Miała być notka o psach, a nawet o "Psach", bo film Pasikowskiego parę dni temu miał 30 rocznicę premiery, i próbowałem zebrać się do podsumowania "kultowego dzieła", które nawet nawet lubię - do podsumowania tego, co było w nim ważne wtedy, jak rozprawiło się układami i debilstwami "kina moralnego niepokoju", czy innych wajdów; co jest tam nadal ciekawe, także w kontekście np. kto nadal rządzi Rosją i funduje szemrane akcje a nawet wojny, jak na Ukrainie (hint: ubecy, którzy myślą, że są Franzami); albo, że komitety czy zespoły ludzi, wbrew pozorom, mogą generować dobre pomysły a nawet filmy, nie tylko - kaszany i gnioty, wtedy w 1991 i teraz też, itd.
Ale przeszło mi, bo kogo obchodzą filmy starsze niż moje dzieci, paru dziadersów? No dobra, może oni są targetem tego bloga, nie mam pojęcia i nie obchodzi mnie to, ale może zamiast smęcenia o mizogini Pasikowskiego, porozmawiajmy o czymś przyjemniejszym, i poszerzmy target i bazę w kierunku Całego Internetu, czyli utonę w anegdotach o kotach. (W szczególe zaczęło się od pewnych nocnych rozmów o kotach i inteligencji zwierzaków, bo kolejna osoba odkryła
ten wierszyk)
1.

Nasz pierwszy kociak, szarobury Leeloo (jakby ktoś zastanawiał się skąd to imię, polecam film "Piąty element"; niefortunnie po chwili okazał się być kotem, a nie kotką, ale imię zostało), był pobrany z jakiegoś miotu półdzikich kociaków, które mieszkały gdzieś u kogoś, na działce. Był na tyle dziki, że na początku w naszym domu, jak wbił za regał, tak nie widzieliśmy go dobę czy nawet więcej. Typowe. Ale pomału wyszedł, zaczął jeść, pokazano mu kuwetę, itd itp. zaczął się przyzwyczajać. Po paru dniach wracam z pracy do domu, a tam sprzątanie dużego pokoju (z balkonem), bo doniczki z parapetu wywrócone do góry nogami i okolice okna i drzwi balkonowych jak po nalocie bombowców, bodaj zasłona naderwana, oraz wkurzona młażona "CO CI DO ŁBA STRZELIŁO?! - No chyba nie mnie, tylko Leeloo?? - Nie, tobie! Jak mogłeś zasłonić żaluzje z rańca? - Eee, no nie chciałem łazić w majtach na tej wystawie, przy zapalonym świetle a na zewnątrz było jeszcze ciemno, całe osiedle by mnie oglądało... - Aha. To nie rób tego więcej - Ale co to ma do rzeczy, gdy kot rozrabia?? - Przecież on jest wzięty ze szklarni na działce! pewnie uznał, że wyłączyłeś mu cały świat na zewnątrz. Usiłował go z powrotem włączyć, tylko, że zdemolował mi kwiatki i wszystko - Oookeeej.
Leeloo był później bardzo mądry i zsocjalizowany (reguła kciuka na naszej niedużej próbie kotowatych - te "półdzikie", tj. mające trudne dzieciństwo i w kontekście "niepełnosprytni wyginą", były potem znacznie znacznie inteligentniejsze i w ogóle "kotami bardziej". Ale ich socjalizacja
czasem zabierała lata. W opozycji - kociaki "miękkie buły" z dobrych warunków, przeważnie były zabawne i przytulaste prawie od ręki, ale za to pozostawały tępawym miękkimi bułami, niewiele je ciekawiło poza michą, poduchą i zabawą. No i różnica w wokalizacji tych dwu "rodzajów" zwykłych nie-rasowych kotów jest uderzająca, bo jw. "hałaśliwi giną łatwiej".
Leeloo jako jedyny z naszych kotów próbował robić reverse engineering kolumn głośnikowych. Znaczy, wiele kotów interesowały głośniki, w których ptaszki ćwierkają albo zwierzaki czy ludzie gadają, ale raczej - od przodu, i umiarkowane przyglądanie się kolumnom czy głośnikom. Leeloo w napadach inżynieryjnych usiłował zbadać kolumny od przodu, od tyłu, po co ta dziura (bass-reflex) i ogólnie uwijał się wkoło z miną "człowiek, czy ty kumasz to?! bo ja nie kumam, to jakaś wyższa technika!".
Został też naocznym dowodem w temacie starych dyskusji "czy klawiatura i myszka komputerowa to intuicyjny interfejs PC, czy nieintuicyjny?". Zaczęło się prozaicznie, od wylegiwania się na moim wielkim monitorze CRT (około 1996, pierwsze Pentiumy i Win95), bo ciepło. Z góry nad monitorem ewidentnie zaczął zauważać co nieco na ekranie, pod kątem (koty prawie nie interesowały się "tak normalnie" CRT czy telewizorami, czy wczesnymi LCD, bodajże odświeżanie obrazu było dla nich o wiele za wolne), zdarzało mu się przyglądać, czy sięgać łapą z góry, do animacji, czy kursora.
Przyglądał się też zafascynowany mojej pracy na klawiaturze, im szybszej, tym lepiej, myślałem, że jak zawsze przy kumatych kotach, fascynuje go "ech, człowiek, żebym ja miał palce, a choćby tylko kciuki...". Okazało się, że co innego go fascynuje. Bo nagle raz czy drugi po powrocie do kompa z kawą itp. (kuchnia była na parterze, pracownia i komp na piętrze), zastawałem w edytorach jakieś bełkotliwe wstawki "mncb xmc smd cjm dmc xnz.,dmn" i miałem mini-zawał, że DKJP wirusa mam na nowym kompie i nowym Win, aaa!
Ale zanim umarłem, przeskanowałem i przeinstalowałem Win, po dwu czy trzech raza sprawa wirusa wyjaśniła się - zastałem Lilka przy mojej solidnej "mechanicznej" klawiaturze, z uporem napier... w jej dolną część łapą; dał do zrozumienia "człowiek, kumasz jak śmieszny dźwięk ma ten duży klawisz na dole? ten na sprężynkach! ubaw po pachy, choć trudno mi łapką trafić w tę spację!".
Lilek był też chyba najbardziej empatycznym z naszych kotów i miał poziom "lustra empatii" niebotyczny w porównaniu z innymi naszymi kotami. Wiele kumatych kotów czy psów (nie mówiąc o bardziej inteligentnych zwierzętach) rozumie ludzkie negatywne emocje, smutek, rozpacz itp. i to już niesamowite, bo przecież wyrażamy je inaczej niż one - a one jednak uczą się nas, a nawet usiłują nas pocieszać, psy próbują zabawiać, przynoszą swoje ulubione gadżety, koty wtulają się, ocierają, próbują omruczeć smutną bliską osobę.
Lilek doszedł do poziomu "nie płacz, człowiek! pocieszę cię jakoś? zaraz, wy się nie ocieracie pyszczkiem, to może JA CIĘ POGŁASZCZĘ?" i nie ocierał się czy ugniatał swojego smutnego człowieka, tylko np. delikatnie głaskał łapką płaczącą żonę, po głowie i policzku... Nie da się ukryć, jako pocieszyciel osiągnął 273% normy.
2.
Jackie (jakby ktoś się zastanawiał skąd to imię, polecam film "Jackie Brown"), czarna kotka, była znacznie normalniejsza w porównaniu. Oczywiście było z nią wiele pociechy i akcji, ale typowych pomiędzy kotem domowym a człowiekami. Tylko ze dwie były raczej nietypowe.
Jackie była niewysterylizowana i dostała rui raz czy drugi. Rozważaliśmy sterylizację, ale że może najpierw chcemy więcej milusich kociaków? Ale jak, z kim, i w ogóle? Nagle napatoczyła się interesująca okazja w tym kontekście, bo przez ogródek, przed naszymi wielkim szklanymi drzwiami, zaczął okazyjnie przechodzić Gruby. Gruby był wynikiem jakiegoś dziwnego eksperymentu genetycznego, bo miał rozmiar, wagę i ruchy jakiegoś wielkiego kota norweskiego, tylko w wersji czarnej polsko-domowej, jak ruchoma czarna dziura ze złotymi oczami, wycięta w przestrzeni, szczególniej kiedy po śniegu chodził. Miał rozmiar średniego psa, łaził po osiedlu, był półdziki, ale dawał się podejść czy głaskać (uprzedzając fakty - nawet wziąć na ręce później, ale trzeba było go podnosić ostrożnie, żeby se plecków nie uszkodzić...).
Jackie w rui "śliniła się" na jego widok za szybą, kiedy przechodził przez ogródek. Sprawdziliśmy, że Gruby jest w miarę przyjazny, pomimo wrażenia, że za parę lat będzie lokalnym
Greebo. Ej, to może skrzyżujmy czarną średnią kotkę, z wielkim przyjacielskim czarnym kocurem, będzie dużo czarnych kociaków, i co może pójść nie tak?
Okazało się, że ruje i seksy jedno, środowisko to zupełnie co innego. Gdyż po przyzwyczajeniu Jackie do szelek i długiej smyczy (nie wychodziła z domu), wystawienie jej do ogródka zimą zaskutkowało u niej "CZŁOWIEK CZY CIĘ POPI...ŁO? Jaka ruja, nic nie wiem o żadnej rui, WPUŚĆ MNIE CZŁOWIEK Z POWROTEM!". Ale przynajmniej Gruby ją zauważył i nawet rozpoczął flirty oraz "jednakowoż ładna dziś pogoda, madam?", no ale Jackie nie to było w głowie.
Okej, zmiana planów. Zwabiamy Grubeła do domu, będą seksy w ciepełku. Poszło w miarę bezboleśnie, nawet dawał się kloc brać na ręce jw. Tylko, że w salonie nastąpiło odwrócenie ról, Jackie miała
"chej, miły kawależe, chcesh poklikać?", ale Gruby "DŻIZAZ K... JA NIE PIER... gdzie tu są drzwi?! Którą ścianę mam przebić, żeby wydostać się z tej pułapki?!".
Okej, zmiana planów, trudno, potrzebny jest kompromis, żeby osiągnąć konsensus. Wielkie drzwi balkonowe do ogródka otwarte, chałupa wyziębiona, no i dorobiliśmy się czarnych kociaków zrobionych na progu. Zupełnie dosłownie i dokładnie na progu.
BTW rodzenia kociaków, Jackie zażądała w sposób oczywisty asysty młażony przy rodzeniu oraz prosiła o pomoc przy kociakach. To tak a propos inteligencji kotów przychodzących do szpitala ze złamaną łapą albo przynoszących chore kociaki na pogotowie, krąży takich filmików w necie sporo, odkąd każdy ma kamerę w komórce.
Z innych ciekawych akcji z Jackie, nie wiedziałem, że kot może zachowywać się jak pies myśliwski. Kiedyś zimą, po zmroku, kota przechodząc przez pokój nagle zamarła w pozycji jakiegoś wyżła - pointera, z jedną łapą uniesioną, wycelowana w drzwi balkonowe (te z punktu 1, na piętrze domu). Miałem "A tej co się stało?", przyglądamy się zdumieni skamieniałej kocie, zagadujemy ją, a Jackie zero reakcji. "Ty, czy ona coś widzi na balkonie? - Przecież tam nic nie ma. O kurde, pomyliłem się!", gdyż okazało się, że w ciemności na balkonie siedzi sobie duża kuna, i przygląda się nam przez dół drzwi balkonowych, jakby była w zoo, "cze człowieki, co tam u was słychać? zimno, nie?". To była lokalna rezydentka, zimą pomieszkująca na naszym nieużytecznym strychu, w lecie na starodrzewie sąsiada. Kota, kiedy odzyskała zdolność ruchu po tym, gdy kuna znudziła się i sobie poszła, była bardzo wstrząśnięta i zmieszana.
3.
Ostatnia para kotów (w końcu pojęliśmy, że właściwą minimalną miarą zakocenia jest dwupak) to były Łata i Mały. Mały był normalny, duży czarny kocur (dlatego "Mały"...), od maluśkiego kociaka "domator", i raczej tępawy i głuptas w dyskutowanych sensach, ale miły i socjalizowany. Dołączyła Łata, która była kociakiem wiejsko-zagrodowym, konkretniej w typie "zwiad bojowy". Zsocjalizowała się baaardzo wolno, ale rozumkiem przebijała nawet Lilka (ale nie empatią i okolicami, tylko raczej sprytem i inteligencją). Były wysterylizowane, mieszkały razem i z nami wiele lat, wspominałem je nieraz na blogu, ale może zbiorę anegdoty w jednym miejscu.
Poza podstawami języka polskiego, jak "jeść", "puszka", "wypadzgrzejnika" itp. znały nawzajem swoje imiona - a w przypadku tępawego Małego było zdumiewające, że wie kto to Łata. I nie było do co do tego wątpliwości, gdyż ze dwa czy trzy razy, kiedy Łata miała mocną fazę na chowanego (że dźwięk puszki żarcia, czy worka chrupek, nie był w stanie jej przywabić), i nie mogliśmy jej znaleźć w domu (drugim, bardziej w lesie i "ogrodowym", z większymi możliwościami ucieczki ciekawskiego kota na wrogie zewnątrz), przychodziło wytłumaczyć Małemu pytanie "Gdzie jest Łata?". On przeważnie był już zainteresowany, co to za bieganina po domu i przyjaźnie próbował zrozumieć, co od niego chcemy, ale szło opornie, bo był to kot o bardzo małym rozumku. Ale jak już zrozumiał "GDZIE JEST ŁATA?", prawie widać było, jak zapala mu się nieduża żaróweczka nad tępawą główką, "A, Łata! trzeba było tak od razu, człowiek!", i prowadził bezbłędnie i prościutko do miejsca, gdzie akurat schowała się koleżanka, do jakiegoś regału, szuflady, pralki itp.
A propost chowanego, Weronika nauczyła Łatę aportować, co dosyć łatwe, ale też nauczyła ją zabawy w LUDZKIEGO chowanego. Już tłumaczę różnicę - w chowanego jak powyżej, mnóstwo zwierząt się bawi. W ludzkiej zabawie w chowanego, chowający daje fory szukającemu (liczy do 10 itp.), wiele zwierząt, szczeniaczków itp. nie może tego pojąć, że fajne jest "szukaj!", ale nie chodzi o to, żeby ciągle biegać za chowającym się... Łata nauczyła się dawać Weronice fory przy chowaniu się po domu, żeby było to prawdziwe szukanie, a nie bieganie za Weroniką.
A propos a proposa przy okazji tych zabaw ewidentnie ustaliliśmy, że Łata wie, kto to "Weronika". Oraz przezabawne było, kiedy raz na 10 nie udawało jej się Weroniki łatwo znaleźć, i w końcu córka objawiała się jej zza jakiejś zasłony, czy szafy, Łata rozglądała się i miała ewidentnie "o kurcze, ale ze mnie tępa dzida, że cię tu przeoczyłam, zaimponowałaś mnie, małyczłowiek!".
Łata nauczyła się otwierać drzwi wewnętrzne z klamki. Co ciekawe, Mały nigdy nie nauczył się porządnie nawet tego, czy pchać czy ciągnąć lekko uchylone drzwi itp. "niuansów". Za to nauczył się, że może zawołać Łatę, która przyjdzie i mu otworzy każde możliwe do otwarcia drzwi. Żebym tego nie widział na własne oczy, to bym nie uwierzył, jak nieznacznie i po cichu wołał ją/wysyłał znak-sygnał, i jak sprawnie mu otwierała "zakazany pokój" itp.
Łata była łowna, szczególnie na stworzenia latające; nie miała wiele okazji, ale nie przepuszczała wpadającym do domu motylom, startowała do ptaków (ze dwa razy wpadły do domu, raz, ciekawostka, wróbel kominem do kominka... ale to pewnie w kontekście lasu i starodrzewu, gdzie kobuzy itp. mieszkały i zapraszały mniejsze ptaszki na obiad czy kolację), najbardziej mordowała "zajączki" na ścianach, odblaski od oczka wodnego, które było w ogródku, blisko przeszklonych drzwi. Przez te drzwi, latem często otwarte, czasem wpadały do wnętrza domu przepiękne ważki. Jeśli zdezorientowana ciemnym wnętrzem ważka zawisła i rozglądała się, albo za wolno ewakuowała z powrotem, a Łata była w pokoju, to już było po ważce.
Kiedyś, zanim zareagowaliśmy w takiej sytuacji, zdążyła sieknąć przepiękną zieloną wielką ważkę; wyrwaliśmy ofiarę kocie, ale przygryzła ważkę na tyle, że zaraz ogłoszono zgon. Łata kręciła się podniecona wkoło "ODDAWAJ MOJEGO PTASZKA, CZŁOWIEK!", ale po pierwsze nie chcieliśmy żeby Łata żarła potencjalnie zarobaczone itd. ofiary, po drugie, akurat córka miała fazę na biologię, badanie owadów w ogródku (wszystkie pająki znała z klasyfikacji, a być może też z imienia i nazwiska), miała mikroskop, itd. więc wpadliśmy na pomysł, żeby spróbowała ważkę zasuszyć i zrobić sobie z niej ciekawe preparaty, bo z czego, jeśli nie z takiego pięknego aliena i predatora.
I tak było. Tylko był jeden problem - Łata nie odpuściła. Doskonale wiedziała, że to JEJ WAŻKA! prześladowała i zrzucała pudełka z ofiarą, próbowała się do nich dobrać, i tak dalej. Trwało to całkiem długo, bo chociaż nie miała szans poradzić sobie z zamkniętymi pojemnikami, uparcie znajdywała je, pomimo ich chowania, i próbowała dobrać się do ważki.
Kiedyś wróciliśmy "z miasta" do pustego domu, i po otwarciu drzwi zastaliśmy siedzącą na wprost, w korytarzu, dumną Łatę, z pyskiem całym jak w brokacie, i miną "JA NIE OTWORZĘ STRUNOZAMKNIĘTEGO POJEMNIKA? Potrzymaj mi miskę, człowiek!". A w pokoju Weroniki zastaliśmy na podłodze otwarte pudełko, w typie jak "śniadaniowe", trudne do otwarcia nawet dla człowieka... i zpulweryzowaną ważkę, w formie pyłu-brokatu. Nikt nie wie, jak Łata otwarła te pudełko, może zrzucając wielokrotnie na podłogę? nie wiadomo, a kciuków przecież nie miała.
A propos żartów o kciukach u kotów, zawsze ujmowało mnie, jak co bardziej inteligentne zwierzaki, jak Łata czy Leeloo, kibicują ludziom zmieniającym otoczenie, przy wykończaniu domu, składania mebli, przestawianiu lodówki, itp. Znaczy, większość zwierząt domowych obserwuje czy interesuje się takim zamieszaniem, ale jest wyraźna różnica, kiedy Mały zajrzał na chwilę "do prac" i poszedł spać, czy zwierzak tylko spojrzy spod oka na majsterkowicza, a kiedy np. Łata siedziała godzinami (oczywiście z przerwami), obserwując prace z wyrazem "kurde... jakbym miała takie kciuki i wzrost, ale bym se naskładała pudełek-skrytek, i drapak porządny! a nie twoje durne regały, człowiek", albo "człowiek, może ty jednak przeczytaj tę instrukcję IKEA bo droselklapa tandetnie blindowana wyraźnie ci ryksztosuje....".
4.
Anegdota z drugiej ręki, nie pamiętam nawet od kogo; pewnie zmyślona w połowie, a drugą połowę pozapominałem i konfabuluję. Ale opowiastka przednia, i coś gdzieś mogło być na rzeczy, widywałem podobne akcje naocznie, ale NIE AŻ TAKIE:
Na sąsiednich podwórkach na wsi mieszkały: zadbany, nieco wychodzący "na wieś" kot, i obok typowy łańcuchowy burek, rasy kundel podlaski. Kot czasem przechodził przez płoty i podwórko burka, wkurzając go nieco, ale miał psa w nosie oraz dobrze rozpoznany zasięg łańcucha pieseła. Poza ujadaniem burek niewiele mógł kotu zrobić.
Dla ustalenia uwagi, do siedliska kota czasami z odwiedzinami przyjeżdżali ludzie miastowi, i przywozili miastowego psa, który na wieś nie wychodził i w ogóle był ahrystokratą w tym towarzystwie. A z kotem rezydentem żył w przyjaźni i zgodzie, od szczeniaka.
Któregoś dnia do właścicieli kota przyczołgał się, szlochając ze śmiechu, sąsiad - właściciel burka łańcuchowego, i jak już odzyskał mowę, mówi tak:
- Jesteście mi winni psa, bo wasz kot mi go zepsuł!
- RZE ŁOT DE FAK?
- Wasz kot przełaził u nas przez podwórko jak zwykle. Ale coś mu się dziś popier...ło i zszedł z kursu, i prawie wszedł w zasięg łańcucha, a burek wyczuł bazę i skoczył w dobrym momencie, i prawie waszego sierściucha dorwał, o tyle brakowało!
- Łoj...
- Ale jednak nie dosięgnął kocioła, który odskoczył, fuknął i poooszedł przez płot, do was z powrotem. Pomyślałem se "Oj, nie wrócisz ty tu prędko!". Ale patrzę się za parę minut, i oczom nie wierzę - ten mały szkurwiel idzie do nas wkoło PRZEZ OTWARTĄ BRAMĘ i prowadzi do nas tę WIELKĄ SUKĘ DALMATYNKĘ, co u was bywa!
- RZE ŁOT PONOWNIE???
- No ja też nie rozumiem, jak on to zrobił i ją namówił, zresztą, suka wyglądała na zdezorientowaną i sama nie wiedziała, po co kot ją do nas prowadzi.
- Aha. I co one zbroiły?
- W sumie niewiele. Kot rozsiadł się na skraju zasięgu łańcucha i demonstracyjnie się wylizał, dobrze, że nie naszczał na budę... A dalmatynka pokręciła się chwilę po podwórku, z wyrazem pyska "i co ja robię tu?". A potem sobie poszły. Tylko, że teraz wisicie mi psa, bo burek na widok największego zwierza w monochromie, jakiego w życiu widział, jak wbił w budę przerażony, tak nie chce wyjść, tylko piszczy. No zepsuty! A ja mam kolkę ze śmiechu...