Mam jednak znaczny sentyment do tego wysypu japońszczyzny, jaki trafił średnio i wysokobudżetowe kino około 10 lat temu. Może dlatego, że nie była to trywialna "japońszczyzna wprost", ale już znacznie pomo i zakręcona, za to nakręcona z pasją. "Kill Bill", "Lost in Translation", "Last Samurai", "Zatoichi", nawet "Matrixy" i "Animatrix", itp. - no był niezły wysyp całkiem niezłych rzeczy.
Nie mówię, że wszystko mi się podoba z tamtego okresu, ale jednak jest na co popatrzeć i o czym pomyśleć.
To ja może obejrzę sobie teraz "Kill Bill 2", a wy pomyślcie. Szczególniej - czy nadciągający "47 roninów" będzie choć w przybliżeniu tak zacny jak powyższy wysyp.