W kontekście zatopienia przez Ukrainę krążownika
Moskwa jest imperatyw, żeby wam wypisać dawno zaległą notkę w cyklu "jak to się stało, że się technicznie zesr... we flotach na przestrzeni dziejów".
Tym razem rzecz będzie z pogranicza techniki oraz socjologii sił zbrojnych, a nie tylko o fakapach projektantów, R&D, producentów itp. Porozmawiajmy o kontroli uszkodzeń czy zniszczeń na okrętach, ang.
damage control, co jest ważnym tematem, jakoś tak pewnie od trirem starożytności, aż po pożar i zatonięcie
Moskwy na dniach; przez całą historię militariów morskich, jak świat długi i szeroki.
Fachowo, przeważnie zagadnienia kontroli uszkodzeń nowożytnych "technicznych" okrętów (historyczne, ale też współczesne, projektowe czy szkoleniowe) rozważa się "z dwu stron": a) jak dany okręt czy typ okrętu zaprojektowano, wykonano, wszelkie technikalia itd. w kontekście przewidywanych zadań i
spodziewanych uszkodzeń oraz b) jakie zasoby (ludzi, sprzęt, szkoleń i planowania, itd.) przeznacza się dla zadań związanych z kontrolą uszkodzeń na okręcie, w czasie pokoju i wojny, no i po ewentualnym uszkodzeniu czy trafieniu.
Jak już na pierwszy rzut oka widać, jest tu olbrzymie pole do popisu w temacie fakapów i spierdolin. Bo można mieć fenomenalnie wydajne i odporne
bojowo, ale składające się jak domek z kart konstrukcyjnie okręty, przez błędy projektu czy wykonania. Bo można mieć super sprzęt strażacki czy pompy, ale na okręcie z dykty. Albo ludzi nie umiejących ten sprzęt obsługiwać. Albo odwrotnie, strażaków i ratowników supermenów, ale za to okręt z mchu i plasteliny, którego nie utrzymają w całości, choćby mieli różdżki czarodziejskie, a nie tylko wyszkolenie i dobry sprzęt. Albo i sprzętu nie dostali. Itd itp.
Wszelkie te kombinacje są możliwe, i były "testowane" w historii.
Dygresyjnie - czasem wydaje się, że nowożytne okręty i ich damage control to wyjątkowa przetoka g... do mózgu, skoro spore okręty palą się "do gołej blachy" i zaraz toną, po niedużych rakietach, jak
Sheffield pod Falklandami po jednym Exocet, czy
Moskwa po dwu Neptunach pod Odessą. Owszem, nowożytne okręty są ogólnie rzecz biorąc z papieru, a wyszkolenie i koordynacja drużyn ratowniczych, po latach pokoju, cięciach budżetów i ogólnym współczesnym "jakoś to będzie" i "co może pójść nie tak?" jest przeważnie żadne - ale warto pamiętać, że na dużych wojnach i w czasach kiedy walczyły setki okrętów ze stali i solidnych, a nie aluminiowo-plastikowych, a załogi zdobywały doświadczenie latami, też nie było jakoś porażająco lepiej. A czasem było jakby znacznie gorzej i o tym jest notka.
Przechodząc do sedna - moim zdaniem najbardziej fenomenalnym fakapem w kontekście nadal historia z II wojny. Mój prywatny nie-historyka ranking drugowojennych flot pod względem opanowania tematów kontroli uszkodzeń, zarówno w kontekście projektowo-wykonawczym, jak i operacyjno-ludzkim, idzie jakoś tak: Rosjanie poza rankingiem, bo nie mieli za bardzo okazji do morskich spierdolin na II wojnie w tym kontekście oraz nie znam się; na pierwszym miejscu wyraźnie szacun dla US Navy, potem spory odstęp i Royal Navy oraz Kriegsmarine, potem znowu spory odstęp, jacyś Włosi, Francuzi, to na czym się nie znam i cały plankton, potem długo długo nic, i gdzieś na samym dole, dobrze okopana w mule pod dnem, Imperialna Flota Japonii...
Dygresja dla nieobytych - Japończycy militaryzując się gwałtownie gdzieś między 1905 a 1940, budując uber-nacjonalizm i szowinizm, na fundamencie pożyczonym od samurajów i z konfucjanizmu, nie mając czasu i zasobów na jakiś w miarę "normalny" rozwój imperializmu, jak brytyjski, amerykański czy kiedyś francuski, socjologicznie "musieli" skręcić w chore ideologie i paskudne polityki. Podobnie jak Niemcy hitlerowskie, czy przez chwilę Rosja radziecka, czy nawet faszystowskie Włochy. Kiedy z byle Małego Rocznika Statystycznego wynika, że przeciwko prawdziwym, wyimaginowanym, albo zrobionym na własne zamówienie wrogom nie ma się większych szans, pozostaje tylko wmawianie sobie i milionom, że nasz żołnierz najwspanialszy, najwaleczniejszy, weźmie na klatę 10 przeciwników słabiaków, gdyż nasi są rasowo i mentalnie lepsi; że naszych okrętów czy czołgów może i 10x mniej, ale są najlepsze i, oczywiście, wezmą na klatę 10 przeciwników; że nasza Wunderwaffe jest najbardziej wunder na świecie, i tak dalej w tym stylu.
Japończycy, miliony Japończyków, tak bardzo w to uwierzyło, i mieli tak dobrą "bazę" ideologiczną z azjatycko-samurajskiego "życie jest tanie", że skręciło im to całą technikę wojenną, także morską, w kierunku "nasz żołnierz potrzebuje najdoskonalszych narzędzi do WALKI, do rozwalenia wroga", a cała reszta, ochrona naszego żołnierza, wsparcie i dodatki, nawet logistyka, itd. to są jakieś ZBĘDNE wymysły dla słabiaków. Co było chore nawet przy mundurach czy sprzęcie czy zaopatrzeniu byle piechoty, a już zupełnie absurdalne przy projektowaniu i utrzymaniu kosztownych ekonomicznie i technicznie samolotów czy okrętów. Oraz przy dyskutowanym damage control.
Bo samuraje brandzlują się mieczami, i może być bezdomny ronin-obwieś niczym w "7 samurajach" Kurosawy, latający w ciuchach z dziurami na dupie, ale dopóki ma miecz i dba o miecz jest DOBRYM SAMURAJEM. A widział ktoś ostatnio samuraja z tarczą? No właśnie. (Dygresja - mało kto zauważa, że fabuły ukochanego filmu
"Po deszczu" wcale by nie było, gdyby Ihei zdołał zastawić swój wspaniały miecz w lombardzie... to jest ponury żart-pun z samurajów i całej tej ideologii, nie wiem czy Kurosawy, czy Koizumiego; no bo tak "normalnie" ronin w pop-kulturze japońskiej pewnych okresów, to zapewne prędzej żonę sprzedałby do burdelu, niż miecz zastawił).
Chyba wszyscy fani historii IIWW wiedzą, jak zaprojektowano myśliwiec Zero, bez jakiejkolwiek ochrony pilota, bo myśliwiec ma sprawnie latać i walczyć, i pięknie umrzeć za cesarza, a nie obciążać się pancerzem, czy umrzeć ze starości. Ale mało kto zauważa, że okręty projektowali w podobnym duchu, a czasem wprost podobnie, nie obciążając ich nadmiernie pancerzem czy konstrukcją, jak japońskie lotniskowce. I kończyło się to podobnie, walczyły pięknie, ale paliły się, umierały i tonęły jeszcze pięknej.
Nie miejsce tu na pełny wykład o ewolucji floty japońskiej za 1905-1940, w kontekście spadku mentalnego i złomowatego po I wojnie, traktatów o ograniczeniach zbrojeń morskich, czy brakach ekonomiczno-przemysłowych Japonii w pewnych zakresach, skrzyżowanych z powyższym polityczno-ideologicznym szaleństwem. Powiedzmy, wzg. duże i "lekkie" lotniskowce japońskie, z którymi popłynęli na Pearl Harbor i tak dalej, niebawem okazały się raczej tekturowe i łatwopalne w sensie projektu i wykonania. Nie pomogło im traktowanie po macoszemu zagadnień kontroli uszkodzeń w sensie operacyjnym, także ilości i jakości drużyn awaryjnych, ich wyposażenia, itd. To nie były zagadnienia WALKI, więc won z nimi na drzewo.
Oraz pomnożone to wszystko było przez hierarchiczność i mobbing we flocie imperialnej, przy którym chore hierarchie Royal Navy wydają się nagle sympatycznym inkluzywnym kampusem jakiegoś uniwerku z Kalifornii AD2022. Bo nawet jeśli średni szczebel czy przydzieleni do zagadnień ludzie zauważali braki i po prostu głupotę podejścia "najważniejszy jest ATAK, gaszenie pożarów kosztownego okrętu to nie jest zajęcie walecznych marynarzy", to nie mogli sobie pozwolić na za wiele komentarzy czy postulatów do wyższych szczebli. Więc po chwili przestawali o to marudzić, tak jak miliony innych żołnierzy, pilotów i marynarzy o logistykę, zaopatrzenie, technikę, itp.; zaciskali zęby i fatalistycznie godzili się, że mogą tylko umrzeć na stanowisku, nieco zbędnie i szkoda, że razem z 1000 kolegów, ale - za cesarza!
Może wydaje wam się, że powyższe to już sedno przetoki g... do mózgu japońskiego? A gdzie tam.
Otóż po pierwszych doświadczeniach i pokazach pożarów i fajerwerków na praktycznie nieopancerzonych, wzg. lekkich lotniskowcach japońskich, z przyzerowym damage control, Japończycy ogarnęli się jednak i uznali, że to chyba marnotrawstwo. Stąd zaczęli zmieniać założenia i nawet już zaczęte lotniskowce zaczęto nieco przekonstruowywać w kierunku lepszej ochrony i sensowniejszego damage control. W ten sposób duży
lotniskowiec Taiho, budżetowany 1939 i zaczęty w 1941 jako, mniej więcej, kopia "klasycznego" japońskiego
Shokaku, został znacznie "wzmocniony" w różnych dyskutowanych zakresach.
Taiho dostał pierwszy w historii japońskich lotniskowców pancerny pokład lotniczy, w teorii mający zatrzymać, z minimalnymi uszkodzeniami, 500kg bomby. Pod pokładem lotniczym znalazł się nieopancerzony dwupiętrowy hangar (co wbrew pozorom nie było wielką wadą - pionowe opancerzenie nie miało sensu, bo nie dało się tak wielkich powierzchni rozsądnie opancerzyć, a nawet tylko przesadne wzmocnienie czy opancerzenie "skrzynki" hangaru niosło czasem więcej problemów niż zalet, o czym przekonali się Brytyjczycy, właśnie tak budujący lotniskowce, po ich trafieniach, pożarach, naprawach i modernizacjach). Na dnie hangaru dodano nieco opancerzony pokład nad maszynowniami itp. Jak na lotniskowiec, solidnie opancerzono magazyny amunicji itp. Plus dodano standardowe elementy, kurtyny przeciwpożarowe, układy gaszenia pianą, itd. itp. jak na poprzednich lotniskowcach, bo nie było tak, że Japończycy żadnego damage control nie przewidywali. "Jakieś" przewidywali...
Taiho przez przyciężką konstrukcję i opancerzenie tak "głęboko siedział" w wodzie, że dolny hangar był praktycznie na linii wodnej. Co okazało się istotnym szczegółem, szyby wielkich wind, umieszczonych staromodnie na osi pokładu lotniczego i naturalnie łączących objętość hangarów, sięgały jeszcze znacznie poniżej linii wodnej. A pod windami były zbiorniki benzyny lotniczej. A w tym całym opancerzaniu i wzmacnianiu, jakoś brakło ton i milimetrów pancerza, żeby opancerzyć łatwopalne paliwo, starczyło tylko na magazyny amunicji itp.
Okręt wszedł do służby po długiej, wojennej budowie, w marcu 1944. Po paru miesiącach zgrywania marynarzy i lotnictwa w Pierwszej Dywizji Lotniskowców, razem z weteranami
Shokaku i
Zuikaku, na wygodną nówkę
Taiho przeniósł banderę doświadczony admirał Ozawa. Na początku czerwca popłynęli na "walną bitwę" w rozumieniu strategów japońskich, w pewnym sensie planowaną od dekad, czyli na przechwycenie floty US atakującej i desantującej Mariany i Saipan, wg Japończyków - właściwe przedmurze Japonii.
Rano 19 czerwca 1944
Taiho, jeden z 9 japońskich lotniskowców w tzw. bitwie na Morzu Filipińskim, wyrzucał lotnictwo zgodnie z planem, do drugiej fali ataku na zespół amerykański. Kiedy grupa lotnicza latała wkoło lotniskowca, formując się do wylotu, na pozycję ataku udało się wyjść okrętowi podwodnemu
USS Albacore, który wypatrzył wroga parę godzin wcześniej.
Albacore odpalił 6 torped, które zostały zauważone przez lotników. Chorąży Sakio Komatsu zanurkował swoim samolotem przed jedną z nich, udało mu się ją zdetonować, za cenę samolotu i swojego życia. Cztery z pozostałych nie trafiły.
Tylko jedna trafiła wielki
Taiho, nieźle zabezpieczony przeciwtorpedowo - uderzyła nieco przed wyspą nadbudówek, na wysokości przedniej windy lotniczej; eksplozja spowodowała popękanie kadłuba, wielu zbiorników i instalacji. Ale nie doszło do jakichś katastrofalnych uszkodzeń czy pożaru, tylko do bardzo umiarkowanego zalania i przechyłu oraz przednia winda zablokowała się w połowie górnego hangaru. Wszystko wyglądało nieźle, zdawało się, że
Taiho rzeczywiście jest odporniejszy niż typowy japoński lotniskowiec.
Nakazano natychmiastowe przekrycie uszkodzonej windy, żeby można było wznowić operacje lotnicze, marynarze uporali się z tym w godzinę czy dwie; z desek, stołów itp. zmontowali "pokład", lotniskowiec wznowił operacje samolotami, wyrzucił jeszcze dwie grupy lotnicze.
Ale pod pokładem było kiepsko. Paliwo lotnicze z popękanych zbiorników i woda morska z przecieków wypełniały stopniowo szyb pod przednią zablokowaną windą. Opary paliwa, w gorącym czerwcu i zamkniętej stalowej puszce, zaczęły wypełniać oba hangary. Załoga i drużyny ratunkowe rozumiały zagrożenie, bo smród benzyny niósł się po całym okręcie, ale nie były w stanie podjąć skutecznego przeciwdziałania. Próbowali nieskutecznie i ryzykownie wypompować złoże benzyny z szybu; próbowali kłaść pianę, ale ręcznie "nie starczało", a układ gaśniczy hangaru nie obejmował szybu oraz ciągle operowały w nim samoloty; próbowali wentylować hangar, ale miał on o wiele za mało otworów i żaluzji, i wentylatorów, a winda rufowa nie mogła pozostać otwarta, bo jw. wznowiono operacje samolotów.
Jak się zdaje, niezbyt ogarnięte i nieskuteczne działania damage control pomnożyła jak zwykle niemożność dyskusji choćby, podwładnych ze zwierzchnikami, we flocie imperialnej; każda głupota średniego szczebla była wykonywana przez szeregowych marynarzy bez szemrania (lub prawie bez), średni szczebel nie był w stanie przekazać wyżej, na poziom kapitana czy admirała Ozawa, że wielka 260 metrowa nówka - duma floty japońskiej właśnie zmienia się w kolosalną bombę paliwowo-powietrzną.
W desperacji albo głupocie, "zależy dla kogo ten wywiad", szef drużyn ratunkowych nakazał próby wietrzenia przez otwarcie wszelkich drzwi i włazów; zaczęto wybijać młotami okna-bulaje gdzie się dało nad linią wodną, żeby zrobić jakiś przeciąg i wentylować hangary. Wszelkie te działania nie poprawiły wiele wentylacji czy usunęły opary benzyny z hangaru, raczej rozprowadziły je doskonale po jeszcze większej objętości pomieszczeń.
O 14:30, sześć i pół godziny po trafieniu torpedą, doszło do nieuchronnej konkluzji - od jakiegoś przypadkowego zapłonu
Taiho wyleciał w powietrze. Z mostka na wyspie nadbudówek widać było jak cały 250m pokład, z 70-80mm pancerzem, wybrzuszył się, a burty hangaru pod nim rozleciały się we wszystkie strony. Lotniskowiec stracił napęd, przechylił się i palił się na całej powierzchni, było jasne, że już po nim.
Admirał Ozawa chciał pójść na dno z okrętem, ale sztab przekonał go, żeby zabrał portret cesarza i ewakuował się na krążownik. Nieco ludzi, którzy przetrwali pierwszą eksplozję, uratowało się z lotniskowca, zanim drugi wybuch rozwalił
Taiho do reszty; poszedł na dno około 16:30, razem z 1650 ludźmi z 2150 załogi.
Utrata nówki lotniskowca, od jednej torpedy, BEZ pierwotnego pożaru, po sześciu godzinach, w zasadzie tylko przez usterki konstrukcji, indolencję i nieogar - to jest rekordowa przetoka g... do mózgu w temacie damage control, moim zdaniem. Oraz może lepiej nie nazywajcie żadnego okrętu
Wielki Fenix (bo to znaczy
Taiho), gdyż wszelkie okręty nie wstają z popiołów, tylko niezwykle łatwo się w popiół obracają.