(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)Chyba na razie ostatnia część minicyklu anty-BHP, czyli loty nurkowe, i inne dziwne czy luźne przypadki, i to co się przypomniało, wróć, zmyśliło (podkład muzyczny, powiedzmy, z MI1).
- praca z drabiny rozstawnej bez (mini)pomostu, tylko ze szczeblami "połączonymi" w najwyższym punkcie, nie bez powodu jest dopuszczalna do przedostatniego, a jeszcze lepiej przedprzedostatniego szczebla. Bo tam z samej góry to może i świat wygląda fajnie, i łatwiej dosięgnąć na paluszkach wiertarką do najwyższego punktu wiercenia, ale wiecie co? nieco trudno się przytrzymać samej wiertarki, jak nagle okazuje się, że ktoś tu się chwieje, a rzut oka w dół niespodziewanie ujawnia BOK a nie CZUBEK drabiny.
- ostatnie słowa w locie nurkowym to przeważnie albo staropolskie "jezu" albo staropolskie "(nieczyt.)" (a nie "jezu jezu (nieczyt.)", pewnie dlatego, że przeważnie lot krótszy niż tupolewem), konsekwencje bolesne, itd. itd., ale w sumie najdziwniejsze co pamięta się z solidnego upadku, to tępy dźwięk uderzenia, szczególniej w beton, szczególniej twarzoczaszką. Nawet nie "łup!" tylko jakieś (volume=110dB) "TUMPF!!!". Aha, czasem potem człowiek dowiaduje się, że "mieć guz wielkości pięści" to wcale nie jest przenośnia poetycka, tylko bolesna rzeczywistość.
- upadek na miękkie i w "kontrolowanych" okolicznościach może być niecacy i niebezpieczny - jak się upadnie z 5-6m dokładnie na kark, nawet na metrowy materac, to coś tam się wyłącza w rdzeniu, i człowiek pomalutku dusi się, czasem wśród rozbawionego wokół materaca tłumu... bardzo nieprzyjemne; oczywiście, w końcu, nieco fioletowy, odblokowałem się.
- ze zbiegu samotnej pracy systemem gospodarczym, prac szalunkowych w wykopie i słabego oświetlenia placu budowy powstają czasem dziwne akcje, i jeszcze dziwniejsze myśli. No bo jaką można mieć myśl, jak się siedzi w jamie po ciemaku wieczorem (żarówka 60W i w bok), i nagle JAK COŚ NIE PIERDOLNIE W CIEMIĄCZKO! Moja pierwsza myśl była "ale mnie cicho skur... zaszedł!", druga, jak już wyplułem piasek, który mi się zrobił z zębów i przewaliło się to co miało się przewalić była "a jednak za słabo wbiłem ten słupek..." (słupek 10x10 i ze 3m o-wiele-za-długi, resztka konstrukcyjna jakaś, wbity jako blok szalunku poleciał dokładnie na mnie, i sama końcówka trafiła mnie z tyłu w eb - od tamtego momentu wiem, że hełmy na budowie nie są zupełnie bezsensowne).
- mało kto dłubiąc w naprawdę niedużym wykopie, jak na byle fundamencik czy kabel czy rurę, bierze pod uwagę, że ziemia czasem lubi się osunąć. A zaprawdę, powiadam wam, mało kto ma kwalifikacje do przebijania się z grobu jak The Bride aka Black Mamba aka Beatrix Kiddo, i nie radzę liczyć, że się nagle nauczycie i uwolnicie. Z niewielkiej praktyki - pomijając nieistotne w pierwszej chwili obrażenia, to przy zasypaniu do pasa są niezłe szanse, bo można się drzeć o pomoc; nieco wyżej, jest kiepsko, bo po chwileczce (1 chwileczka = 4 momenty) nie ma siły się drzeć; a zasypanie gdzieś nieco ponad pół piersi, to już w zasadzie kwiz na temat "czy Bóg istnieje".
- dygresja nr. 1 na temat służby zdrowia i lekarzy w kontekście pewnej tradycji rodzinnej (pozdrowienia, ociec!) w lotach z gatunku pionowych - chirurdzy i neurochirurdzy to twardy ludek, ale nie wiem czemu nie przepadają za ofiarami upadków, które wyszły bez większego szwanku. No co za nieużytki, i gdzie przysięga Herostratesa, się pytam. Oćca po upadku ze słupa NN raczył opieprzyć sam ordynator, za narzekanie, że boli, w deseń "panie S. do cholery, ludzie z krzeseł spadają i łamią kręgosłup w 3 miejscach, a pan po 6m ze słupa i z jednym żebrem złamanym i pęknięciem czaszki, narzeka, do cholery, że boli?!". A mnie próbował zabić śmiechem chirurg wezwany na konsultacje do bolących obojczyków (jak już wstrząs mózgu nieco odpuścił to poczułem obręcz barkową i obojczyki na granicy zwichnięcia) - wpada taki SSman na salę interny i "który to spadł" - "ja" - "wstań pan" - "sam se pan wstań" - "aha, wstrząs mózgu... to usiądź pan" - usiadłem - "co je?" - "obojczyki, tu nad mostkiem boli i jakby coś nie na miejscu je" - pomacał mnie fachowo, zamyślił się, pomacał SIEBIE po obojczykach - "eee tam, u mnie jest tak samo" - i tyle go widziałem. I mało nie umarłem z tłumionego śmiechu, no bo nie dałem rady się z tego śmiać.
- dygresja nr. 2 na temat służby zdrowia i lekarzy w kontekście wypadków i przypadków - warto podwójnie uważać na siebie i wypadki, kiedy, powiedzmy, żona leży na podtrzymaniu zaawansowanej ciąży. Bo jak się wyląduje piętro wyżej (mały szpital powiatowy), to może być skucha, kiedy jej ktoś (tu pozdrowienia dla teściowej) doniesie, gdzie leży mąż... Ordynator położnictwa był, cóż, jaki był, ale za przekazanie tej informacji wbrew jego poleceniu, ktoś podobno zebrał bardzo uczciwy opierdol. Ale zdaje się, że żonie i ciąży to info nie zaszkodziło (tu pozdrowienia dla córki).
"I to by było na tyle"