Kiedy czasem ku pokrzepieniu poczytuję sobie różności kurtularno-oświatowe serwowane przez tych z sercem po lewej stronie, jednak czasem śmiech mnie pusty chwyta i trwoga. Głównie z jednego, za to fundamentalnego powodu - że wydaje im się, że idea równości, szczególniej ludzi, jest oczywista, niepodważalna, wpisana w konstytucje i prawa, no przedustawna bez mała.
A gówno.
Bo już pomijając, że można ją podważać dosyć skutecznie łomem logiki, to przecież nawet dłutem zdrowego rozsądku wystarczy - jak pokazuje historia, od momentu kiedy wykluły się demokracje i republiki starożytne, po demokracje i oświecenia zupełnie nowożytne, o tyle jest równości, o ile jej jacyś równi równo zechcą bronić, mniejsza czy hoplici greckiego miasta-państwa, czy anarchosyndykaliści. Ale w momencie, kiedy nie są w stanie jej obronić, albo wolą opłacić zawodowców, żeby tej równości bronili czy tylko ją law enforcementowali, to już po ptokach, umarł w butach, i ktoś jest równy, a ktoś równiejszy, i zaraz okazuje się, że prawie nieważne czy pod sztandarami demokracji, czy kapitalizmu, czy socjalizmu, czy nawet komunizmu, i tak ląduje się w "Folwarku zwierzęcym".
A najbardziej nie rozumiem absurdów z jednoczesnym stawianiem równości w teorii, prawie, idei, na piedestale, i niechęcią do jej rzeczywistego wprowadzenia technologicznego lub biotechnologicznego. Niestety, nieodmiennie kojarzy mi się to z dziecinną postawą "zjeść ciastko i mieć ciastko" - żeby wszyscy byli równi i nadal różnorodni.
To się nie może udać.
(No dobra, może, ale pod warunkiem, że wszyscy będą od siebie doskonale niezależni,
in-dividual, tzn. nastąpi koniec społeczeństwa, jakie znamy. Co w sumie też przeraża wszelakich
chumanistów.)
Dlatego jednak fundamentalnie nie rozumiem, po co w ogóle (poza wierszówką i poklaskiem, oczywiście) ktokolwiek strzępi sobie klawiaturę czy język rozważaniami o feminizmie, albo jak uczynić świat w 12.3% znośniejszym dla kolorowej mniejszości czy ubogiej większości, zamiast pragmatycznie podyskutować, jak zniszczyć chromosom Y w skali planety, czy zniknąć ludzkie rasy, itp.
Bo tak naprawę tylko walec technologii (ostatnio/wkrótce - bio), pomału i w swoim tempie, wyrównuje wyboje świetlanych dróg w przyszłość; konwencjonalne rewolucje i holocausty są przeciwskuteczne w zapewnianiu dobrostanu dla rzesz ludzi, ale paplaniny ideologów, ładnie proszących, żeby ci równiejsi nie byli takimi świniami, i podzielili się światem z równymi, są tylko żałosne.
(poza paroma tekstami z lewej strony blogo- i kulturo- sfery, notkę sponsoruje, w sposób okrężny i nieoczywisty, obserwacja parkingu i konsumentów Tesco)