Mam jakiś niewytłumaczalny sentyment do aktorów trzeciego planu, no dobra, czasem może drugiego, drugiego i pół. Zresztą, niejeden aktor posunął się w latach - również do przodu sceny. Ale przeważnie są to małe rólki, nikłe postacie, często pojedyncze sceny, albo kilka małych scenek w całym filmie. A i tak niektórych wielbię i szanuję.
Na przykład zawsze z sympatią oglądam
Annę Levine / Thomson; i nie w jej dużych rolach, w "Sue" itp. ale jej Delilah w "Unforgiven" czy Francine w "Bad Boys".
Albo fenomenalny Joe Pantoliano, też w "Bad Boys", w "Ściganym", w "Matrixie" - oczywiście również na bliższych planach jest świetny (memento "Memento"!), ale jego kapitan Howard czy Cypher czy nawet zastępca Renfro to przecież są perełki.
Albo Gość Grający Zwariowanych Badgajów, czyli
Kim Coates, który wpadł, nie tylko mnie zresztą, w oko po raz pierwszy w "Last Boy Scout", gdzie lał Bruca (do czasu), ale również grał i lał Kostnera w "Waterworld" (oczywiście - do czasu), i w ogóle badgai od Miami Vice (serialu!) po dziś dzień, i nadal często nawet nie wymieniony w napisach, "uncredited" (jak w "Bad Boys"). Choć zawsze fajny.
I zylion innych - i ci ktorzy się wybili (jak Pantoliano albo np. Gandolfini), i ci którzy po setce filmów nadal grają rólki na trzecim planie.
Sam nie wiem - szanuję chyba ich wszystkich za solidne rzemiosło po prostu. A może jednak za mistrzostwo? bo mając 30s czasu ekranu potrafią dostarczyć, czego czasem nie udaje się aktorom mającym 30min.
(Notkę sponsorują, oczywiście, "Bad Boys")