Po trzech miesiącach pomieszkiwania może podsumuję warunki na Krecie, w sensie wad i niespodzianek. Oczywiście niektóre wady były spodziewane oraz to "wady", ale niech tam...
1) Trzęsienia ziemi.

Spodziewane, na razie umiarkowane (w sensie, "u nas" około 4 Richtera, czy nieco ponad). Oczywiście, w tak sejsmicznie aktywnych rejonach to nie jest kwestia "czy?" ale "kiedy? jak mocne?". Nowsze budynki i infrastruktura są nieco przystosowane, ludzie przyzwyczajeni, my też przyzwyczajamy się.
2) Temperatura ergo upały
Spodziewane, ale faktem jest, że dowieźliśmy tutaj wyjątkową tegoroczną suszę. Na razie praktycznie ciągle mamy pogodne 30 stopni, okazyjnie przy 35-40 robi się trudniej, w sensie ogólnym, odporności narodu i zdolności infrastruktury, ale też w szczególe w naszym domu - przy 30-32 w cieniu jest jeszcze spoko, ale ponad to, robi się tu coraz mniej przyjemnie.
2a) Pożary
Ustalmy, że polskie media straszą greckimi pożarami bardziej, niż greckie media, a nawet niż greckie pożary, i tyle. Ryzyko jest znane, większe niż jakiegoś PL, ale bez przesadzania, proszę.
2b) Susza
To może być duży problem, w sensie kiedy woda zacznie się na serio kończyć. Niby spodziewany problem, a na Krecie miało być lepiej niż na jakiejś Malcie, czy mniejszych wyspach, ale to się jeszcze okaże...
2c) Przy ponad 30 stopniach w cieniu i w chałupie starsza elektronika lubi nagle zdychać. Dawna orientacyjna reguła z zassania kciuka - każde 10 stopni ponad 40 stopni skraca żywotność krzemowo-cynowej elektroniki O POŁOWĘ; ale mówimy o temp. struktur i elementów, nie o temperaturze otoczenia. Czyli jeśli laptop, zasilacz, itp. przy intensywnej pracy w PL czy IE miał w środku ok. 40, to w GR ma około 50 i lubi dać znać "pi...lę, nie robię!". Np. stary midsize tower, używany jako dysk-serwer, zaczął nieco wariować; przy tej okazji wrócił temat postawienia NASa, ale jak poprzednio w IE, zaraz umarł, i skończyło się kolejnym pecetem, używką (refurbished) small-factor Della kupioną w dużym sklepie, jako kolejnym dysk-serwerem. BTW kto ma dwa kciuki i zdziwił się, nie wiadomo czemu, że dostał razem z kompem grecki Win10? Ale najbardziej dała mi się we znaki nasza wypasiona drukarka, prawienówka nieśmigana; skądinąd nałożył się chyba problem jakiegoś dawnego zawilgocenia irlandzkiego, z temperaturami kreteńskimi, i mały kondensator w zasilaczu wybuchł, blokując całe zasilanie itd. A o dostaniu się do zasilacza w średnich drukarkach laserowych Brother nie rozmawiam bez adwokata, bo mnie oskarżycie, że dzieci, zaglądające wam w ekran przez ramię, nauczyły się wielu nowych paskudnych przekleństw. Jakoś jednak ją naprawiłem. Itd. itp. pamiętajcie - stara elektronika nie lubi ciepełka.
2d) Inne z upału
Niespodziewany dodatkowy efekt podwyższonych temperatur śródziemnomorskich - do głowy by mi nie przyszło, że przy +10 stopniach o tyle szybciej rośnie człowiekowi sierść, czy pazury. A tu proszę.
3) Owady i inne zwierzaki

Cykady są bardzo głośne, ale zależnie od temperatury, więc czasem "zimno" je wyłącza. Oraz tworzą tło, coś jak pracujący wentylator czy lodówka, można je jakoś ignorować. Najbardziej zjadliwe są komary, może też jakieś pajączki, ale nie jest ich dużo i chyba do gryzienia przyzwyczajamy się (tzn. reakcje, uczulenia na gryzaki itp. mniejsze). Z egzotycznych owadów, modliszki na razie były śmiesznie małe, a skorpionów jeszcze nie widzieliśmy. Koty, zgodnie z planem i zwiadem, są tu dosłownie wszędzie, ale miłe i niezbyt uciążliwie. Za to zylion chodzących luzem psów już tak miły nie jest, a nawet wydaje się problemem.
4) Poczta i dostawy na odległą wyspę
W sensie ogólnym, poczta kreteńska (nie wiem, czy panhelleńska też) jest unikalna, bo jej tu prawie nie ma. To znaczy, żyje własnym życiem i nie potrzebuje do niego klientów, np. nie dociera do domu itp. a najwyżej do skrzynek pocztowych we wsi, w typie jak w polskich blokach, a jeśli nie ma skrzynek (to my, trociny!), to do pudełka w sklepie... Ale w szczegółach dostaw itp. jest tu jakby lepiej, niż w Irlandii, bo tam może i przemiły listonosz docierał do bramy, ale za to był ewidentnie kraniec świata, z którego się kosztownie spada. I był to bardziej wynik porąbanej irlandzkiej "polityki wewnętrznej" (jak wielokrotnie zaznaczałem, jakoś tak "tradycyjnie" nastawionej przeciwko obywatelom...) niż obiektywnych okoliczności wyspiarskich, czy nie daj boh, "lepszości" Krety. Polityka dostaw/kurierów grecko-kreteńskich jest mniej więcej jak polska, czyli nieco burdel, nieco dodatkowych kosztów, ale frontem do klienta i "da się załatwić", czego o Irlandii nijak nie dało się powiedzieć (a SCO/UK to nieco inna tradycja i kategoria wagowa). Przetestowaliśmy już tutejszych kurierów i ich lokalne biura dostaw, także po lekkim fakapie z naszej winy (no nie warto podawać kreteńskim kurierom kontaktowego numeru irlandzkiego, co nie); przetestowaliśmy dostawy spoza EU, także przez cło + nieistniejącą pocztę grecką, i wszystko "dało się". W Irlandii bardzo często nie dało się.
4a) Zaopatrzenie zażarte
Normalne, nie mamy z tym problemów; sygnalizuję pro-forma, bo mnóstwo ludzi podnosi takie problemy, w kontekstach wycieczek, emigracji, pomieszkiwania w obcych krajach, "a gdzie ja kupię prawdziwe ogórki kiszone od Bachledy-Curuś-Bułecki?", "a gdzie ja kupię prawdziwe sushi?", "a gdzie ja kupię prawdziwy wurst?". Moja typowa odpowiedź to "przeważnie w sklepie, ale tak w zasadzie, kogo to obchodzi". Oczywiście Lidl ma tu asortyment porównywalny z IE czy PL; a pierwszy z brzegu sklep z żarciem/dodatkami etno w Heraklion ma "dział" polsko-słowiański tak duży, jak japoński, czy chiński. Z zabawnych "problemów" to nie mogliśmy przez dłuższą chwilę namierzyć majeranku, którego tu najwyraźniej nie używa się jako przyprawy, tylko jako herbatkę. Oraz goździków nie ma w supermarketach. Ale w centrum Heraklion co 100m jest jakiś sklep ziołowo-przyprawowy z kolosalnym wyborem tego wszystkiego, są bazary, itd. itp. naprawdę nie ma o czym gadać. No może jest jedna zagadka, której jeszcze nie ogarnęliśmy - jakoś nigdzie nie ma antipasti, które na Wyspach Brytyjskich walały się wszędzie...
5) Biurokracja
Spodziewana i nieco doświadczona. Mój numer podatkowy (coś jak NIP; podstawa jakiegokolwiek funkcjonowania cywilno-prawnego, wynajmu domu, zakupu samochodu, itp.) dało się załatwić praktycznie od ręki, żony, na te same papiery, nie dało się; musieliśmy "odświeżać" to i owo, bo jeden rabin, wróć, urzędnik mówił tak, a drugi owak (tzn. jeden miał słusznie wyjebane na bzdurne szczegóły, a drugi nie). Od tutejszego topowego banku (coś jak PKO BP) odbiliśmy się na razie, bo chcieli bardzo dużo papierów, i to koniecznie na papierze. Stąd rozstaliśmy się na razie; może wrócimy do nich, a może pójdziemy do nieco bardziej komercyjnego i przyjaznego banku.
6) Ruch drogowy
Jest dziwny. Po pierwsze, pamiętamy, że infrastruktura jest tu, poza paroma większymi/nowszymi drogami, raczej słaba, zarówno drogi, jak i samochody (na naszej wsi nasz zabytek VW T4 z 1992, mało obity, leży gdzieś w środku zakresu, między prawie-nówkami, a naprawdę porażającym złomem na 4 kołach). I teraz - w pewnych zakresach ruch jest bardzo normalny, na Krecie wydaje się znacznie normalniejszy, niż wkoło Aten/Pireusu, czy nie mówiąc o "standardach" włoskich. Ludzie jeżdżą tu wolno, ostrożnie, uważają na siebie, ustępują, może klną pod nosem, ale mało trąbią, czy uprawiają prawdziwy road-rage, nawet w porównaniu z tzw. cywilizowanym Zachodem. Raz na miesiąc przytrafia mi się jakiś zupełny debil czy ćpun za kółkiem, i to raczej na drogach szybkiego ruchu, czyli zupełnie, jak w UK/SCO, czy w Irlandii. Może inaczej, ja w >5m vanie okazyjnie wydaję się (żonie) najszybszym i najagresywniejszym kierowcą, na wsi, czy na mieście...
Ale w temacie parkowania gdzie popadnie (porażające - na rondach), czy skręcania na zakazach, itp. elastycznego traktowania znaków i przepisów, fakt, trzeba tu uważać, gdyż kodeks drogowy jest traktowany nieco jak kodeks piracki, jest "zbiorem raczej luźnych wskazówek"; albo jak podsumował inny ekspat, "policji drogowej w Grecji nie ma, a żeby dostać mandat, trzeba zaparkować na środku autostrady". Na Krecie policja drogowa jak najbardziej jest widoczna, ale na dużych drogach, w turystycznych miejscach; na normalnych ulicach Heraklion, czy u nas na wsi, fakt, trzeba sobie radzić, i normalni ludzie zaskakująco dobrze sobie radzą.
7) Ludzie
Wioski, w których głównie się obracamy, to coś jakby kreteńskie Lowlands czy polski Beskid, więc to niby górale, ale jednak te miększe górale. Tylko, że wszystko jest względne, bo to nadal są ponurzy, poważni, dosyć prymitywni górale... Może nie ma tu nad tawernami napisów "witaj w krainie, gdzie obcy zginie", może są tu wszędzie jakieś B&B, może Grecy mają xenofilię we krwi (ale na ile mają ją Kreteńczycy...), może w prawdziwych górach i na jeszcze większych zadupiach jest tu jeszcze twardziej, ale na pewno nie ma co liczyć na socjalizację wioskowo-spacerową, jak w Szkocji, czy Irlandii. Czyli, tak naprawdę "a co nowego", zwykłe polskie standardy skwaszenia narodu. A w mieście jest, cóż, jak w mieście, przeciętnie. Skądinąd, tutejsze miasto, czy wieś, wydają mi się przyjaźniejsze obcym, od zupełnie dowolnego kawałka Francji... ale może przypadkiem nie trafiłem na przyjazne kawałki Francji.
7a) Ludzie z bronią
Na Krecie jest więcej nielegalnej broni, niż ludzi, i to zdaje się od wieków, tzn. już dawno temu władze dowolnej maści dały sobie na wstrzymanie w temacie, bo Kreteńczykom odebrać broń, to jest praktycznie niemożliwe. Co ciekawe, nie przekłada się to zbytnio na statystyki przestępstw, coś podobnego jak z Finlandią, czy Szwajcarią (ok, tam "nadmiar" broni raczej jest legalny). Grecja jest bardziej niebezpieczna, niż Polska czy Szkocja, i znacznie bardziej, niż jakieś Japonie czy Singapury, ale ogólnie leży w strefie między Szwecją i Nową Zelandią, a Anglią i Finlandią, więc, powiedzmy, nie jest BARDZO źle. Ale jednak wieczorne/nocne strzelanie po górkach i dolinkach, z okazji wieczorów kawalerskich, wesel, urodzin, świąt, albo i bez okazji, nieco wkurza i spać nie daje.