... czyli podsumowanie pseudourlopu, zaprawdę, powiadam wam.
Jak zaznaczyłem poprzednio, fenomenalnie zaczęliśmy wyjazd do PL, zostawiając w SCO obie nawigacje (a skądinąd appka w mundrofonie nie ma map B czy NL), więc było z tego wiele pociechy po drodze.
Pierwszego dnia, pierwszy spotkany znajomy, wychodzący z apteki, "cześć część i co słychać przez rok", zaraził mnie jakąś wchodnioeuropejską, zębatą, toksyczną, promieniotwórczą bakterią, co dostarczyło mi dodatkowych zbędnych wyzwań na cały tydzień, a kaszlę do dziś dnia.
Program urzędowo-naprawczo-zadaniowy był napięty bardzo, więc do poprzedniej pracy wpadłem na godzinkę, dla rodziny w Białymstoku był jeden dzień, o wiele za krótko (pozdro), a dla obijania się po Paradoxach czy innych knajpach ze znajomymi czasu brakło, niestety.
Sądząc po zamieszaniu jakie wywołałem w Urzędzie Skarbowym jestem jedynym debilem w powiecie, który przyznaje się do dochodów z UK. No dobra, może nie jedynym, ale jedynym, który dyskutuje zagadnienia ubezpieczeń społecznych, zdrowotnych, itp. i ich odliczanie, przeliczanie, itp. Po przegonieniu mnie przez piętra US i dyskusji z przemiłymi paniami tu i ówdzie, dowiedziałem się że nic nie wiadomo, nie było z tego szkoleń, zaproponowano mi telefon na hotline podatkowy Ministerstwa, tudzież stwierdziłem, że mam to wszystko w d... bo i tak te "wykładnie" są niewiążące, więc rozliczyłem tak jak mi się wydawało od początku, zobaczymy jak będzie.
Odstawiliśmy viernego vana, jak zaznaczyłem poprzednio; vierny Scorpio zagadał tak ładnie, że spędziłem sporo czasu i zasobów żeby go doprowadzić do kultury i przyprowadzić zabawkę do SCO. Po wymianie dwu opon i baniaka LPG (stary się kończy "na papierze", poza tym w końcu wsadziłem taki jak powinien być, czyli DUŻY), przegląd przeszedł z marszu, ew. jedna końcówka kierowniczego wkrótce do wymiany. Parę rzeczy dokupiłem (te końcówki też), ale nie starczyło czasu, więc zwiozłem je sobie do SCO, będę miał się w co bawić, usterek i napraw w Scorpio starczy na długo.
Z tygodniowego zamieszania i włajaży po PL najlepiej chyba zapamiętałem tyralierę gliniarzy, którym zrobiliśmy dzień i banany na gębach, objeżdżając ich dziwolągiem na Placu Zbawiciela, gdzie pilnowali montaży tęczy, gapiów, narodowców i ekip tv (tak, tak, jestę debilę, nie kontaktując polskiej rzeczywistości pojechałem prosto przez Plac akurat po tym jak zatrzymano tam 25 osób...). I gościa który o 8 rano w niedzielę wpadł świeżo wyszpachlowaną beemą na stację paliw, wyrwał garść darmowych rękawiczek z dystrybutora, po czym odjechał.
Po zapakowaniu wozu sporą ilością gratów i przydasiów (dopiero po wypakowaniu "na kupę" widać ile tego było...), w niedzielę rano ruszyliśmy w drogę powrotną. Wózek jest nadal komfortowy, ciągnie jak gupi, nawet załadowany; wiele radości dostarczały drobiazgi jak automat z tempomatem, zamiast jakichś chorych 6biegów ręcznych, czy duży baniak LPG (zasięg przy oszczędnej jeździe rzędu 500km a nie nieco ponad 200, jak cienkiego toroidu w vanie).
Przelecieliśmy całą Europę bardzo przyjemnie jednym ciągiem, dotarliśmy do Calais nieco przed północą. Promy chodzą obecnie również nocą (mam wrażenie, że kiedyś tak nie było), pustawe, więc bez problemu w normalnej cenie popłynęliśmy do UK. Na pustym promie udało mi się sporo zdrzemnąć (bo normalnie przeważnie przegrywam wyścig do nielicznych sof czy kanap dostatecznej długości, żeby się położyć), pomimo kaszlu i drących mordy dzieciaków w okolicy.
Przy wypakowaniu z promu jedyne zdziwienie, to że zwarte, gotowe i wzmocnione siły policyjno-pograniczne w Dover (serio, szokująco liczna była grupa, szczególniej o 2am) przepuściły nas bez pytania i kontroli, chyba naprawdę zdziwienie im wyłączyło wolę walki, paru miało w oczach WTF i "czy ja TO mam zatrzymać, ale, eee" po czym z hukiem przejechaliśmy i było po ptokach. Czyli są jakieś pożytki z ryja zaprojektowanego do wciągania matizów, małych dzieci i straszenia postronnych.
Z Dover chciałem dociągnąć nocą za Londyn i plan wykonałem, po czym zdrzemnęliśmy się w samochodzie do poniedziałkowego wczesnego ranka i ruszyliśmy przez UK do domu, bez większych problemów czy wrażeń.
Dopiero za Carlisle okazało się, że jak zwykle jestę debilę, gdyż kiedy zaczął mi wózek lekko wibrować, olałem z przyzwyczajenia; kiedy zaczął wibrować mocniej, nawet zjechaliśmy na stację paliw, pomacałem przednie koła, wzruszyłem ramieniem, i pojechaliśmy dalej; po czym po parunastu milach "dygnęło" wozem mocniej, zjechałem i tym razem odkryłem, co się stało że się zesrało, czyli że urwało nam trzy z pięciu nakrętek tylnego koła. Jak ktoś ma problemy z matematyką czy inżynierią, jak ja, podpowiadam, ze zostały dwie; fortunnie bo po przekątnej, tyle, że oczywiście w stanie nieznanym (np. nadpęknięte, przeciągnięte, itp). Po dokręceniu i bardzo mocnym rozważeniu holownika (zostało coś koło 150km ale przez górki i zakręty), poturlaliśmy się na północ oszczędzając moment na koła i raczej wolno. A stąd ilość wkurwu na autostradzie M74, szczególniej wśród kierowców TIRów, osiągnęła wczoraj jakieś 235% normy.
Ale dojechaliśmy bez problemów, wypakowałem stertę gratów, niektóre bardzo pożyteczne do gier (np. PC) i zabaw (np. maszyna do szycia) i pomału wracamy, pod naprawdę wieloma możliwymi względami, do normalności.