Jest coś niesamowicie smutnego w tym, jak nowe formy komunikacji i nowa infrastruktura jest zawłaszczana przez stare zjawiska, np. marketingu, co objawia się na przykład jako
"Jest coś niesamowicie przywiązującego w serwisach crowdfundingowych."
Bo przecież w istocie żebranie za funduszami w crowdfundingu nie zmieniło się wiele od żebrania za funduszami na ulicy 100 lat temu, tylko ulica jest wirtualna i większa.
A co się zmieniło? Marketing stojący za przywiązaniem darczyńcy jw. (bo nie wrzucił anonimowego funta do nieznajomego kapelutka, tylko dający się prześledzić funt - więc nieznajomej-znajomej, bo w sieci wszyscy myślą, że się znają, i jest ślad kto komu i na co wrzuca funta), za poczuciem przynależności do Grupy Fanów Fundującej Płytę, za impaktem w rozpowszechnianiu, wygenerowanym przez sam fakt ogłoszenia czegoś na crowdzie, plus info szeptane, plus odbicia w innych mediach.
Bo przecież nie idzie tu o fundusze na wydanie płyty indie, przecież na to wystarczy sprzedać samochód, nawet jeśli to Mini, czy odłożyć/pożyczyć tu czy tam parę groszy - idzie o zbyt, o rozgłos, o rozpowszechnianie, o tysiące, dziesiątki tysięcy lajków i klientów, o rynek. Więc o marketing.
A to mnie smuci, jako zataczanie koła do XIXw ogłoszeń gazetowych o zbiórkach na zbożny cel, czy podobnych ogranych chwytów. Pewnie głupi jestem, że po nowych mediach i po nowych czasach spodziewałem się czegoś innego i nowego - przecie ustrój i ludzie są tacy sami jak w XIXw...
Skądinąd płyta będąca pretekstem do notki niezgorsza, normalny poziom Ladytron/Marnie, z paroma perełkami, jak "Hunter".
Więc dobrze, że powstała, ale nie wiem, czy w najszczęśliwszy sposób - bo jeśli trzymać się analogii crowdfundingu z XIXw. ogłoszeniem gazetowym o zbiórce na sierotę, to może i gazetę skutecznie i ciekawie zastąpił net, ale zamiast kółka rotariańskiego zbierającego kasę na biednych dobrych muzyków jest teraz obłożona copyrajtami, licencjami, managerami, prawnikami i pijarem firma PledgeMusic.com Limited.