(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)Są takie kawałki muzy, które robią mi dobrze, ale bardzo trudno powiedzieć dlaczego, po co, za jakie grzechy, i w imię czego. Ogólnie, nie mam takich skrawków zbyt wiele, ale w szczególe, w polskiej muzyce rozrywkowej jest tego trochę. Jak na przykład to, co żona przyniosła pod koniec poprzedniej notki, czyli "Ale jestem" Anny Marii Jopek.
No przecież ja takiej muzyki nie słucham na co dzień. Nie mam jej płyt, no może gdzieś w otchłani terabajtów domowej sieci coś jej leży, może i nawet ta płyta, ale nie słuchałem jej poza radiem od wieku. Nie przepadam ani za polskim chilloutem, ani jakimiś odmianami poezji krakosko-śpiewanej. Ani za środowiskiem kydryńsko-dżezowo-joszkogórlasko-arko-nowym. Nie, nie, nie.
Ale kiedy żona ukradkiem zapakowała CD i poleciało
to zrobiło mi się ciepło na serduszku. I po genialnej wersji "Cudu niepamięci" (IMHO lepszej niż Sojki). I po "Joszko Brodzie" też.
Ta płyta ma już 15 lat, a nadal jest bardzo zacna, i nadal ładunkiem tej pozytywnej piosenki i muzyki można obdzielić dziesięciu polskich smutasów-śpiewaków, wszystkich tych Kukizów, Markowskich, Panasewiczów i Cugowskich, i dopiero (jeszcze?) wtedy by można ich uważać za dobrych i mądrych.
I na pierwszowrześniopadową smutę płytka jak znalazł.