
Co wspólnego mają:
- Niemiecki ciężki bombowo - rozpoznawczy Focke-Wulf Fw 200 Condor z bojowo-rozpoznawczego skrzydła Kampfgeschwader 40
- Cywilna brytyjska łódź latająca Short Sunderland należąca do BOAC
- Wojskowa brytyjska łódź latająca Short Sunderland z 201 dywizjonu RAF
- Wojskowy średni bombowo - rozpoznawczy Vickers Wellington z polskiego 304 dywizjonu
W ogólnym sensie zagadka jest łatwa, i podejrzewam, że każdy czytelnik średnio kumaty w historii lotnictwa, czy drugiej wojny światowej, oczywiście zaczyna kminić, że zapewne gdzieś na północnym Atlantyku, albo nad Morzem Północnym, mogły się te samoloty spotkać.
Ale w szczególe, to jednak było praktycznie niemożliwe, co nie. Stąd dla ułatwienia, ustalmy ramy czasowe, od 1940 do 1943. Ale nie jako "zdarzenie gdzieś pomiędzy" a "w okresie od 1940 do 1943".
"Nie pomagasz", pomyśleli czytelnicy bloga, "Nie za to mi płaco", pomyślał autor. No dobra, więc gdzie przez 3 lata II wojny mogły spotkać się te 4 ciekawe samoloty?
Otóż jakieś 260km od miejsca, gdzie stukam w klawiszki, prosto na Limerick, i za Tralee nieco na zachód, rozciąga się półwysep Dingle, z miasteczkiem Dingle i kupką wiosek. Jest to najbardziej na zachód wysunięty półwysep Irlandii, z tej "wielopalczastej dłoni" półwyspów na południowym-zachodzie Szmaragdowej Wyspy.

Mają tam też słynną górkę Mont Brandon, a raczej spory (jak na Wyspy Brytyjskie) masyw Brandon, znany od średniowiecza, bo okolice św. Brandona, klasztory wczesnoirlandzkie, pielgrzymki, i w ogóle. Nowożytnie - turystyka, bo faktycznie, mini-Szkocja na około 12mm na skali kciukowo-wskazującej młażony (true Scotland ma jakieś 8cm); górki do ok.950m, drugi wielkością, wysokością i "układem" masyw Irlandii, po niezbyt odległym Reeks, na sąsiednim półwyspie, z najwyższym w IE szczytem Carrauntoohil.
Okazuje się, że masyw Brandon był nie tylko uroczy, ale też uroczyskiem, gdyż był fantastycznym magnesem dla samolotów między 1940 a 1943, i te cztery ze wstępu właśnie na górce Brandona się rozwaliły.
Może powtórzę wyraźniej: przez trzy lata, cztery samoloty, czterech organizacji, z trzech narodów, wpieprzyły się w górki Brandona, ogólnie rzecz biorąc, od wschodu; leciały na zachód, na Atlantyk (tj. wleciały w zdjęcie powyżej, Condor w zbocze po prawej, reszta deczko za kadrem w prawo).
20 sierpnia 1940 ciężki bombowo-rozpoznawczy Focke-Wulf Condor wleciał w stromy Faha Ridge, zdaje się piloci podciągali i skręcali w ostatnim momencie, i walnęli w sam skraj bardzo stromej górki pod "dobrym" kątem, względnie łagodnie. Wszystkich 6 Niemców z załogi przeżyło, bodaj byli pierwszymi niemieckimi lotnikami internowanymi w neutralnej Irlandii w IIWŚ. Ślady wraku można znaleźć po dziś dzień na Faha Ridge, nawet da się tam dojść, ale stromo i pod górkę. Na pamiątkę zdarzenia, we wsi Cloghane pod masywem, w centralnym (i jedynym...) pubie O'Connora umieszczono pamiątkową plakietkę.
29 lipca 1943 ciężka cywilna łódź latająca Sunderland, należąca do BOAC (brytyjskie linie "zamorskie", nie przerwały działalności w czasie IIWŚ) wleciała w łagodniejsze zbocza Mount Brandon, jakiś kilometr na północ od twardego lądowania Condora. Z 25 osób na pokładzie zginęło 10. Na pamiątkę zdarzenia w pubie O'Connora zachowano kotwicę z łodzi latającej.
22 sierpnia 1943 bliźniacza ciężka wojskowa łódź latająca Sunderland RAF wleciała nieco na południe od trafienia miesiąc wcześniej przez cywili. Zginęło 8 z 11 członków załogi. Na pamiątkę zdarzenia w pubie O'Connora zawieszono koleją plakietkę.
21 grudnia 1943 średni bombowo - rozpoznawczy Wellington z polskiego 304 dywizjonu, przydzielonego do Coastal Command, czyli zadań przeciwpodwodnych na Atlantyku, wleciał w Mount Brandon nieco na północ od poprzedników. Wszystkich 6 lotników zginęło. W pubie O'Connora tradycyjne przybito plakietkę, ale tym razem miejscowi ściągnęli sobie do pubu na pamiątkę znacznie więcej, silniki gwiazdowe oraz kółko ogonowe z Wellingtona.
(dyscyplina dodatkowa, łódź latająca Catalina RAFu wrąbała się w górki Stradbally, "naprzeciw" Brandon i Cloghane na wschodzie, w 1944)
Jak to możliwe, że na przestrzeni paru kilometrów waliły w niedużą górkę całkiem nowoczesne samoloty, w epoce już całkiem rozsądnej nawigacji, jeden za drugim?
Zdaje się, nawigacja nie była aż tak rozsądna, próby latania w trybie "wizualnym" nad zachodnią Irlandią spotykają się niejakimi trudnościami, gdyż tu jest przeważnie chmurno i mgliście, oraz nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkw... wróć, nikt, lecąc nisko i powoli, i wypatrując ziemi/wody, nie spodziewa się 1km górki w tej okolicy.
Ale najbardziej, zdaje się, zmyliło nawigatorów i pilotów znane także kierowcom "no przecież już powinien być ten zjazd z autostrady" albo "chyba minąłem skrzyżowanie", czyli: "tu chyba już miał być Atlantyk". Więc nie tylko (nie)pogoda, nie tylko "drogi Watsonie, ktoś nam złośliwie postawił górkę 900m" ale też NA MAXA NA ZACHODZIE, gdzie już, kurde, powinien być w końcu Atlantyk.
Przewijając we współczesność, półwyspy pd.zach. Irlandii są bardzo fajne (jeśli jest taka pogoda, że coś widać...), zarówno słynny Ring of Kerry i Killarney aka "tutejsze Zakopane", z najwyższym masywem Irlandii; i Mizen Head na południu; i Dingle z Mount Brandon na zachodzie. I nie tylko górki i dołki, ale też zabytki, miejsca, ludzie. Niektóre kawałki są nieco rozdeptywane przez turystów z całego świata, ale trudno się dziwić, oraz trudno narzekać, gdyż bez turystyki to takie okolice byłyby (albo są) zadupiem kolosalnym, gdzie miła przyjazna Irlandia (albo Polska, albo Szkocja) szybko pozostaje/przekształca się w chłopsko-buracko-wódczaną krainę, z tablicą powitalną z Pilipiukowym "Witaj w krainie gdzie obcy zginie", zamiast "Fáilte!"
BTW wioska i okolica Cloghane była przedmiotem kontrowersyjnych badań i analiz etnograficznych, w latach '70, kiedy było tam naprawdę biednie i źle, i wielu dyskusji później. Ale o tym, dlaczego zadupia post-rolnicze w tylu miejscach Europy wyglądają/wyglądały tak bardzo podobnie i źle, może innym razem.
Byliśmy tam, poleca się, jeśli ktoś będzie miał czas w tej okolicy na coś więcej niż Ring of Kerry. A jak kiedyś będziemy znowu w Belfaście, może odwiedzę cmentarze, gdzie leży szóstka polskich pechowych lotników, może na 80 rocznicę warto im świeczkę zapalić, niech tam, nawet nawigatorowi.