Po odpryskach jakichś dyskusji sieciowych i poczytywania tu i ówdzie, oraz grzebologii w naszych zasobach muzycznych oraz dokupowaniu CDków "zaległych", podzielę się nienachalnie diagnozą co do stanu rynku muzycznego a nawet, być może, rynku kultury.
W 1986 singiel "Musique Non-Stop" był hiciorem zespołu Kraftwerk, wylądowali na no.1 sub-listy "Dance Club" Billboardu. W tamtych czasach technika muzyczna parła do przodu na wszystkich frontach (po stronie nagraniowej właziła zaawansowana elektronika i cyfrówka drzwiami i oknami; po stronie konsumentów kasety walały się już wszędzie, a CD zaraz nadciągały). Różnorodność "na topie" mainstreamu była chyba największa w historii, eksplodowały co chwilę całe nowe style i trendy. Małych wytwórni z porządnym repertuarem i wykonawcami było zatrzęsienie, a Wielka Szóstka grabiła do siebie coraz skuteczniej - szczególniej kiedy z przykopem weszło do gry Sony.
W '90 przemysł muzyczny doszedł w praktyce do perfekcji, zarówno w produkcji i dystrybucji muzyki, jak i wyciskaniu kasy z twórców i z konsumentów muzyki. Technika cyfrowa zaczęła nie tylko rządzić technologiczną stroną muzy, ale też "polityczną" i "socjologiczną", najpierw nieśmiało. Np. popularna muzyka zaczęła
konwergować do popularnego łomotu.
Około 2004 nastąpił przełom sieciowy, tj. ze świata muzyki cyfrowej wylądowaliśmy w świecie muzyki puszczanej przez internety. Wszystko zaczęło robić się na wyciągnięcie ręki, tańsze, łatwiejsze. Muza pop i okolicy zaczęła konwergować do łomotu dodatkowo skompresowanego w ch... jakość, no bo internety wolne były. Małe wytwórnie zaczęły dostawać zadyszki i padać jak muchy. Twórcy stracili jakiekolwiek złudzenia, że na muzyce da się zarabiać jak w poprzednich dekadach. Wielcy producenci tracili je nieco wolniej, stąd zaraz padł na ryj PolyGram, z Wielkiej Szóstki zrobiła się Piątka, EMI paaadaaał tylko nieco wolniej.
Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo, że chodzi o kasę. Jak na wykresie (to jest w M$ na lata, wg. danych
IFPI,bez muzyki live; rynek amerykański i japoński generują ok 50-60% kasy "muzycznej" na świecie).
Około 2008 wiadomo było, że jest totalna ch... z grzybnią, kasa się kurczy, bo piractwo, bo kryzys, bo zanik ambicji kulturalnych społeczeństwa po całości; za to apetyt rośnie, bo każde korpo i każdy CEO usiłuje przeskoczyć w drapieżnej chciwości poprzedników i konkurencję. Sony scala się z BMG w 2008, EMI w końcu dogorywa po latach agonii około 2012, na rynku zostaje Wielka Trójka (Sony, Warner, Universal). Która nie daje faka za cokolwiek, co nie przyniesie natychmiast kolosalnych zysków. Co konwerguje scenę mainstreamową do jeszcze większego łomotu jeszcze mniejszej liczby wykonawców, wokalistki do lady Gaga, Rihanny czy Minaj a wokalistów do bieberów, itd. itp.
Po 2012 w zasadzie nie ma o czym mówić, globalny rynek muzyczny stabilizuje się na poziomie mułu, nawet jeśli się nieco odbija z finansowego dna. Wielka Trójka odgrzewa ciągle te same kotlety z nowymi cyckami czy fryzurami. Małe firmy muzyczne stają się niszą niszy, bo już nie mają z czego schudnąć w przeciwieństwie do Wielkiej Trójki.
Ale za to teraz każdy może nagrać czy wyprodukować fajną i technicznie doskonałą muzę. Po czym rozdać ją w doskonałej jakości w internecie, najpewniej za darmo. Jeśli w ogóle znajdzie się jakaś nisza zainteresowana ściągnięciem tego-tam dzieła.
Powyższa historyjka dotyczy co do sedna chyba wszystkich działów zcyfryzowanej kultury - filmu, książek, muzyki, itp.
Jakie miałoby być rozwiązanie problemu "value gap" tj. braku transferu kasy od osieciowanych konsumentów (bronionych przez wszelkie jakże przyjazne im Google, youtuby itp. molochy żyjące z osieciowania) do twórców, i to tak, żeby nie przechwyciły po drodze całej monety chciwe wytwórnie, Wielkie i małe, cała ta przerośnięta produkcja i dystrybucja, a przy tym zapewniło to jakieś minimum różnorodności a nie stawianie na 3 pewniaki na krzyż, to ja nie wiem. Bo w bajki o tym, jak to będziemy wszyscy płacić za muzę, książki itp. bezpośrednio twórcom i będzie globalna wioska prosumerów, to ja nie wierzyłem nawet jak te głupoty wymyślali różni Tofflerowie. A teraz wierzą w to chyba już tylko jacyś zupełni retardzi.
Smutne, że fajne, ale coraz łatwiej dostępne i masowe zasoby kultury zawsze skonwergują do tym niższego i bardziej gównianego poziomu, im są łatwiejsze i bardziej masowe. Co niby oczywiste na dowolnych przykładach z historii - gazetach, radiu, telewizji - ale jednak los cyfryzacji i osieciowania muzyki jakże niemiłym mi przykładem.