Chciałem wystawić świadectwo Rzeczywistości za ostatnie parę dni urlopowo-weekendowych: 5+. Aż strach się bać, jak ślicznie się wszystko toczy, pełznie, odbywa, posuwa, obraca i dokonuje. Te pół stopnia w dół to tylko tak, za rachunki do zapłacenia i za jakieś tam zmartwienia czy scysje, ale raczej drobiażdżki. No i za obżarstwo (orzeszki "na ostro" to zło...). Poza tym, lodzio-miodzio.
W piątek na przykład udało mi się wykonać dawno zaległe ocieplenie stropu garażu - ale nie, nie dlatego zostałem bohaterem w swoim domu, i nie w tym point, że ułożyłem te parę rolek wełny, bo to jest łatwe; bardziej w tym, że udało mi się wytaszczyć z tego kawałka strychu złoże raczej nieporęcznych rzeczy, włożonych tam kiedyś, zanim zrobiłem strop... tak, też się z tej głupoty śmieję; ale wiecie rozumiecie, 3-4m deski czy drabinę łatwo jest wrzucić na belki jak w stodole, jednak wyjąć je przez więźbę kratową na łączeniu połaci (zgęszczona...) wkoło jakiegoś pieprzonego komina to co innego i jest to herkulesowa robótka. No ale prawie się udało; jedna rzecz, wstyd powiedzieć jaka, została nad garażem, jest z nią jak z kanapą w "Holistycznej agencji detektywistycznej" - bez fundamentalnej przebudowy struktury stropu, dachu lub więźby, nie da się jej obrotami i przesunięciami w normalnym trójwymiarze wyjąć znad garażu... Co istotniejsze, wyszedłem z wyciągania gratów i czołgania się po wirtualnym stropie (bo podwieszany i chodzić/pełzać można tylko po belkach, a na "końcach" dach schodzi prawie do styku ze stropem, i też trzeba tam wełnę wczołgać) praktycznie bez obrażeń - na budowie domu takie zabawy kosztowały mnie kontuzję kolana, nadgarstków, pleców i wogle, a teraz jakoś prawie bezboleśnie, minus łapki zmęczone i opuchnięte, musi odwykłe od roboty. Może to zasługa profilaktycznych prochów na stawy, branych od jakiegoś czasu, może uwaga i wprawa, kto to wie.
Sobota rekonwalescencja, w pogodzie przecudnej, więc pretekst by jeszcze raz przed zimą wyciągnąć
"blureja"
zrobić ziuuut do kościółka przy placu Szwedzkim w Jankach, pospacerować, pośmiać się i poszopić z kobietą mego życia. I trafić na dupowóz kolegi, jedno z najładniejszych, ostatnich takich Scorpio mk1 w PL, który chyba poznał nasze camaro i specjalnie stanął obok, ale zmył się gdzieś, więc dostał tylko kartkę za szybę, i nie, nie było to "kupię każde auto, rozbite, stare, zepsute - twoje też", tylko z pozdrowieniami (i drobną uwagą co ma naprawić ;) ). Tudzież IKEA zdobyła kolejne +3 do fajności, dostarczając nadal zasilacze do lampek biurkowych-halogenów sprzed 10 lat. I dzionek był taki superos, że nawet wielka hałda ćwoków i debili za kierownicą, w drodze powrotnej na "gierkówce", nie zepsuła mi humoru.
(A w międzyczasie pogrywać zacząłem w Crysisa 1 od początku, tylko na najtrudniejszym poziomie "delta" - gra zyskała 50% miodności, 100% trudności, i jest nadal fajna. I dużo dobrej muzy w koło, w końcu, bo tv już wyłączona.)
A dzisiaj, chyba ostatni planowany serwis przed zimą - wymiana oleju
w UFO; wyjątkowo przyjemna, bo i pogoda zachęcająca, i filtr oleju jakoś wyjątkowo łatwo się odkręcił, i w ogóle lajcik. Chyba najfajniejsze jak wylazłem spod scorpio, kumacie, syfny roboczy polar i dres, postura i morda troglodyty, pełen zen i miłości do świata, i zaczynam nalewać olej, a tu mi się ładuje pod nogi (nie mamy ogrodzenia czy innych takich głupot) jakaś grupka/rodzina leśnych spacerowiczów - w pierwszej chwili myślę se "ło kurde, aż tu z pochodem niepodległościowym doszli??" ale zaraz okazało się, że to tylko Świadkowie, którzy zbłądzili. W sensie, do lasu zbłądzili. Trochę zasłonili się na początek dzieckiem, co mnie deczko zmroziło, no ale strategia w sumie zrozumiała po lasach i wiochach, i przy burakach jak ja - małej dziewczynce może jeszcze nikt nie dać w mordę dać. Ale zaraz zeszliśmy z klasyki misyjnej, i recytacji i dziwnych pytań z podręcznika świadkowania, na mniej poważnie kwestie, typu "czy Bóg istnieje"; a jak już skończyłem lać, olej też, i zaczęliśmy dawać obustronne świadectwa swoich wyznań, zrobiło się zupełnie zabawnie ("czyli pan jest ateistą???" - "raczej agnostykiem z religii nieteistycznych" - "eee?" - "buddysta" - (tu spojrzenia z gatunku "o żesz fak, ale trafiliśmy, na jeszcze większego pojeba niż my")), no a potem już było z górki w kwestii piękna świata i bożych planów. I mam tylko pewne obawy czy przypadkiem nie podkopałem w nich wiary, chociaż jak V6 kocham, starałem się nie być misyjny i nie dokuczać (to sobie zarezerwuję na następne razy, jeśli nie odhaczą sobie adresu jako "omijać szerokim łukiem" i nadal będą chodzić z dzieciakiem; Murakami "1Q84" mnie zmienił w tym względzie) - poszli jacyś zgaszeni i zmartwieni, zapomnieli mi wcisnąć gazetki i w ogóle. Cóż, sami się pchali, a co się pobawiłem, to moje.
I tak dalej, i tak dalej, przejechałem się po lesie dawno nie odpalanym vanem (jaki fajny! nie oddam go bez walki...); zupa rybna była dosko, gratulacje żono, sernik wczorajszy też; skończył się właśnie Guano Apes, zaczyna stary Seal; pewnie wrzucę Red Dwarfa podjudzony
przez najsłuszniejszego MRW, a może jeszcze podłubię w garażu, a może w elektronice, a może pogram sobie, a może porobię coś z rodziną.
Nawet perspektywa jutrzejszego skoku na główkę w robotę nie wygląda bardzo źle. Jeszcze.
A najciekawsze, że już nie wiem, czy życie klawe jak cholera jest, czy wydaje się. Co może zilustruję adekwatną przypowiastką z "Bezbramnej bramy":
Mnisi spierali się o flagę łopocącą na wietrze. "To flaga się rusza" mówił jeden, "Nie, to wiatr się rusza" mówił drugi. Usłyszał ich przechodzący opat i uśmiechnął się "ani flaga, ani wiatr - to umysł się porusza".
Amen.