(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)
Tia, mnie też, jak wielu, dopadła nostalgia i młodo-kombatanckie mamrotanie, bo przecież okrągła rocznica, i smuteczki w tej strasznej porze roku; i po co się opierać, skoro umysł, przy pomocy "efektu coctail party" wyraźnie daje znać, że coś go boli (wczoraj "przypadkiem" wczytałem się w postPRLowe i wczesnoemigracyjne opowieści
Janusza Głowackiego, tego od "Rejsu", który przypadkiem wyleciał do UK przed samym 13/12; a dzisiaj jak wyciągałem sobie do odświeżenia "Czarne oceany" Dukaja, wpadł mi w ręce "
Wroniec" no i jak mogłem go nie przeczytać...).
Większość znajomych w mniej więcej moim wieku (miałem wtedy 10 lat) pitoli na dniach smutno albo śmiesznie o teleranku, albo opowiada jakieś inne pierdoły, jak to z radia nie mogli nagrać tego czy owego, albo że było zimno, i czołgi, i kolejki. Starsi opowiadają o styropianie, albo o innej polityce, albo żartują i pozują, albo wolą milczeć. Młodsi pamiętają i opowiadają wrażenia i emocje, albo nie pamiętają nic.
Oczywiście niewiele mogę do tego szumu, i warstw wykopaliskowych w indywidualnej i wspólnej pamięci dorzucić, bom za głupi, i nie umiem pisać jak Jacek we "Wrońcu", czy wielu innych dobrych publicystów i pisarzy, ale z właściwym dla mnie uporem, polegnę próbując.
Gdybym umiał mówić językami ludzi i nieludzi, to spróbowałbym powiedzieć, że dla starszych dzieci, jak ja wtedy, przynajmniej niektórych, to już nie był "Wroniec" a jeszcze nie był opornik i styropian, czy słuszność prosowieckogeneralska, czy inny realizm polityczno-społeczny.
Taki jak we "Wrońcu", dziecinny, czarny i lepki, był wielki strach. "Strach nakazywał cały czas się bać". Ale nie z tego pierdolonego braku pierdolonego teleranka, bo to było najmniejsze zdziwienie świata w PRLu, że radio tylko szumi i w TV generał gada. Raczej z tego, co generał gadał - bo rozumiałem już na tyle, by wyobrazić sobie nie kruki i wrońca, ale że teraz będzie w PRL jak w Salwadorze (trąbili o nim i walce z huntą jak jasna cholera ok 1980). I strach z tego, że ojciec wracał tej pamiętnej nocy z drugiego końca Polski od rodziny, z okazyjną ćwiartką świniaka w walizie, no i na czas raczej nie mógł wrócić, nieprawdaż. I przecież wiedziałem czemu matka chodzi po ścianach w nerwach, i że ojciec w najlepszym wypadku musi przejść przez pełne wojska dworce, i wiedziałem, co to oskarżenie o spekulację mięsem, tylko nikt nie wiedział, co generał ma naprawdę na myśli mówiąc o trybie doraźnym. A jak już opóźniony ojciec dotarł, to rozumiałem czemu atmosfera poprawiła się tylko na chwilę, bo przecież wiedziałem, że ojciec w Solidarności jest, a tego czy wezmą się tylko za czołówkę, jak generał powiada, czy za kadrę, czy za wszystkich, też nie wiedział nikt z szarych dorosłych, więc ja tym bardziej. I strach z tego, jak bardzo zomowski BTR, którego widzieliśmy przejeżdżającego co jakiś czas, jedną z pustych arterii Białegostoku, w luce miedzy blokami, przypomina obrazki z filmów o hitlerowcach - bo rozumiałem, że to nie film, to nie Złomot, ale że to demonstracja siły, z wukaemem załadowanym ostrą amunicją, i że może zabijać, jak wcześniej zabijano robotników i protestujących, tylko nie pamiętałem gdzie i kiedy, ale wolałem starych o to w tym momencie nie pytać.
A potem nie było szkoły, tylko były kolejki, ale nie takie zwykłe, jak przez całe moje dzieciństwo i młodość, tylko kolosalne, na mrozie, i za chlebem i mlekiem, wydawanych z drzwi zamkniętego supersamu osiedlowego. A potem było szaro i buro, i nic nie było, czyli stan wojenny w pełnej krasie.
I czego jeszcze nie było w mojej wersji pierwszych dni i tygodni stanu wojennego, w przeciwieństwie do "Wrońca" i opowiastek niektórych znajomych; w przeciwieństwie do rodziców - otóż nadziei w religii i Kościele nie było, bo już wtedy mnie nieco odchylało od KK, i rozumiałem, że to jest słabszy, bardziej duchowy, innopłaszczyznowy, ale też System, konkurencyjny do tego systemu od generała i BTRa. Więc po prostu było czarno, zimno, i beznadziejnie.
Ale jakoś trzeba było funkcjonować, represje były w otoczeniu nikłe, na godzinę milicyjną trzeba było uważać, sobiepanom milicjantom i zomolom schodzić z drogi, niewygody były już tylko pomijalnie większe niż przed 13 grudnia, wychowawczyni była sekretarzem POPu szkolnego, i tak się życie toczyło.
Wypisałem to wszystko z trzech powodów tak właściwie - że może jakiemuś dzieciakowi, także 20 czy 25 letniemu, pomoże ta garść uwag przeczytać nieczytelnego (tak, takie mam najpowszechniejsze doniesienia i opinie) "Wrońca". Dla mnie genialnego, bo chociaż to nie moja historia, to bardzo bardzo dobra historia.
Dwa, jeśli myślisz, drogi czytelniku, że czarna zimna noc beznadziei była za górami za lasami, 30 lat temu, i to są bajędy starych ludzi, to przemyśl, co się dzieje u naszego wschodniego sąsiada, na Białorusi. Albo w wielu innych miejscach świata. I doceń, że tu jest inaczej niż tam.
Trzy, chciałem powiedzieć, że gówno mi wiedzieć o zasługach, winach, styropianie i pałach, o opornikach i pojednaniach, jak we "Wrońcu"; ale z pewnym oporem i niechęcią do obecnego samego siebie, pewnie przez ten zapiekły wtedy strach - szanuję tych którzy chcieli i zawalczyli w tamtym czasie o wolność, i nie szanuję i bardzo trudno litować mi się nad tymi, którzy niewolili w imię własnego interesu i upalenia władzą.
A może pamięć mnie zwodzi - stąd mogę nie mieć racji w jakiejkolwiek poruszonej kwestii.
(
dla młodzieży: ZBoWiD, Związek Bojowników o Wolność i Demokrację, przystawka komusza w PRL dla weteranów, a "im dalej od WW2 tym ich było więcej i młodszych". POP - Podstawowa Organizacja Partyjna, najniższy szczebel PZPR w szkole, zakładzie, itp. sekretarz POP był polityczniakiem, często wiceszefem placówki lub szarą eminencją)