Dziwnie się składa i coś wisi w powietrzu, bo kiedy
WO wyskoczył z niebyciem cool przy pomocy Mike'a Oldfield'a, ja też jakoś tydzień temu miałem fazę na MO, na zasadzie "no dobra, omijam od paru lat szerokim łukiem na dysku "Amarok" i "Music of the Spheres", trzeba w końcu zacisnąć zęby i sprawdzić jak to się wciąga po latach". I nie było bardzo źle, tylko trochę. A cierpienie przy niektórych co gorszych pomysłach Oldfield'a wyrównała mi radość z odnalezienia po latach
uroczego utworu, którego pochodzenie zapomniałem i właśnie się odnalazł.
Ale ja nie o tym dzisiaj, bo miałem dawno napisać o kimś innym, tyle, że poczucie obciachu mi nie pozwalało - ale skoro mamy czas comingoutów tudzież licytację komu się wapno #po40 bardziej zlasowało, to się przyznam, kogo czasem słucham. Czyli, tada, Billy Idol.
Sam nie wierzę, że to napisałem.
Gdyż do tego rodzaju pop-rocka, jak prezentowany przez "zbuntowanego" post-punkowego Billa, na ogół tak mi po drodze, jak do diesla kombi z bagażnikiem dachowym. Ale jednak, nie wiem, czy kawałki Idol'a są nieco lepsze niż przeciętne z tamtych lat; czy mają ciekawsze teksty, lepszą aranżację, czy może coś jeszcze innego - faktem jest, że zawsze gdzieś po dyskach i odtwarzaczach snuje mi się rip jego płytki the best of i potrafię słuchać "Shock to the System" czy "Rebel Yell" czy "White Wedding" ze sporą przyjemnością. Najpewniej, to po prostu nostalgia za czasem, kiedy człek był młody, Idol też, a jego muza i teledyski wydawały się superos.
A jeśli komuś się to wydaje dziadkowo-omszałe, uncool i śmieszne, zapewniam, że to dopiero połowa problemu - gdyż prawdziwy obciach do kwadratu, to mój ulubiony kawałek Idol'a, bo jest to cover Simple Minds... I np. jak mi go dziś rano wrzucił samochód, tak jakoś ze trzy razy cofałem odtwarzacz, i leciałem szkocką autostradą, mrucząc "la-lalala-lalala-la-la-lala-la-lalala-la-la"