Logo
"Labirynt" tom 1 (2022)

Moja powieść SF z okazji 100-lecia urodzin S.Lema
Labirynt 1
"Lekkość" (2025)

Moja powieść techno-fantasy
(tom 2 cyklu "Urocza)"
Urocza 2 - Lekkość

Ostatnie wpisy:


Ostatnie komentarze:

rozie - Wgląd w błąd - Lem (5)
Wed, 28 Oct 2026 22:42
14g jest jeszcze do przyjęcia, szczególnie w warunkach...

Codiac - Muza (63) - AltCeltic
Sat, 24 Oct 2026 15:10
Jak już dawno ustaliliśmy, nasze gusta muzyczne nieźle...

JoP332 - AI ślurp (1)
Tue, 20 Oct 2026 10:41
Branża literacka to już zombie, które się toczy siłą...

Boni - AI ślurp (1)
Mon, 19 Oct 2026 16:27
Och, to drobiazg :/ bo jednak LLMy i tłumaczenia to dosyć...

JoP332 - AI ślurp (1)
Mon, 19 Oct 2026 15:43
@„ Jest taniej, szybciej, ch...jowiej” To, co się w...

Boni - Muza (63) - AltCeltic
Mon, 19 Oct 2026 08:49
@Greg Spoko kawałek, ale ja bym go nie dodał, bo go...


Tagi:

Alba DIY Hellas MotH Vorin bibliotheca blogorg film fun geannaire gogika hejt kwestia-ceny labirynt lemiana lewałki marynata mitogogika motocyk muza namysł nazakupy nieznośna nostalgia okolice pieczarki prawałki przemysł rapiery redukcja striptyz sumo szort szrot triptrop unrealpolitik urocza varia wydaje-się zagrywka zen Éire

Fuller
Strona-agregator dla kontentu, który wchłaniam na co dzień


Inne własności:

Cegielnia
Logos - wygryw w słówka
inSitu - pudełko z obrazkami
Eat me. Drink me.
Szrot nasz codzienny
EVA prawdé ci powié
PolitMap


Valid HTML 4.01 Strict

Valid CSS

powered by PHP

    NIGHT   RSS blog   RSS komentarze
Licencja  Wpisy  Losowo  Autor  Rejestracja 




Autor: Boni
Kiedy: 2012-11-11, niedziela
Tagi:  varia, zen, szrot, DIY, zagrywka     
___________________________________

Chciałem wystawić świadectwo Rzeczywistości za ostatnie parę dni urlopowo-weekendowych: 5+. Aż strach się bać, jak ślicznie się wszystko toczy, pełznie, odbywa, posuwa, obraca i dokonuje. Te pół stopnia w dół to tylko tak, za rachunki do zapłacenia i za jakieś tam zmartwienia czy scysje, ale raczej drobiażdżki. No i za obżarstwo (orzeszki "na ostro" to zło...). Poza tym, lodzio-miodzio.

W piątek na przykład udało mi się wykonać dawno zaległe ocieplenie stropu garażu - ale nie, nie dlatego zostałem bohaterem w swoim domu, i nie w tym point, że ułożyłem te parę rolek wełny, bo to jest łatwe; bardziej w tym, że udało mi się wytaszczyć z tego kawałka strychu złoże raczej nieporęcznych rzeczy, włożonych tam kiedyś, zanim zrobiłem strop... tak, też się z tej głupoty śmieję; ale wiecie rozumiecie, 3-4m deski czy drabinę łatwo jest wrzucić na belki jak w stodole, jednak wyjąć je przez więźbę kratową na łączeniu połaci (zgęszczona...) wkoło jakiegoś pieprzonego komina to co innego i jest to herkulesowa robótka. No ale prawie się udało; jedna rzecz, wstyd powiedzieć jaka, została nad garażem, jest z nią jak z kanapą w "Holistycznej agencji detektywistycznej" - bez fundamentalnej przebudowy struktury stropu, dachu lub więźby, nie da się jej obrotami i przesunięciami w normalnym trójwymiarze wyjąć znad garażu... Co istotniejsze, wyszedłem z wyciągania gratów i czołgania się po wirtualnym stropie (bo podwieszany i chodzić/pełzać można tylko po belkach, a na "końcach" dach schodzi prawie do styku ze stropem, i też trzeba tam wełnę wczołgać) praktycznie bez obrażeń - na budowie domu takie zabawy kosztowały mnie kontuzję kolana, nadgarstków, pleców i wogle, a teraz jakoś prawie bezboleśnie, minus łapki zmęczone i opuchnięte, musi odwykłe od roboty. Może to zasługa profilaktycznych prochów na stawy, branych od jakiegoś czasu, może uwaga i wprawa, kto to wie.

Sobota rekonwalescencja, w pogodzie przecudnej, więc pretekst by jeszcze raz przed zimą wyciągnąć "blureja"
camaro-janki
zrobić ziuuut do kościółka przy placu Szwedzkim w Jankach, pospacerować, pośmiać się i poszopić z kobietą mego życia. I trafić na dupowóz kolegi, jedno z najładniejszych, ostatnich takich Scorpio mk1 w PL, który chyba poznał nasze camaro i specjalnie stanął obok, ale zmył się gdzieś, więc dostał tylko kartkę za szybę, i nie, nie było to "kupię każde auto, rozbite, stare, zepsute - twoje też", tylko z pozdrowieniami (i drobną uwagą co ma naprawić ;) ). Tudzież IKEA zdobyła kolejne +3 do fajności, dostarczając nadal zasilacze do lampek biurkowych-halogenów sprzed 10 lat. I dzionek był taki superos, że nawet wielka hałda ćwoków i debili za kierownicą, w drodze powrotnej na "gierkówce", nie zepsuła mi humoru.

(A w międzyczasie pogrywać zacząłem w Crysisa 1 od początku, tylko na najtrudniejszym poziomie "delta" - gra zyskała 50% miodności, 100% trudności, i jest nadal fajna. I dużo dobrej muzy w koło, w końcu, bo tv już wyłączona.)

A dzisiaj, chyba ostatni planowany serwis przed zimą - wymiana oleju w UFO; wyjątkowo przyjemna, bo i pogoda zachęcająca, i filtr oleju jakoś wyjątkowo łatwo się odkręcił, i w ogóle lajcik. Chyba najfajniejsze jak wylazłem spod scorpio, kumacie, syfny roboczy polar i dres, postura i morda troglodyty, pełen zen i miłości do świata, i zaczynam nalewać olej, a tu mi się ładuje pod nogi (nie mamy ogrodzenia czy innych takich głupot) jakaś grupka/rodzina leśnych spacerowiczów - w pierwszej chwili myślę se "ło kurde, aż tu z pochodem niepodległościowym doszli??" ale zaraz okazało się, że to tylko Świadkowie, którzy zbłądzili. W sensie, do lasu zbłądzili. Trochę zasłonili się na początek dzieckiem, co mnie deczko zmroziło, no ale strategia w sumie zrozumiała po lasach i wiochach, i przy burakach jak ja - małej dziewczynce może jeszcze nikt nie dać w mordę dać. Ale zaraz zeszliśmy z klasyki misyjnej, i recytacji i dziwnych pytań z podręcznika świadkowania, na mniej poważnie kwestie, typu "czy Bóg istnieje"; a jak już skończyłem lać, olej też, i zaczęliśmy dawać obustronne świadectwa swoich wyznań, zrobiło się zupełnie zabawnie ("czyli pan jest ateistą???" - "raczej agnostykiem z religii nieteistycznych" - "eee?" - "buddysta" - (tu spojrzenia z gatunku "o żesz fak, ale trafiliśmy, na jeszcze większego pojeba niż my")), no a potem już było z górki w kwestii piękna świata i bożych planów. I mam tylko pewne obawy czy przypadkiem nie podkopałem w nich wiary, chociaż jak V6 kocham, starałem się nie być misyjny i nie dokuczać (to sobie zarezerwuję na następne razy, jeśli nie odhaczą sobie adresu jako "omijać szerokim łukiem" i nadal będą chodzić z dzieciakiem; Murakami "1Q84" mnie zmienił w tym względzie) - poszli jacyś zgaszeni i zmartwieni, zapomnieli mi wcisnąć gazetki i w ogóle. Cóż, sami się pchali, a co się pobawiłem, to moje.

I tak dalej, i tak dalej, przejechałem się po lesie dawno nie odpalanym vanem (jaki fajny! nie oddam go bez walki...); zupa rybna była dosko, gratulacje żono, sernik wczorajszy też; skończył się właśnie Guano Apes, zaczyna stary Seal; pewnie wrzucę Red Dwarfa podjudzony przez najsłuszniejszego MRW, a może jeszcze podłubię w garażu, a może w elektronice, a może pogram sobie, a może porobię coś z rodziną.

Nawet perspektywa jutrzejszego skoku na główkę w robotę nie wygląda bardzo źle. Jeszcze.

A najciekawsze, że już nie wiem, czy życie klawe jak cholera jest, czy wydaje się. Co może zilustruję adekwatną przypowiastką z "Bezbramnej bramy":

Mnisi spierali się o flagę łopocącą na wietrze. "To flaga się rusza" mówił jeden, "Nie, to wiatr się rusza" mówił drugi. Usłyszał ich przechodzący opat i uśmiechnął się "ani flaga, ani wiatr - to umysł się porusza".

Amen.





Mon, 12 Nov 2012 11:05:01
W wagonie, którym jechał Szwejk, nie było Balouna. Na jego prośbę pozwolono mu mianowicie wytrzeć chlebem kocioł po gulaszu. Znajdował się na platformie z kuchniami polowymi w sytuacji bardzo nieprzyjemnej, bo gdy pocięg ruszył, zacny Baloun wpadł do kotła głowa˛ na dół, tak że tylko nogi wystawały
z gulaszowego naczynia. Ale Baloun przystosował się do tej sytuacji i z kotła odzywało się takie forsowne mlaskanie, jakie bywa słychać, gdy jeż poluje na prusaki. Po chwili ozwało się nawet wołanie:
— Koledzy, na miłość boską, rzućcie mi tu kawałek chleba, bo
w kotle jest jeszcze sporo sosu.
Ta sielanka trwała aż do następnej stacji, a rezultat był taki, że wnętrze kotła 11 kompanii błyszczało jak nowe.
— Bóg wam zapłać, koledzy — dziękował Baloun serdecznie.
— Od czasu, jak jestem na wojnie, szczęście uśmiechnęło się do mnie po raz pierwszy.
Rzeczywiście, Baloun mógł mówić o szczęściu. W Łupkowskiej Przełęczy dostał aż dwie porcje gulaszu, a porucznik Lukasz zadowolony, że jego służący przyniósł mu z kuchni oficerskiej obiad nietknięty, dał mu za to dobrą połowę tego obiadu. Baloun czuł się więc całkiem szczęśliwy, bujał nogami spuszczonymi
z wagonu, i nagle cała ta wojna wydała mu się czymś miłym, pełnym rodzinnego ciepła.

Boni avatar Boni
Mon, 12 Nov 2012 15:47:51
@janekr

Widzę, że poleciałeś podobnie jak ma małżonka, która poczęstowała mnie komentarzem ze szklanką do połowy pustą i do połowy pełną.




 

Engine: Anvil 1.08   BS