Amerykański kompleks wojskowo-przemysłowy ma od 100 lat bardzo poważny rozmiar i wielkie osiągnięcia. Oczywiście, często są to fenomenalne osiągnięcia w temacie fakapów technicznych czy organizacyjnych - duży gracz, duże wyniki! Oraz nie zapominajmy o głównej "przyczynie" amerykańskich spierdolin - o wyczynach nawet z UK czy Francji, o Rosji czy innych Chinach nie mówiąc, wiemy 10x mniej i/lub 3x później, Amerykanie piorą swoje brudy nieco bardziej publicznie.
Niestety, amerykański przykład w cyklu "przetoka", zacnie spatynowany i "na bogato"; taki, który jest bardzo poważnym kandydatem na Statek Matkę Wszechspierdolin Flot Wojennych, się pisze i pisze i nie opisał nadal. Ale że mi się przy okazji poprzypominały różności, poratuję bloga notką amerykańsko-zastępczą o znacznie nowszych problemikach, i może ciekawszych dla ludzi normalnych a nie tylko maniaków 100 letnich okrętów.
Bo skądinąd miałem takie hobby przez dekady, zbierałem co soczystsze fakapy US Navy ale też np. NASA, żeby sobie poprawić humor przemysłowym Schadenfreude, tj. "skoro w "firmie" z miliardowymi zasobami satelita za 100M$ niechcący przewrócił im się na montażu i rozp... w drobny mak, to czemu się przejmujemy, że kawałek maszyny właśnie nam się upier..".
Dygresja - kopalnią wiedzy o nowszych fakapach technicznych US Navy były erraty do podręczników użytkowania sprzętu i wyposażenia (fieldmanual, dalej FM). Nie pamiętam czy udało mi się ustalić, jakim cudem te 15 czy 20 lat temu często łatwiej było wykopać w sieci (także - przed epoką gugla) odtajnione poprawki do FM niż same FM, ale tak właśnie było. Tj. kiedy szukało się podręcznika programowania pocisku Tomahawk czy podręcznika obsługi radaru czy sonaru, teoretycznie już starego i odtajnionego, często nie dało się go znaleźć (albo - jednak nie był zupełnie odtajniony...) a poprawki - i owszem, z trudem, ale się wykopywało... Może miały inną klasę tajności, bo wychodzili z założenia, że strona A4 pełna mambo-dżambo i akronimów i tak nikomu się nie przyda bez właściwego fieldmanuala? No ale jeśli ja, z jakimś doświadczeniem przemysłowym i wiedzą w temacie, potrafiłem wyczytać wprost i między wierszami tyle, żeby obśmiać się jak norka, to Rosjanie czy Chińczycy też się śmieli... Na marginesie - dużo ciekawego towaru wyciekało przez współpracujące z wojskiem uczelnie...
1. Amerykanie kochają kuchenki mikrofalowe

Krążowniki rakietowe z lat '80 typu
Ticonderoga dostały bardzo wypasione systemy radarowe i komputerowe, razem z bronią tworzące zintegrowany system walki Aegis Combat System. Sercem systemów nadzoru przestrzeni powietrznej i przeciwlotniczych był radar AN/SPY-1A, z antenami "ścianowymi" z sterowaniem fazą wiązki (a raczej - wiązek) radarowych, w paśmie paru GHz. To są te 4 słynne "billboardy" czy "stoły" widoczne na nadbudówkach - matryce tysięcy elementów elektronicznych i mikrofalowych zabudowanych w każdą "płytę", plus całe szafy analogowego i cyfrowego sprzętu od zaplecza, plus niebagatelne zasilanie (rzędu 6MW...) tworzą wielowiązkowy radar
o syntetycznej aperturze "fazowy", tj. "stół", w przeciwieństwie do prostszych popularnych radarów (jak te które można zobaczyć kręcące się przy lotniskach czy na statkach i które obracają się skanując przestrzeń 3D, wysyłając kierunkowo wąską wiązkę), nie ma wyróżnionego kierunku wiązki, tylko "sztucznie" wysyła falę pod dowolnym kątem, modulując fazowo (ekstremalnie szybko...) jej "czoło". Bonusowo, wysyła (przełącza) wiele wiązek na raz, pierwotnie IIRC kilkadziesiąt, obecnie pewnie setki.
Trafiłem kiedyś na kryptyczną poprawkę FM procedur testów radaru AN/SPY-1A, pełną wrednych akronimów i odwołań do innych instrukcji i opisów, ustalającą, że w trybach X, Y, Z oraz CHGW, przy takich a takich testach w porcie, zakazuje się do odwołania używania nastaw BIM, BAM oraz BOM, a kąty wiązek muszą ręcznie zostać ustawione na większe niż 80 stopni (oczywiście nie pamiętam po latach szczegółów).
Niby niewiele, ale zacząłem drążyć o jakie tryby chodzi, i czemu akurat 80 stopni? Ale naprawdę rozjaśniło mi się dopiero, kiedy zwróciłem uwagę na słowo kluczowe "W PORCIE".
Otóż wniosek z tego papierka był taki - różne testy AN/SPY-1A odpalały megawatowy radar (ok, na pojedynczej wiązce "tylko" rzędu setek kW) gdzie dusza operatorów i ich komputerów zapragnie, w różnych trybach itd. Co ma dobry sens techniczno-militarny. Ale niekoniecznie ma dobry sens, że tak powiem, społeczno-zdrowotny W PORCIE. Bo wiecie, trafienie delikatniejszego sprzętu czy tkanek przez GHz wiązki o mocy setek kW - to niezdrowe... a bieda z radarami fazowymi jest taka, że dawniej, to człowiek widział przynajmniej gdzie jest skierowana antena i czy w ogóle się rusza, więc można było przynajmniej spierd... w podskokach. Przy "bilboardzie" na Ticonderoga itp. nic się nie rusza, nic nie wskazuje, że w ogóle radar pracuje i gdzie sieje, co najwyżej antena się grzeje - tylko, że zaraz mogą się komuś w okolicy plomby w zębach zagrzać czy jakiś ważny sprzęt elektroniczny zgłupieć...
Ciekawe jaka konkretnie akcja czy akcje stały za tą poprawką, co nie (bo "za każdym znakiem zakazu kryje się jakaś historia"). Oraz rozwiązanie problemu było w miarę proste - żeby nieco przetestować "syntetyczny" radar, nie trzeba nim "machać" we wszystkie strony, wystarczy w stożku w zenit. A full testy to może jednak gdzieś na morzu, dalej od domu i zagrody...
2. A ja lecę i lecę, i lecę...
Trafiłem na erratę FM obsługi pionowych wyrzutni rakiet jak na zmodernizowanych krążownikach
Ticonderoga jw., czy niszczycielach
Arleigh Burke itp. Wyrzutnie starszej wersji systemu (Mark 41 Vertical Lauch System) to te pola pełne pokrywek, na dziobie i rufie okrętów. Taka "katiusza", tylko strzelająca pionowo w górę najróżniejszymi bardzo wypasionymi rakietami, które same wychodzą na odpowiedni kurs, w przeciwieństwie do dawnych ruchomych wyrzutni z belkami czy ramionami, które pobierały pociski spod pokładu itp. i ustawiały się i strzelały mniej więcej w kierunku celu.

Starszy VLS złożony był ze sporych modułów-kaset, 2x4 komory z pociskami; kasety zestawia się w wyrzutnie wg. projektu (miejsca, wyporności, zadań okrętu). W każdej kasecie były pociski jednego typu - VLS obsługuje pociski paru rodzajów, przeznaczone do najróżniejszych zadań (to jest jedna z większych zalet, że zamiast 5 różnych wyrzutni i magazynów jest jeden VLS), ale "rozdzielczość" rozsądnie ustalono na "dana kaseta jest przypisana do jednego systemu walki". Bo i komputerom i ludziom jest to nieco łatwiej ogarnąć, że mamy np. 8 kaset - w 4 ostre rakiety plot, w 2 pociski manewrujące, w 1 rakieto-torpedy (tj. rakiety przenoszące torpedę przeciw okrętom podwodnym na dalszy dystans), i powiedzmy jedną pustą no i 5 pocisków ćwiczebnych w spec-kasecie, w której jest składany dźwig (było takie cudo). A z tych 8 kaset powiedzmy nr 2 upie... się kabelek i obrażona nie gada z komputerami okrętu, a w nr 5 właśnie grzebie starszy bezpiecznikowy Billy Bob. A na rufie mamy drugi podobny zestaw 8 kaset po 8 komór (minus dźwig), tylko inaczej załadowany i inaczej popsuty.
Jak widać, jest czym się bawić. Żeby zabawy przy samych wyrzutniach były nieco bezpieczniejsze, każdy moduł miał "wyłącznik serwisowy", żeby Billy Bob mógł, jak rasowy elektryk, wyłączyć dany moduł do prac przy nim, nie wyłączając całej wyrzutni, czyli połowy siły rażenia krążownika; bo to jednak okręt i może jakaś wojna jest. Żeby operatorzy czy systemy odpalające rakiety wiedziały, które moduły są dostępne, wyłączenie przez Billy Boba kasety dawało informacje zwrotne do systemów, że np. Standardy z nr 5 na dziobowej są niedostępne, i niech se Aegis odpali jakieś inne, jeśli musi (pewnie najzdrowiej, żeby z jakiejś dalszej od dzielnego Billy Boba). Taki "wyłącznik bezpieczeństwa" modułu wyobrażałem sobie jak podobne rozwiązania przemysłowe, czyli dość pancerny i być może redundantny (podwójne styki i takie tam), pomnożony przez okrętowość, pomnożony przez amerykańskość, więc fizycznie coś klasy hebla od starej maszyny poniemieckiej raczej, niż włącznika od lampki.
Dla ustalenia uwagi - pamiętamy, że dana kaseta na pozycji nr 5 mogła mieć wczoraj rakiety plot Standard, nadzorowane i używane przez serce systemu Aegis, dzisiaj rakietotorpedy ASROC, obsługiwane przez podsystem przeciwpodwodny, a jutro mogą być w niej pociski manewrujące Tomahawk, jeszcze inaczej kontrolowane i odpalane. Elastyczność i modułowość piękna rzecz.
Jeśli się ją ogarnia... Z poprawki do FM wynikało, że jednak nie. A fakap był, że tak powiem, dwupoziomowy. Po pierwsze, wynikało z erraty, że wyłącznik i procedury są tiptop, ALE jeśli dana kaseta NIE JEST zadeklarowana w systemie jako przeciwpodwodna ASROC. Bo jeśli jest jako ASROC, to wyłącznik niekoniecznie działa i kaseta może się aktywować. W domyśle, jeśli są w niej rakietotorpedy, to system może ich próbować użyć... (BTW z ASROC jest też problem "dystrybucji" że nikt ich nie wozi setkami jak plot, tylko jedna-dwie kasety, więc system może "nie mieć wyboru"). Czyli, że do prac przy takiej kasecie trzeba nie tylko zgodnie z wypasionymi procedurami strzelić wyłącznikiem (i pewnie zabezpieczyć go jakoś, kłódki są zacne), ale też zabezpieczyć i wyłączyć systemy kierowania ogniem (o ile pamiętam nie było to trywialne, bo ASROC leci głównie balistycznie, więc kontrola była podzielona między centralę przeciwpodwodną, Aegis i VLS oraz komputery systemu artyleryjskiego, normalnie strzelające z dział 127mm).
Sprawa od razu wydała mi się śmierdząca, bo jakże to tak, zylion systemów za setki M$ i że niby PRAWIE wszystkie dostają funkcję bezpieczeństwa od "wejście" na wyrzutni, ale jeden nie? I w ogóle, skoro wyłącznik i tak wyłącza wyrzutnię, to niby jak to działa i po co te zabawy w rozbrajanie systemu przeciwpodwodnego?
Oczywiście, okazało się, że solidy wyłącznik bezpieczeństwa przy module VLS nic tak naprawdę nie wyłącza, tylko daje informację do systemów "bardzo ładnie proszę nie używać kasety nr 5". A podsystem przeciwpodwodny na skutek poplątania jego części w kłębuszek, potrafi w jakichś tam trybach i okolicznościach przyrody tę grzeczną prośbę zignorować.
Ciekawe, w jaki sposób marynarze czy mechanicy odkryli, że jest fakap, bo jacyś projektanci czy konstruktorzy mieli nagły przypływ gówna do mózgu i zrobili wyłączniki bezpieczeństwa "programowo" - po czym zagęścili kał dla skomplikowanego sterowania ASROC... Mam nadzieję, że była to akcja, że ktoś se grzebał w "zabezpieczonym" module z rakietotorpedami i nagle prąd go lekko kopnął, choć miało prądu nie być; albo, że moduł nagle się ocknął niczym HAL z "Odysei.." i zaczął wykonywać diagnostykę (bodaj co dwie godziny) - a nie, że ktoś nagle wyleciał na sporej rakiecie do nieba.