(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)Bo innej przyczyny pedałowania to w zasadzie nie ma, w moim przypadku. Jako rozwiązanie problemu transportowego rower jest wolny, spocony, męczący, skrzypiąco-stawowy, i w ogóle bez sensu, szczególniej wobec coś koło 13 litrów 17 litrów i 10m3 zakumulowanych w naszych pojazdach przed chałupą. Jako sport, to nie, sportów nie uprawiam odkąd mogę o tym sam decydować. Jako fashion statement, to chyba nie, bo duża damka typu Panzerkampfwagen XIII "Gooral", overheavyduty, made in Thailand, ze światłami, błotnikami, bagażnikiem, ważąca jakieś ćwierć tony (no dobra, ze mną jako pilotem), jest raczej słaba jako wyraz szajby na rowerowanie. A jej rudawo-zakurzony stan (bo chromy uległy biodegradacji - pewnie zbyt wiele lat stała nieruszana pod wiatą) plus brak tych wszystkich modnych wihajstrów, krajcowanych śtendrów i trychtowanych culajtungów plus strój cywilny i bez kasku nie pomaga, i czyni mój imidż raczej wioskowo-zmęczony niż hipstersko-unicyklowy. Dobrze przynajmniej, że technicznie jest sprawna, zdaje się 10 lat temu nawet makrokesze robili znacznie solidniejsze niż obecnie.
Co zostaje? Rekreacja i wyrozumowane ruchanie pedałami, żeby się zupełnie nie zestarzeć, zglejować i zastać, no i może trochę pomóc diecie.
Rekreacji i odprężeniu kolosalnie sprzyja jedna okoliczność - poza tym "jak" (czyli bez napinki, wolniutko-spokojniutko) także "gdzie" jeżdżę. Znaczy, do pracy i z pracy, oczywiście, jakieś 8km, ale w okolicznościach przyrody, których mieszkańcy wielkich miast mogą, zdaje się, pozazdrościć i poszukać w weekend, ale niekoniecznie w drodze do pracy. Startuję sobie tak:

Potem mam trochę gruntu i sporo "asfaltu":


Potem są przedmieścia:

W końcu miasto:

Które miewa całkiem przyjemne urozmaicenia:

A wszystko to praktycznie po płaskim, jakieś drobnoprocentowe nachylenia, i brak po drodze jakichś ekstra urozmaiceń typu rolnictwo czy przemysł. Tak naprawdę miasta-nie-będącego-parkiem mam ze 200m, fakt, z przekroczeniem przelotówki Wawa-Skierniewice, więc minimalnie po chodnikach i raczej po przejściu dla pieszych, bo misie nie chce tłoczyć w dużym ruchu; podobnie przy światłach w centrum, koło wiaduktu kolejowego, który jest największą kupką po drodze, no i punktem, przy którym zarzuty "ale czemu, chamie, jeździsz chodnikiem" odeprę z całą mocą bucery, jaką mam na składzie, zapewne krótkim "sam se pospierdalaj pod koła pierwszego z brzegu TIRa czy furgonetki":

Ale poza tym wiaduktem i paroma uliczkami jest "cool na maxa full i extra", miły bo niewielki wysiłek, miłe wyostrzenie uwagi i zauważenie przyrody i świata poza wnętrzem domu i samochodu, i ogólnie piękno i dobro - jeśli tylko pogoda, logistyka i kolana pozwalają.
A przy okazji, w ramach nawiązania do diety i jakichś prehistorii sprzed pół roku, nie tylko u mnie, ale i w innych częściach internetsów - dietę ścisłą (Dukana czy podobne koncepta) nieco zarzuciłem, i z -13kg zrobiło się -10kg, czyli ostatnie miesiące są na zero. Ale to nie znaczy, że nie ma diety - praktycznie zero kartofelka i makaronu, bardzo mało ryżu czy pieczywa, no ale słodycze i cukier jakoś lubią wracać do mnie... ale nie ma tragedii, nie jest jojo, tylko coś jakby utrzymanie lepszej wagi. Jak zbiorę się w sobie (może rowerek pomoże, może siłkę jednak wymyślę), to fajny byłby ścisły okres jeszcze raz, żeby zeskoczyć jeszcze 5-7kg przynajmniej.
Aha, w międzyczasie zaserwisowałem się (ekg, morfologia plus tarczyca, plus kupa innego mambo-dżambo, którego nie pamiętam i na którym się nie znam) dostatecznie, żeby na obiekcje i straszenie Dukanem zrobić prfff, bo dla mnie działa i nie szkodzi - pani dochtór pod koniec ostatniej wizyty patrzyła na mnie i wyniki jakbym chciał rentę wyłudzić, kazała mi popić nieco magnezu, co najwyżej, i zjeżdżać.
Więc zjeżdżam "na rowerze słuchaj do byle gdzie".