Na filozoficznym
blogu Utilitymon (z rolki obok) ukazała się
notka nt. dowodzenia nieistnienia i dlaczego popularne stwierdzenia "dowodzenie nieistnienia tego i owego jest bez sensu, nielogiczne, niewłaściwe, itd" same nie do końca są logiczne i sensowne (skądinąd ma być część druga, pewnie równie ciekawa, ale nie strzymam i w ogóle zapomnę o co mi chodzi, stąd moja niniejsza notka).
Po czym nastąpiła w miarę sensowna i ogarnięta dyskusja w komentarzach (poleca się), głównie między autorem bloga, zawodowym filozofem a komentatorem o pseudonimie Gammon No.82, zawodowym specjalistą prawa (skądinąd znajomym). Z jednej strony przyjemnie popatrzeć, z kolą i popkornem najlepiej, jak mądrzy ludzie się spierają o rzeczy istotne i głębokie, bo jednak to nieczęste w tych XXIw. internetsach; no ale z drugiej strony, parę razy musiałem przetrzeć oczęta ze zdumienia i poszukać szczęki pod stołem, na takie, hm, nietrafienie czy nieporozumienie czy może szereg nieporozumień, w dyskutowanej notce i komentarzach. A może po prostu nie kumam, o co chodzi.
Może zacznę od przypomnienia rzeczy trywialnych i znanych, wręcz zapoznanych, które wydają mi się oczywiste (i o których pisałem parę razy pod tagiem "namysł"), ale w wypowiedziach i rozmowach, nawet kumatych zawodowców, nader często nie występują.
Primo - "mapa to nie terytorium". Ja wiem, że ten aforyzm się opatrzył jak slogan reklamowy cocacoli czy makdonalda, ale nie zmienia to faktu, że Korzybski miał 100% racji, nie tylko w tym aforyzmie, ale i w paru innych kwestiach też. Zresztą, na moje oko, zapożyczył się u Wittgensteina. Albo i u Ockhama. Albo i u innych nominalistów.
Z mojego punktu widzenia, mieszczącego się gdzieś między średnim konceptualizmem a twardym nominalizmem (zależnie od fazy księżyca i poziomu cukru chyba?), naprawdę trudno pojąć, że ktokolwiek, uprawiający i dyskutujący coś na kształt filozofii w XX czy XXIw. puszcza się poręczy i leci jak pijany przez wieki, od platonizmu przez realizm po aplikację, jak kafarem, identycznych predykatów i logiki, do obiektów empirycznych i językowych, wypierając totalnie, że język ("mapa") to nie świat ("terytorium").
Kiedy widzę te gładkie przejście w rozmowie o istnieniu kamieni czy Boga do "w klasycznej logice każde twierdzenie pozytywne jest jednocześnie twierdzeniem negatywnym (p ≡ ¬¬p)" nie wiem czy śmiać się czy płakać. Kiedy widzę, że dwóch kumatych ludzi nie widzi jak wielopoziomowo poplątali się w ekwiwokacji słówka "istnieje", mam podobnie.
Kamienie, stoły, elektrony, księżyce, nasze ciała, inni ludzie, nawet ich działania i reakcje,
istnieją w zupełnie innym sensie niż
jakiekolwiek obiekty języka - nie tylko nazwy (więc nie tylko filozoficzny realizm jest do bani) czy idee (Platon - won do jaskini!), ale też predykaty i ich relacje, i cała mniej czy bardziej klasyczna logika (używać z najwyższą ostrożnością!). (BTW to, zdaje się, było stanowisko Gammona w komentarzach, tylko nie za bardzo dotarło do T.Heroka)
To, że możemy se rozważać
językowe zabawy ontologiczne, te "gry" Wittgensteina, czy "mapy" Korzybskiego, zupełnie dowolnie absurdalne, nie znaczy, że mają one jakikolwiek sens w świecie, którego, niestety, podstawą jest nasza naiwna "kantowska" empiria - trójwymiarowa przestrzeń, intersubiektywny czas, podstawowe emocje i namysły, itd itp. Pewnie, że to prostackie i trywialne, i nie w smak filozofom, ale z tego, że ktoś jak Kartezjusz się nadmie i obrazi na empirię, i z głębi fotela se uprawia epistemologie dowolne i dowolne filozofie umysłu, nie zmieni, póki co, naszej kondycji.
Dlatego nie wolno mylić "istnienia" pojęć i "istnienia" ich desygnatów i "istnienia" konkretnych obiektów empirycznych, itd itp. Oczywiście, to jest wstęp do logik niearystotelesowskich (Korzybski znowu?), na które przeciętni ludzie i filozofowie reagują raczej alergicznie, ale nie ma wyjścia - gdyż jeśli ktoś się upiera i twierdzi, że na jedno wychodzi, i że podwójnie zanegowany kamień, to jest to samo co kamień, no bo klasyczna logika tak mówi, i nie ważne, że jedyne co (chyba?) nie jest tu sporne, to operator negacji; bo zarówno "kamień" jak i "istnieje" występują tu w najróżniejszych znaczeniach i ich odcieniach, to co mi pozostaje poza zwątpieniem w inteligencję osoby tak wypowiadającej się?
Wracając na skróty do problemu "udowadniania nieistnienia" - pewnie, że można udowadniać nieistnienie zyliona (dokładniej - nieskończonej ilości) konstruktów i obiektów językowych, tych wszystkich czterokątnych trójkątów czy rodzeństwa nie mającego braci ani sióstr, czy Ludwików XXXV czy wszechmocnych bogów podnoszących nieskończenie ciężkie kamienie. Bo na tym, skądinąd, polega dobrze wykształcony język, w tym - logiki (w następnym rzucie - matematyki), że pozwala nam na takie rozważania, nie ważne jak bardzo paradoksalne czy bezsensowne
w świecie.
Ale z tego nie wynika, że te same zasady wolno rozumnie stosować do cegłówek czy nawet trupów w szafie czy nawet solidnie zdefiniowanych piłkarzy Cracovii. Bo nieistnienie cegłówki na mojej klawiaturze w tej chwili udowadnia się "fizykalnie, kauzalnie i namacalnie" a nie logiczno-epistemologiczno-ontologicznie (i z potrójnym zaprzeczeniem cegłówki, na deser). Podobnie z trupem w mojej szafie, aczkolwiek już tu zaczyna zacierać się granica miedzy "istnieniem" a istnieniem, gdyż można by udowadniać jego nieistnienie dedukcyjnie i sylogistycznie - bo nie posiadamy szafy. A przy norweskim piłkarzu Cracovii to już można spokojnie puścić się poręczy, i stosować dowolnie fikuśne indukcje i definicje definicji, i upajać się dyskusją w trupa (nie tego z szafy, uwaga na nisko przelatujące desygnaty), przez dekady albo i wieki całe. Nie wierzycie? Pro tip: wystarczy zamienić "norweskiego" na "żydowskiego".
Tylko - po co? Przypominam, "mapa to nie terytorium". To że małpom, którym ewolucja "podarowała" język, tak się on spodobał i rzucił na rozumek, że je wręcz opętał, ba, często kieruje nimi, nie wynika jeszcze, że należy uważać to za stan pożądany czy wyższej mądrości i wyciągać z
języka te najróżniejsze wnioski co do
świata.