...a raczej "bardzo długi weekend majowy, koczując w PL". Plus będzie dygresja nie tyle w temacie jazdy, co dziwnych pojazdów.
1.
Przyszło nam odwiedzić Polskę w celach formalno - prawno - nieruchomościowych. Bo pomimo całego wspaniałego SF wkoło, wszystkich tych internetów, appek dla cycków, czy cycków w appkach, wszystko, co związane choćby z paroma m2 polskiego gruntu, w XXIw nadal odbywa się bardzo w stylu wieku XIXw. Czyli na papierze, z odpowiednią biurokracją i urzędnikami, czy pseudo-urzędnikami, itd. itp. Wiecie, że w sądowych wydziałach ksiąg wieczystych są nadal czytelnie i można wyjąć księgi na papierze? Wróć, czasem TRZEBA WYJĄĆ WSZYSTKO NA PAPIERZE, i nie tylko dlatego, że jakiś paranoiczny dzban napisał interfejs e-ksiąg wieczystych tak, że nie wpuszcza zza granicy ("to my, trociny!"), ale po prostu nie wszystko jest w e-KW. A przecież "notariusz musi to zobaczyć".
Ale to było mniejsze pół problemu na przydługiej wycieczce w PL, większe pół to zagadnienie, jak wysoko powinni zawisnąć ludzie związani z obrotem nieruchomości, gdy już będziemy robić rewolucję. Oczywiście szczyty latarń będą obciążone gronami, tfu, gronem z wierchuszki banksterów, telekomów i ubezpieczycieli, ale zaraz poniżej powinno się znaleźć miejsce dla agentów i handlarzy nieruchomości, deweloperów, budowlańców, etc.
Nie do końca rozumiem, jak można być tak niesłownym i niedbałym, jak ta branża za ostatnie 20 lat. I nie mam na myśli zwykłych manipulacji czy kłamstw, bo to zapewnia pół świata handlarzy i biznesmeneli, ale właśnie nieudolność i niedbałość. Którą mogę zrozumieć u ogłupionego dobrobytem szkockiego czy irlandzkiego kupującego/sprzedającego samochody używane, ale pojąć trudno u polskiego człenia, obracającego nieruchomościami, kosztującymi przeważnie więcej niż nowe samochody, co nie.
Moja obecna teoria jest, że w branży nieruchomości względnie łatwo ukrywać przed szefami i właścicielami porażki, wk... klientów, stracone okazje, a pokazywać tylko jakieś tam sukcesy, i co się ładnie sprzedało / kupiło / zarobiło. Skądinąd chyba na podobnych zasadach działa i dlatego jest podobnie sp...na branża HR i rekrutingów.
Z powodów jak wyżej, zamiast załatwić sprawy sprawnie (właściwe załatwianie spraw zajęło jakieś 3 dni), spędziliśmy w PL dni 10, przeważnie miło spędzając czas z rodziną, a nawet siedząc im na głowie.
Ale w zasadzie spodziewaliśmy się tego, dzieci czy koty nam nie płaczą, i grunt, że w końcu udało się sprawy załatwić.
2.
W ramach koczowania u rodziny na Podlasiu, zwiedziliśmy
Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu. Oboje z żoną kiedyś tam byliśmy, ale dawno temu, "w poprzedniej epoce" (a ja wręcz: biegiem); tym razem było pół dnia spoko wycieczki.
Poza typowym dużym skansenem rolniczym, z przeniesionymi budynkami, rękodziełem, etnografią, itp. mają tam kilka fajnych dodatków:
- Efektowną wystawę pisanek (BTW dowiedziałem się, czemu żona miała na UW panią profesor o ksywie "Pisanka" - duża część zbioru to "spadek" po pani profesor Irenie Stasiewicz-Jasiukowej)
- Ciekawie odtworzoną pracownię i drobiazgi po malarzu Ignacym Pieńkowskim
- Kolekcję interesujących powozów
- Wielki pawilon ze świetną wystawą "Maszyny parowe i ciągniki rolnicze", i nawet chyba większość maszyn "na chodzie" (tzn. "od święta").
Fajny pawilon, rządek starych traktorów-diesli
Lanz-Bulldog, jak większość diesli w tle, ale "high-speed road model", jak na '30-'50 to chyba wersja nawet nie ferrari, tylko zonda...
Poza stertą starożytnych diesli i bardziej nowożytnych sprzętów mają też kolekcję lokomobil i ciągników parowych. Brat dla skali.
No i na tej wystawie ciągników świat mi się zepsuł...
3.
Traktorek Dzik-2, z "przyczepką" zwaną Lis (żeby można było tym jechać, a nie iść za ciągnikiem...)... gdyż bodaj od późnych '70 zamiast konia (tak, pamiętam konie, które kuł dziadek-kowal, czy powszechnie pracowały w polu, itd.) w gospodarstwie dziadków królował mały traktorek jednoosiowy "Dzik". Ojciec gdzieś go dorwał z ogłoszenia, maszynka była w miarę sprawna, w miarę kompletna. "Inż.Mech. i Synowie" radzili sobie z nim też w miarę sprawnie, gdzieś do późnych '90.
Mieliśmy do niego jakieś pługi, kultywatory i brony, nie było z tym problemu, dziadek nie takie rzeczy potrafił wykuć z byle złomu. Większą sprawą była przyczepa, ojciec z dziadkiem pewnego razu "wystrugali" ją jakieś dwa razy za dużą i za ciężką, ale była bardzo użyteczna. Oraz cały zestaw dwuosiowy-przegubowy całkiem sprawnie jeździł po normalnych drogach (o drobiazgach jak rejestracja, OC czy nawet oświetlenie nie rozmawiamy; jakby co: wszystko się przedawniło).
"Najzabawniejsze" było pozyskiwanie paliwa, szczególnie kiedy było na kartki, a samochodu nigdy nie posiadaliśmy... Co prawda jednocylindrowy dwusuw o stopniu sprężania rzędu 6.5 mógł jechać na byle czym (ori chyba na niebieskiej 78, a może nawet na wcześniejszej 70 niebarwionej, bezołowiowej, bo w '50 jeszcze nie używano w Polsce czteroetylku, nie było "etyliny"), ale w PRL nawet "byle czego" brakowało. Na zielonej 86 czy 87 trzeba było lać nieco więcej oleju do paliwa (dwusuw!), ale np. kiedy znajomy załatwił kanister 94 żółtej ("nie było innego!"), to już nie było śmieszne. A trzeba było jechać... Poszła bańka moto-oleju do baku i polecieliśmy z ojcem nisko, zamiast jechać szybko przez podlaskie wzgórza. A z powrotem, z pustą przyczepą, nastąpiło pamiętne "(ojciec, w ryku ein zylider gut maschine, bo tłumik, eee, to inna historia) ALE ZAPIE... JAK FERRARI!! - (ja, w przyczepie, z widokiem na lewą stronę traktorka i "tłumik") - YO, ALE TŁUMIK ROBI SIĘ POMARAŃCZOWY!! - O CHOLERA!!". Ale i to przeżył.
Mało nim jeździłem, nawet bez przyczepy / w polu, bo na początku jako wczesny nastolatek byłem nieco za lekki i miałem za krótkie łapki do tego potworka na dwu kołach, z kierownicą od motocykla ultra-choppera i absurdalną wajchą od biegów; a potem miałem inne rzeczy na głowie a nawet
w rencach. Ale wspomnień z dzieciństwa i nastolęctwa, związanych z traktorkiem u dziadków, mam bardzo wiele.
Wyobraźcie sobie moje zdumienie, kiedy okazało się w muzeum tydzień temu, że to nie był traktorek "Dzik"...
Ursus C-308, NASZ TRAKTOREK!
Tłumik znacznie lepszy niż nasz miał... oraz ciekawe mocowanie i regulacja kierownicy, i fajny sprzęg - "szybkozłącze"
Tak widziałem ciągnik, próbując kierować jako nastolatek; brrr, te cięgna biegów i blokad
Gaźnik i jakiś nowoczesny filtr powietrza, zamiast oryginalnej "puszki". Wyżej "czerwone" to zbiornik paliwa pod maską.
Okazuje się, że nazwa "dzik" funkcjonowała wtedy jak "dżip" czy "adidas", czyli była eponimem od serii traktorków "Dzik", ale istniał też konkurencyjny model i właśnie taki mieliśmy: Ursus C-308. Różni się on od "Dzików" dość znacząco, technicznie i wizualnie, więc to zupełnie pewne, że mieliśmy ursusa; ale że zrobiono ich tylko ok. 4000 na przełomie '50-'60, a różnych "Dzików" znacznie więcej i aż do '80, wszyscy mówili na traktorki "dzik".
Poglądowe zdjęcie jak wygląda C308 z oryginalnym filtrem powietrza i podniesioną maską (albo bez maski, jak był nasz...)"Rozpoznawalności" nie ułatwiało, że nasz traktorek nigdy nie miał maski (dorzucam zdjęcie z netu, żeby pokazać "jak to wyglądało" tak naprawdę), a jeśli nawet gdzieś była tabliczka czy instrukcja, to pewnie uważałem, że "Ursus" to producent, a model, jak wszyscy wiedzą, to "Dzik". Ale jednak nie.
Aha, po przyjrzeniu się różnicom i budowie obu modeli: C-308 był od "Dzików" znacznie fajniejszy, trwalszy i przemyślany. Oczywiście miał swoje "dziwaczki" i problemy, ale zdaje się "Dziki" miały ich znacznie znacznie więcej... Jak też, o ile pamiętam gaźnik, nasz musiał być wzg. wczesnym okazem, z początku produkcji przed 1960. Inna ciekawostka, silniki S261C dla obu rodzin, Ursus i "Dzik", były takie same, to była jakby połówka silnika samochodu Syrena, tyle że chłodzona powietrzem. Ale ten sam konstruktor (przedwojenny inżynier
Fryderyk Bluemke), producent (poprzednik kombinatu od "maluchów" w Bielsku-Białej) itd. a tak w ogóle to silniki wywodzące się z przedwojennej konstrukcji silników stacjonarnych warszawskiej firmy Steinhagen i Stransky, gdzie Bluemke zaczynał; stąd nie bez powodu mawiano, że Syrena to najszybsza motopompa świata. Pamiętałem, że pasowało ojcu dużo gratów "od czegoś", ale przez lata nie potrafiłem sobie przypomnieć od czego - najpewniej od Syreny; chociaż inne kawałki np. zapłon, były z innej bajki, od jakiegoś motocykla?
Ech, czego to się człowiek nie dowie z muzeum i internetu, po czterdziestu latach życia w błędzie.