W kolejnej nierównej wymianie ognia Niemcy mieli więcej szczęścia - dwa pociski trafiły najciężej uzbrojony HMS Norfolk, obezwładniły jedną wieżę 8" i uszkodziły radar krążownika, były ofiary w ludziach. Tym razem angielskie krążowniki nie trafiły, a niszczyciele nie były w stanie wyjść na pozycje ataku torpedowego wzg. chybkiego i gibkiego Scharnhorsta, przy takim stanie morza.
Ale Bey jednak znowu zawrócił na południe, znowu wykorzystując przewagę prędkości i odrywając się od ścigającej go 10 eskadry pod zajadłym Burnettem. W ciągu paru godzin pościgu zaczęły wysiadać maszynownie Sheffielda i Norfolka, w końcu tak naprawdę pancernik ścigał tylko HMS Belfast... Ale Niemcy nie mieli sprawnego radaru, nie mogli bezkarnie rozstrzelać goniącego krążownika. A Burnett nie strzelał, za to ciągle namierzał Scharnhorsta, bo co jak co, ale radary miał sprawne, i ciągle transmitował pozycję Niemców.
Co pozwoliło Fraserowi, odbierającemu ten przekaz, wypracować idealny kurs na przechwycenie samotnego pancernika. HMS Duke of York ciężko parł w strasznej pogodzie, Fraser wysłał wszystkie niszczyciele przodem, wszyscy wiedzieli, za już, zaraz, będą mieli Scharnhorsta na widelcu.
O 16:17 Duke of York złapał Scharnhorsta na radarze dozorowym z 41 kilometrów.
O 16:32 radar artyleryjski - precyzyjny, celowniczy - złapał cel z 27 kilometrów.
Fraser wydał ostatnie rozkazy.
O 16:48 Burnett otworzył ogień na HMS Belfast, na pozycję z radaru - ale nie pociskami bojowymi, tylko oświetlającymi. Ciężkie magnezjowe flary na spadochronach zamieniły polarną noc w prawdziwy dzień, ujawniły zupełnie nieprzygotowanego do "zabawy" Scharnhorsta, z działami w osi okrętu.
Niemcy nagle zdali sobie sprawę, że nie są kotkiem w tej zabawie, ale myszą, ale zanim się porządnie zdziwili, z odległości około 11km, z ciemności, spadła na nich pierwsza salwa Duke of York, cholernie celna, zablokowała obie przednie wieże (w sumie w całej bitwie, strzelając "na radar" Duke osiągnął około 60% skuteczności). Kolejna salwa Anglików rozniosła hangar wodnosamolotu, zaczęły się pożary. Bey przyspieszył i próbował oderwać się od niespodziewanego ciężkiego przeciwnika, ale zachodziły go od drugiej strony krążowniki Burnetta.
Bey wiedział, że jest w pułapce, o 17:24 wysłał sygnał do Kriegsmarine "Jestem otoczony przez ciężkie okręty". Ale Niemcy walczyli do końca - nieco odrywali się od wolniejszych Anglików, dwa pociski 11" trafiły HMS Duke of York, w tym, w jakiejś ironii historii, odłamki które zasypały nadbudówki, zablokowały anteny radaru artyleryjskiego - ale nie poszedł on w drzazgi jak radar na Scharnhorscie. Porucznik Bates, w ciemności, w śnieżnym sztormie 8 Beauforta, na zalodzonych pomostach i drabinkach walczącego z falami okrętu, wlazł do anten i urządzeń, poustawiał mniej więcej anteny, zresetował żyroskopy stabilizacji, radar wrócił on-line w ciągu minut.
O 18:20 los Niemców został przypieczętowany - na maksymalnym zasięgu jeden stromotorowy ciężki pocisk 356mm z HMS Duke of York przebił dolny pokład pancerny uciekającego Scharnhorsta i rozwalił kotłownię numer 1. Prędkość pancernika spadła do 10 węzłów, po przełączeniu pary i naprawach wzrosła do 22 węzłów. Niby jeszcze nie stanęli w miejscu, ale teraz zaczęły ich doganiać niszczyciele RN.
Bey wysłał ostatni sygnał do Niemiec "Będziemy walczyć do ostatniego naboju". I tak też było.
Kiedy dopadły go niszczyciele (a szczególniej norweski Stord - jeśli myślicie, że tylko polscy marynarze byli całkowicie pierd... i ekstremalnie zmotywowani, nawet w porównaniu z twardzielami Szkotami, czy fanatycznymi nazistami, to znaczy, że nie spotkaliście "Wikingów na II wojnie", że tak powiem...), Bey próbował je wymanewrować, ale teraz było to pięć kotków kontra wielki spowolniony szczur.
Stord i Scorpion trafiły dwoma torpedami z prawej, Savage i Saumarez wsadziły Niemcom trzy torpedy z lewej. Pancernik znowu zwolnił do 10 węzłów, zapaliły się nad dymiącym okrętem kaskady pocisków oświetlających "niczym kandelabry", zaraz na pełnej k... nadleciał Fraser na HMS Duke of York, wznowił ogień z 10km. Na Scharnhorsta szła lawina stali ze wszystkich stron, 14" z Duke trafiały co chwilę, z HMS Jamaica szły seriami 6", o 19:15 z drugiej strony zaczął walić HMS Belfast. Zaraz potem wszyscy wystrzelili torpedy, Jamaica i Belfast, i reszta niszczycieli (w sumie około 55 torped zużyto w bitwie, nikt nie wie na pewno ile trafiło, mówi się o 11 potwierdzonych).
O 19:45 Scharnhorst przewrócił się i błyskawicznie zatonął.
6.
Można napisać wiele epilogów tej notki, tej bitwy; i wiele napisano.
Uratowano z lodowatej wody 36 z 1968 ludzi załogi Scharnhorsta, żadnego oficera.
Straty po stronie RN i Norwegów były nikłe, 21 zabitych, 11 rannych (głównie na niszczycielu Saumarez, który oberwał 11"; były ofiary na krążowniku HMS Norfolk po wcześniejszym starciu; w szaleńczych manewrach pod ogniem i przy tym stanie morza na Scorpionie i Stord zmyło trzech ludzi za burtę - zaginęło dwu, bo jakiegoś Wikinga - ultraszczęściarza zmyło za burtę, ale kolejna fala wrzuciła go, mocno raniąc, z powrotem na Storda...).
Wieczorem Fraser powiedział do swego sztabu "Panowie, bitwa z Scharnhorstem zakończyła się naszym zwycięstwem. Mam nadzieję, że jeśli kiedykolwiek zdarzy się wam stawiać czoła tak bardzo przeważającemu przeciwnikowi, będziecie dowodzić tak sprawnie, jak sprawnie Scharnhorst był dowodzony dzisiaj".
Zarówno w meldunku admirała Frasera po bitwie, jak i później w wywiadzie kapitana Russela (bezpośrednio dowodzącego Duke of York) obaj oficerowie podkreślali, że norwescy Wikingowie to jakaś inna bajka.
Bitwa była dobitnym dowodem na znaczenie radaru w II wojnie; admirał Karl Doenitz zanotował "Okręty nawodne nie są już zdolne walczyć bez efektywnego wyposażenia radarowego".
Była to jedna z nielicznych bitew ciężkich okrętów II wojny, gdzie nie było istotnego udziału samolotów. I ostatnia bitwa z udziałem pancerników na wodach wkoło Europy.
Wiceadmirał Robert Burnett został dowódcą Południowego Atlantyku w 1944, od 1947 dowodził bazą Plymouth, odszedł do cywila w 1950, zmarł w 1959.
Flota aliantów w zatoce Sagami, Japonia, 28 sierpnia 1945. Na pierwszym planie USS Missouri, za nim HMS Duke of York, nieco w prawo (oświetlony) bliźniak HMS King George VWiceadmirał Fraser dostał za "Bitwę pod North Cape" nie tylko Order Łaźni najwyższej klasy (GCB), ale co ciekawe także radziecki Order Suworowa pierwszej klasy. Na początku 1944 został "pełnym" admirałem, objął dowodzenie floty dalekowschodniej RN, od grudnia 1944 Brytyjskiej Floty Pacyfiku, współdziałającej z US Navy. Był w Zatoce Tokijskiej 2 września 1945, sygnował ze strony brytyjskiej dokumenty bezwarunkowego poddania się Japonii. W 1946 dostał tytuł barona Fraser of North Cape, w 1947 objął prestiżowe dowodzenie bazą Portsmouth (Portsmouth > Plymouth, gdzie objął dowodzenie Burnett). W 1948 został Pierwszym Lordem Morskim (wojskowym naczelnym dowódcą RN) i dostał stopień admirała floty. Jako Pierwszy Lord był przy wypracowywaniu założeń i tworzeniu NATO. Przeszedł na emeryturę w 1951, dożył aż do 1981; nie miał żony ani dzieci, więc tytuł barona nie przetrwał, i nie ma grobu, został pochowany na morzu.
Pancernik HMS Duke of York służył aktywnie do 1949, w 1957 zdecydowano o jego złomowaniu; poszedł na żyletki w Faslane, obecnie bazie morskiej RN (
"byliśmy tam!").
Krążownik HMS Belfast zaliczył wiele różnych akcji, w tym bardzo aktywnie brał udział w lądowaniu w Normandii,
pod znajomym admirałem Dalrymple-Hamiltonem. Anegdotycznie: kiedy odszedł "na chwilę" do Firth of Clyde, bodaj po amunicję, Winston Churchill ogłosił, że chętnie poogląda sobie "Szeregowca Ryana" na żywo, i ma zamiar popłynąć od Normandii na HMS Belfast. Próbowali go powstrzymać Supreme Allied Commander Dwight Eisenhower, jak też Pierwszy Lord Morski Andrew Cunningham (
o nim też miałem notki), ale zatrzymać Churchilla udało się dopiero królowi Jerzemu...
Po zakończeniu wojny w Europie HMS Belfast wylądował na Dalekim Wschodzie i kręcił się tam między Chinami, Koreą a Japonią aż do 1950, kiedy wybuchła Wojna Koreańska. Brał w niej aktywny udział w ramach sił nawodnych Narodów Zjednoczonych, współdziałając z Amerykanami (którzy skądinąd byli pod wrażeniem szybkostrzelności i celności 6" "zabytków").
W 1952 wrócił do Anglii, nie było jasne, czy pójdzie do modernizacji, czy na złom - starsze okręty wymagały dużej załogi, automatyzacja nadciągała, budżety powojennej RN malały. Jednak poszedł do modernizacji w 1955, która zmieniła kierowanie ogniem, uzbrojenie średnie i przeciwlotnicze, instalacje, ale też nadbudówki (na zupełnie nowe, zamknięte, odporne na broń ABC), maszty, wiele szczegółów. Wrócił do służby w 1959, ale w nowej epoce okręty wyposażone wyłącznie w lufy miały coraz mniej sensu; popływał trochę po świecie, już w 1963 odstawiono go do rezerwy.
Około 1967 Imperial War Museum zaczęło się rozglądać za wieżą 6", żeby sobie jakąś postawić na trawniczku, zanim wszystkie wieże 6" wylądują w hucie. Przewijając nieciekawe szczegóły: około 1968 zrobiło się tak dziwnie, że z wieży 6" na trawniczku wykluł się projekt i komitet "umuzualnienia" całego krążownika, a HMS Belfast był w najlepszym stanie. I chociaż rząd ustami gryzipiórka zadecydował, że jednak złom jest cenniejszy niż historia, i okręt czekał już na złomowanie, prędziutko sformowany w 1971 Trust wylobbował ocalenie okrętu (skądinąd, mając w parlamencie posła, który był po wojnie kapitanem krążownika, i posła - byłego artylerzystę krążownika, który był pod North Cape i w Normandii...). Okręt przekazano Trustowi, nieco wyremontowano i od 1971 udostępniono publiczności; potem przejęło go jednak Imperial War Museum.

Okręt osadzono na Tamizie koło Tower Bridge, naprzeciw twierdzy The Tower, jest pomalowany w kamuflażu z II wojny, choć nadbudówki itp. są już z 1960. Ciekawostką jest, że maszty zostały przywrócone do stanu mniej więcej z II wojny za pieniądze rosyjskie w 2010. Rosjanie pamiętają pomoc konwojów arktycznych, jacyś ich biznesmeni zebrali wtedy pół miliona funtów, a nowe-stare maszty zrobiła Stocznia Północna z St. Petersburga. Inną ciekawostką są przednie wieże - ich 6" działa są podniesione, wycelowane w MOP London Gate na autostradzie M1, jakieś drobne 19km od krążownika...
Nawet jeśli to nie jest do końca taki sam HMS Belfast, jak w 1943, to jednak jest TEN SAM okręt, który strzelał w śnieżnym sztormie polarnej nocy do Scharnhorsta, te same wieże i maszynownie, kadłub i różności. Tam stali i walczyli ci ludzie, pod dowództwem zahartowanych Szkotów.
Poleca się zwiedzić, jeśli ktoś będzie w Londynie.
"Byliśmy tam!", rzecz jasna.
(Pretekstem do notki, zamierzonej dawno temu, stała się wrzutka kolegi Janka, który opublikował
ładne zdjęcia z muzeum HMS Belfast. Moje nieliczne
wiszą gdzieś tam w kącie.
Edit: Kolega Igor też ma bardzo ładną
notkę techniczno-fotograficzną o HMS Belfast)