Czasem nie rozumiem, po co są pieniądze. Nie w sensie naszych malutkich wypłat czy na życie, czy nawet na dom czy samochód, ale w sensie wielkiego kapitału, który należy obowiązkowo uczynić jeszcze większym. No bo po co komu tony dularów czy innych dukatów. Przecież tego nie da się zjeść, przepić, sensownie przepuścić, można tylko znowu inwestować w jakieś przedsięwzięcia, żeby dostać dziesiątki ton dularów. I tak bez końca. To nudne.
Bo przecież ważniejsze jest to, czego nie da się kupić.
Ale wtedy przypomina mi się taka niewesoła historyjka - rodzina Wittgensteinów (tych od filozofa Ludwika) była jedną z najbogatszych w Europie na początku XXw. Po ustawach norymberskich pokolenie Ludwika wpadało w kategorię Żydów ze wszystkimi konsekwencjami (bo troje dziadków Żydów). Rodzina, nie bez podziałów i zamieszania, zagrała w ryzykowną grę i wynegocjowała z najwyższymi władzami Rzeszy przyznanie statusu
Mischling (czyli jak z najwyżej dwójką dziadków-Żydów; "mieszańcy" żyli z różnymi szykanami, ale nie z wyrokiem) - żeby pojąć dobrze: dostali ten status osobistą decyzją Hitlera parę dni przed wojną z Polską; Hitler miał zajoba na tym punkcie i sam zatwierdzał decyzje, w 1939 na około 2100 aplikacji zatwierdził 12...
Zdaje się, że Wittgensteinowie po prostu kupili sobie nowe życie w III Rzeszy, za górę szmalu, niektórzy wspominają o półtorej tony złota.
Więc może jednak wszystko da się kupić.
A może lepiej o tym za wiele nie myśleć, bo można kurwicy dostać.