Czasem przy przeglądaniu filmów z wojen światowych, czy o dawnej technice, wpadam na YT i w sieci na dawne filmy "z codziennego życia". Jest tego wysyp ostatnio, jakaś "trzecia fala". Po pierwszej, kiedy staniało skanowanie oryginalnych stuletnich czarno-białych negatywów (i rozkrada..., pardą, udostępnianie ich skanów w sieci); po drugiej, kiedy staniało ich odszumianie, wyostrzanie i kolorowanie, chyba mamy trzecią, bo teraz robi się to jeszcze taniej i szybciej przez tzw. "AI". Pewnie stąd jest tego więcej, i algo częściej mi pociskają jakieś ruchome obrazki, a to z Londynu z lat '30, albo z Tokio epoki Meji, albo coś w podobie.
Kiedy się zatrzymuję na tych klipach, zawsze ciekawy szczegółów "na poboczach świata", także tego, który dawno odszedł, czy wizji postępu i SF rodem z 1900r., przychodzą mi do łba różne mniej i bardziej istotne refleksje na temat tamtych ludzi, ich świadomości i bytu. Jak na przykład, lata '30, w miarę reprezentacyjne miejsca Londynu - praktycznie nie ma otyłych ludzi. A na ulicach, peronach i chodnikach jest bardziej czysto niż w obecnym Londynie (no, do kawałków obecnego Tokio nieco brakuje, ale). Albo naoczny niesamowity miks starego-"samurajskiego" i nowego-"zachodniego", na codziennych i "zwykłych", ruchomych obrazkach z Japonii, sprzed I wojny światowej. Albo sajens-fykszyn ruchomego chodnika z paryskiej wystawy światowej 1900r., to, czego nie doczekaliśmy się, zamiast tego dostaliśmy samochody i samoloty.
Takie oczywistości, bo podane naocznie, prędziutko niosą pytania, i to warstwami. Co się zmieniło i dlaczego; czemu jako populacje jesteśmy tak różni, zaledwie po nieco ponad 100 latach, no dobra, 100 latach szybkiego postępu - ale niektóre zmiany wydają się tak bardzo "podstawowe" i głębokie, znacznie głębsze, niż ktokolwiek z nas-teraźniejszych chciałby przyznać. I jak te zmiany rzutują na nasze możliwości zrozumienia świadomości TAMTYCH ludzi, ale też w kontekście zrozumienia naszego własnego bytu i świadomości, ich zmian, i "gdzie jesteśmy".
Zakręcając ruchem konika szachowego, od naocznych filmów, bliżej tematu właściwego - od dawna hołubię różne koncepta w tematach jw., także dla czasów znacznie dawniejszych, powiedzmy, od neolitu po lata powojenne. To znaczy, mam wizję różnych takich mniej oczywistych "przełomów" świadomości całych populacji, świadomości określającej ich byt, i zaraz zmieniającej go dogłębnie, w jakimś nowym, może niespodziewanym kierunku. Rzecz jasna, w sprzężeniu zwrotnym z cywilizacją materialną i "technologią", więc zawsze jest tu problem "jajko, czy kura?", np. czy przełomem było paru waryjotów ryzykownie bawiących się w zmniejszanie broni palnej, do rozmiaru rusznicy i możliwości strzelania z ręki? czy przekształcenie tych pierwszych arkebuzów i rusznic w broń nieco bardziej masową i sprawną? czy moment, kiedy POWSZECHNA stała się świadomość, że byle gość-łamaga, wyszkolony w miesiąc (czyli inaczej niż łucznik czy kusznik poprzedniej epoki) może odstrzelić łan-tu-tri dowolnie wypasionego pana rycerza z bożej łaski, czy rambo-najmnika, jeśli tylko trafi.
Ogólnie jestem fanem teorii socjologicznych o locus-of-control, "poczuciu kontroli rzeczywistości", w kontekście przekonań danego osobnika; hasłowo: jak w "1 mila poniżej 4 minut" (tj. praktycznie nikt nie biegał 1 mili poniżej 4 minut, dopóki ktoś nie pokazał i "udowodnił", że to możliwe, od tego momentu tysiące ludzi pobiły ten rekord). Czyli roli wiary+nadziei w działaniach nawet nie to, że ludzi, ale dowolnie małych i dużych rozumków, poskręcanych przez naturalne ewolucje (bo eksperymenty na zwierzętach też wskazują na wagę wiary i nadziei w działaniu). Stąd odruchowo stawiam cezury "świadomości w cywilizacji" w miejscu, gdzie dostatecznie duża ilość ludzi PRZEKONAŁA SIĘ i UWIERZYŁA/MIAŁA NADZIEJĘ, a to, co im się wydawało, zachodziło RZECZYWIŚCIE, stąd niosło to zaraz zakręcenie całych populacji, a może i cywilizacji, w nowym kierunku. Nad czym potem głowią się historycy, antropologowie, itp. i wanna-be historycy jak ja też, co się stało i co było pierwsze, i skąd te "rewolucje" świadomości+bytu.
Na przykład, zmyślam sobie takie nieoczywiste cezury, jakieś bardzo dawne - gdzieś w zupełnej prehistorii był moment, kiedy homo sapiens przestał być zwierzęciem PŁOCHLIWYM. Bo nawet goryle, czy bonobo są zwierzętami względnie płochliwymi, dopiero szympansy itp. robią się odważne, szczególniej "w kupie siła", i jak bardzo podobne są w tym do ludzi. A raczej, jak bardzo plemienni, "odważni w kupie" ludzie, są podobni do stada szympansów. I od kiedy POJEDYNCZY homo sapiens przestał być płochliwy.
Inna taka dawna cezura, która mi się zmyśla, gdzieś z czasów neolitu - ten moment, kiedy rozgościła się świadomość możliwości "zmiany krajobrazu", gdzieś przy okazji rozwoju rolnictwa. Bo łowcy-zbieracze moim zdaniem nie tylko nie mieli takich możliwości, ale też odpowiedniej świadomości; byli elementem "krajobrazu", natury, ekosystemu, mogli go badać, czy eksplorować, ale "w pale się nie mieściło", że mogą go znacząco zmieniać. Dla dawnych ludzi neolitu, czy niedobitków starożytnych plemion obecnie, nawet dla co prymitywniejszych koczowników, idea zmiany, przebudowania całego środowiska wkoło, to jak dla nas propozycja, żeby zamiast badać i eksplorować fizykę, zacząć ją zmieniać; to SF trudna do pomyślenia. A potem nagle rozeszli się po świecie rolnicy, którzy rutynowo wypalali i karczowali lasy, budowali proto-świątynie i profi-spichlerze, i "w paru krokach", od nie-świadomości, doszliśmy do imperiów starożytności, których obywatele najoczywiściej mieli świadomość swoich możliwości "zmian środowiska", i że te 1000km drogi, wielkie budowle, inżyniera i infrastruktura, milionowe armie, to tylko kwestia ekonomii, organizacji i logistyki, a nie: coś-nie-do-pomyślenia.
Wracając do czasów najnowszych, do ostatnich 100 lat technicznego rozwoju i zmian ludzi, i tytułowego sedna notki - poza tym, że jesteśmy więksi, zdrowsi, grubsi, wydaje się też, że jesteśmy, z punktu widzenia roku 1923, bandą zwariowanych neurotyków.
Badania "neurotyczności" całych populacji rozwinęły się gdzieś w okolicach I wojny światowej i zaraz po, na tle zagadnień, związanych z niespotykanym wcześniej niszczeniem ludzi, ich psychik i osobowości, na nowej wojnie; szczególniej próbowano zrozumieć tzw. shell-shock, także skutki średnio- i długofalowe ekstremalnego ciągłego stresu, to co nazywamy PTSD, post-traumatic stress disorder.
(Temat, dlaczego dopiero I wojna światowa dostarczyła problem "na maxa", na skalę masową, w porównaniu z zylionem okrutnych wojen i bitew historii, to inny ciekawy temat, nieraz napomykałem o takich rzeczach w notkach, czy komentarzach; może innym razem skompiluję coś o "stress wojenno-bitewny przez millenia")
Próbowano prowadzić badania żołnierzy i zrozumieć, dlaczego, w tych samych warunkach strasznej wojny okopowej, jedni "trzymają się" latami, inni po miesiącu-dwu są tak rozbici przez stres, że nie nadają się do niczego i żadne prośby czy groźby, łącznie ze śmiertelnymi, nie są w stanie ich "zdyscyplinować". A potem - dlaczego żołnierze po ciężkim shell-shocku, czy stresie wojennym, dzielą się na tych, którzy wracają do normy (nawet jeśli pozornie...) po miesiącu-dwu odpoczynku, i na tych, którzy do normy nie za bardzo wracają, nawet po latach...
Akurat wszyscy w tym czasie zaczęli bawić się w nieco bardziej naukową psychologię, niż piaskownice Freuda czy Junga itp. kanapowo-filozoficznych psychologów, stąd przebadano sporo ludzi "empirycznie", statystycznie i w miarę naukowo, "przed", "po" i "w trakcie" doświadczeń wojennych. I badaczom wyszło, że w temacie odporności na stress i shell-shock, najważniejszym elementem osobowości, także w temacie predykcji odporności na stress, jest "neurotyczność" danej osoby. Co jest w zasadzie odkryciem klasy "no shit, Sherlock!", gdyż to, że na kolosalny długotrwały stres najmniej odporni są ci najmniej stabilni emocjonalnie; najbardziej "obciążeni", w sensie neurologicznym, obawami i strachem, na bardzo wielu poziomach; ci, których mózgi/umysły łatwo "reagują" od "nadmiaru wrażeń", i to niekoniecznie w racjonalnym kierunku - jest dosyć trywialne.
Ale dzisiaj nie w tym punkt będący - punkt w tym, że mamy wyniki tamtych badań, i podobnych, za ostatnie 100 lat, społeczeństw rozwiniętego świata. Każdy może się "zdiagnozować" w temacie neurotyczności, jest wiele testów, także
oryginalne sprzed 100 lat. Możemy porównać dane, statystyki, oceny fachowców itd. Tyle, że lepiej w to nie wnikać, bo nagle okazuje się, że to, co "psychologicznie" normalne obecnie, było ekstremalnie neurotyczne w 1920, a to co było wtedy normalne, to już w populacji praktycznie zanikło, stało się ogonem rozkładu.
Oczywiście, najwygodniej przestać takie rzeczy badać, a testy neurotyczności jak Woodwortha czy Papurta "wyszły z mody" bardzo szybko, już przed II wojną.
Ale mnie jednak interesuje, coś się stało i zmieniło, że zen-wyjebane wanna-be stoickie nosorożce jak ja, są obecnie egzotyką, a były średnią. Że obecna sfrustrowana i pełna fobii społecznych, niskiej samooceny, i wszechstronnego strachu i depresji populacja, która jest średnią, byłaby nerwową pensjonarką w okresie dojrzewania w 1920. Że obecne neurotyczne osobowości, lansujące się po mediach, świecznikach, firmach i instytucjach, i narzucające swoje wizje świata i ludzi, swoje strachy i neurozy, odbiorcom i całym społeczeństwom, w 1920 kwalifikowano by do leczenia, oby nie przymusowego.
Teoryjek na temat tej zmiany jest wiele, a ja mam jeszcze więcej; od zmian zakresu i dostępności propagandy, mediów i ich "siły rażenia", przez kolosalne zmiany życia rodzinno-społecznego, po szum informacyjny i decyzyjny, czy nawet zmiany diety i specyficzne skażenia naszego środowiska, za ostatnie 100 lat. Ale bada się to raczej się ciężko, bo nikt nie chce się ewentualnie dowiedzieć, że "kiedy wszyscy są wariatami, nikt nie jest wariatem", albo kiedy o budżetach, badaniach i publikacjach decydują ludzie politycznie niezainteresowani, a nawet przeciwni, jakimkolwiek naukowym, czy intersubiektywnym odpowiedziom, bo nie po to wyzwoliliśmy się z "przestarzałych przesądów" i "opresyjnych kultur", na wolność naszych dowolnych Silnych Przekonań (R)(TM).
A co ważniejsze, to jednak nadal neuroza z punktu widzenia około 2/3 OBECNEJ ludzkości, która mentalnie i społecznie "mieszka" tam, gdzie bogaty Zachód był sto lat temu. I jak potoczy się sytuacja w przyszłości, w tym kontekście.
Ciekawe, czy za 1000 lat będzie ktoś te zneurotyzowanie całych populacji oceniał jak kolejną zmianę "świadomości + byt" w skali planety, czy jako chwilową niefortunną socjologiczną zmarszczkę na historii ludzkości.