"Gdyby ludzie potrafili zdobyć się na uczciwe podejście do sprawy, ryliby na nagrobkach soczyste przekleństwa pod adresem Natury, która tak to urządziła, zamiast ukrywać dowody jej zbrodni pod wiązanką kwiatów" (S.Lem)
1. Kiedy patrzę w swoje
"mapy pamięci" muzycznej, zaskakuje mnie nieco jak bardzo "mapa to nie terytorium". Bo można by uznać, że wpadłem na Vangelisa w '80 przez chwilę, ale potem mi "przeszedł". Aha, akurat. Ale faktycznie, nie było łatwo na początku.
2. Na początku był elektro-szołmen Jarre i wielośladowi-syntezatorowi ludzie z Kraftwerk i Tangerine Dream. Nagle "na tym tle" późnego PRLu pokazał się Vangelis z "Rydwanami ognia". Eee tam, takie se plumkanie, za mało synthu w tych syntezatorach, a film w ogóle meh. A inne jego rzeczy, z czasów "Dziecko Afrodyty", na które można było wtedy wpaść? jeżu kolczasty, to nie elektro, to jakieś eksperymenty; z Demisem Roussos'em? to śpiewak dla starych ludzi (znaczy, rodziców). Nope.
3. Ale zaraz potem "przybył i wybił" Blade Runner. I tu już było "COOL!". Oraz wpadły w ucho jakiś jego rzeczy pomiędzy "666" a "Rydwanami", jak "Albedo 0.39" czy "Spiral" (pewnie z Trójki wpadły w ucho, bo skąd). To już było supercool; właśnie lecą mi w tle i nadal wyrywają z kapci. W końcu nawet te "Rydwany" jakoś zacząłem znosić i kolaboracje z Jonem Andersonem też. Muza z "1492 Podbój raju" też mocno weszła.
4. W mojej prywatnej Czarnej Dziurze Muzycznej lat '90 trafiały się jednak pewne przebłyski. Jak pierwsze CDki, zamiast g... kaset (bo kolekcja na szpulach już przepadła); i na przykład był między nimi premierowy "Voices" Vangelisa, kupiony razem z premierowym "Memory of Trees" Enyi (oba około 1995). Nie kupowałem wtedy Jarre'a czy Tangerine Dream itp., a Vangelisa, owszem. I kiedy nocą ciemną, w nowym, częściowo wykończonym domu, gdzie za ścianą spały żona i córki, mogłem posłuchać se cichutko powyższych "Voices", dawało to trochę radości i nadziei. (BTW dziś jest dzień, w którym zorientowałem się, że "Come to me" śpiewa Caroline Lavelle, efektowna wiolonczelistka np. u
Loreeny McKennitt, okazyjnie śpiewaczka - mam refleks żółwia-szachisty...)
5. Kiedy wyszedłem z dziury muzycznej '90, po przeprowadzce pod Wawę, przy zwijaniu starych miejsc i rozwijaniu nowych, nie miałem za bardzo głowy do "starej muzy"; odkrywałem indie, trance, zaległości z '90. Ale premierę "Mythodea" zauważyłem jak cholera; o ile pamiętam, nawet dzieci usiłowałem zainteresować, albo dziecko się samo zainteresowało, co ojcu nagle odwaliło, że puszcza se chóry symfoniczne skrzyżowane z NASA i elektroniką. Po dziś dzień, kiedy próbuję
pisać o starożytnościach, albo se czytam o czy studiuję, bardzo często gra mi głowie motyw przewodni z "Mythodea".
6. Więc - jest inaczej niż to wygląda na "mapie pamięci", Vangelis pogrywa u mnie w tle ciągle, przez cały czas, znacznie bardziej niż inne gwiazdy elektro z '70-'80. Nawet z "Dziećmi Afrodyty" się w końcu "pogodziłem"; właśnie sprawdziłem, że "666" dorzuciłem na dysk rok temu. No może nie z całością się pogodziłem, ale dojrzałem w końcu do większości
progresywnych pomysłów Vangelisa, może
nieco go zrozumiałem, i tego z lat rewolucji '68, i tego później. Nie tylko przez muzę, ale wpadając na wywiady z nim, poczytując komentarze do i jego całą historię. Zrozumiałem, że wyszedł z muzyki i kultury, w syntezatory i elektro na granicy pop, a tak naprawdę próbował dojść znacznie dalej.
7. Wydaje się, że mało kto pozostał tak skromny (a nawet skryty) i szczery w sensie artystycznym i sam ze sobą, odnosząc tak wszechświatowy sukces, jak Vangelis. Który wyszedł z Grecji, "przerósł ją", potem przerósł Francję, potem przerósł megabiznesowo - muzyczną Anglię, i jest wrażenie, że potem przerósł tę całą zmurszałą planetkę. I nie idzie tylko o motywy kosmiczne w jego późnej twórczości, ale o całokształt. Jedyne podobne wrażenie o skromności i szczerości, i utrzymaniu niezależności, wszystko "pomimo" kolosalnego sukcesu, mam przy "Dead Can Dance". I nawet podobne wrażenie ogniskowania kultur przeszłych w przyszłe, w aktywnej Teraźniejszości.
8. Odszedł Roussos, odszedł Vangelis, odchodzi niezapomniana Irena Papas, pokolenie "dzieci Afrodyty" wymiera. Ale ludzie ich pokroju, czy jak duet "Dead Can Dance", zawsze wydają mi się diamentowymi łącznikami klepsydry Rzeczywistości, przez które piasek przeszłych kultur i muzyk przesypuje się w roszerzający się Wszechświat przyszłości. Są niezwykli, niezniszczalni, bezcenni.