Ostatnimi czasy przerzuciłem się, szczególniej w samochodzie, na nieco ostrzejsze kawałki; na mojej skali, oczywiście. Miewam tak falami o okresie miesięcy a nawet lat - czasem ciągnie mnie do wolnej elektroniki, etno, folku, a w innej fazie do twardszego industriala, agresywniejszego techno czy synthu, a nawet, gasp, w okolice metalu. W szczególe, jednym z filarów mojej ostrzejszej muzy pozostaje od wielu lat Rammstein.
Żeby było od razu jasne - show jaki serwują, te wszystkie wygłupy i ekscesy mam za popierdółki i mnie nie zwilżają; a nawet - nieco mi szkoda, że tracą na to czas i energię. No ale pewnie za to im płacą, więc w sumie, co mi do tego, jak zarabiają na coś do chlebusia. Jak powiedział kiedyś chyba Lindemann (frontman) - Rammstein chce przesuwać granice, i nic nie poradzi na to, że niektórzy nie lubią, gdy granice są przesuwane - na co powiedziałbym "a przesuwajta se co chceta i gdzie chceta, mam to gdzieś".
Natomiast muzy, tekstów, specyficznego poczucia humoru i paru teledysków nie oddam bez walki.
Wpadliśmy na nich jakoś względnie późno, nie kiedy włazili i mościli się na szczytach, ale dopiero około 2000r gdy z telewizorni wylazło świetne promo płytki "Mutter", czyli klip "Sonne"
Spodobało się. Bardzo.
A potem poszło z górki, z każdej płytki mniej więcej połowę mogę słuchać na okrągło, kiedy mam ostrzejszą fazę; a drugą połowę okazyjnie.
Z ciekawostek - kolega złapał gumę, używając mojego służbowego jeepa, ale że mu się nie chciało czy nie miał czasu załatwić, przerzucił sprawę łatania oponki na młodzież z warsztatu (bo w firmie mamy warsztat elektryczno-montażowy). Młodzież w osobie A. załatała moje koło i oddając kluczyki, pogratulowała muzy w samochodzie (bo na dysku w służbówce leży chyba jakieś 80% dyskografii Rammstein). Więc se to omówiliśmy i tak oto pointegrowałem się na tle zamiłowań muzycznych ze szkockimi ziomami w wieku moich dzieci.
A niniejszy kawałek chyba powinien być nieoficjalnym hymnem tej części bloga poświęconej czterem kółkom i szrotwagenom.