W sobotę była tak piękna pogoda, że po wyjściu z porannego zombie-mode uznaliśmy, że trzeba gdzieś się ruszyć i padło na
malowniczą trasę przez Cairngorms, do Braemar, Balmoral i Ballater.
Ale głównie
do "zamku" Balmoral, gdyż siatka skojarzeń związanych z królewskim ślubem, o którym trąbiono w mediach od paru dni czy tygodni, nieuchronnie "ściągała" pomysł na wycieczkę do ew. zwiedzenia, w końcu, jednego z prywatnych majątków królowej. Oraz w sobotę w cenie biletu było ciastko z okazji ślubu, dla darmowego ciastka przejechalibyśmy i 200 mil.
Przelot tą trasą, przy ślicznej pogodzie, jak zwykle fenomenalny; szczególniej, że wygodnym lexi, a nie jakimś służbowym pickupem czy starym vanem.
Posiadłość Balmoral jest jednym z nielicznych prywatnych majątków króla/królowej (nie - Korony, jak większość zamków, pałaców itp. nieruchomości). Jej "serce" jest dostępne do zwiedzania od kwietnia do wakacyjnego przybycia rodziny królewskiej czy królowej, typowo w sierpniu. W budynkach gospodarczych jest parę ekspozycji, jak ładna garażowa kolekcja (pożyczonych) Landroverów i Range Roverów, trochę powozów itp. jakieś narzędzia, mundury, wyposażenie. W głównym budynku "zamku" tylko sala balowa jest dostępna do zwiedzania, również z niedużą acz efektowną ekspozycją bibelotów, obrazów, itp. Poza tym dostępne są ogrody i ogródki i cały teren w koło, park w rozmiarze parokilometrowym.
Kiedy około 1845r. jeszcze całkiem świeża królowa Wiktoria, razem z świeżym mężem, księciem Albertem, odkryła w temacie wycieczkingu Szkocję, bardzo spodobały im się dziewicze tereny w "przelotowych" dolinach przez Craingorms. A że królewskie wycieczki nie były dwuosobowym spacerkiem i jednak wymagały pewnego zaplecza, powstał plan, szczególniej w głowie Alberta, żeby kupić jakąś posiadłość w tej okolicy, kojarzącej mu się z ojczystą Turyngią. Akurat w Balmoral, gdzie było wtedy głównie dużo pustki i stary zameczek, pokończyły się dzierżawy itp. stąd Albert w podskokach i
bez oglądania kupił posiadłość "na pniu", grunta, budynki, z meblami i służbą. Potem dokupili parę okolicznych posiadłości (jak Birkhill, gdzie rezyduje przeważnie następca tronu z ew. rodziną) i "skrawków", i obecnie całe królewskie Balmoral ma jakieś 20tys hektarów.
Stary zameczek i budynki błyskawicznie okazały się za ciasne, bo Balmoral z dyskretnej wiejskiej wakacyjno-szkockiej posiadłości błyskawicznie stał się ulubionym i reprezentacyjnym "zamkiem", gdzie królowa Wiktoria podejmowała gości. Stąd zaraz zamówiono nowy dwór, w stylu szkockiej baronii, jak widać na zdjęciach powyżej, plus szereg budynków solidnego zaplecza. Co ciekawe, dwór wydaje się nieco disnejowski i przerysowany, ale daleko mu do kiczowatego "bogactwa" "prawdziwego" stylu szkockiego, i był krytykowany w swoim czasie za prostotę na granicy prostactwa i że to wszystko wina Alberta i jego niemieckiego braku smaku (bo książę-małżonek mocno wpływał na projekt).
Królowa Wiktoria z rodziną uwielbiali wycieczki i ucieczki do Szkocji; uciekali nie tylko do przyrody, ale jakoś tak zaczęli "wcierać" się w Szkocję - królowa zaczęła wizytować zawody szkockie i inne festyny w pobliskich miejscowościach, lansować szkockość (nawet jeśli w wersji nieco bolywoodzkiej i tak mającej się do rzeczywistości jak proza Waltera Scotta),
kumplować się z miejscowymi. Co skądinąd nie tylko było ważną cegiełką do budowy XIXw. renesansu szkockości w UK, ale też zrobiło bardzo dobrze na public relations rodziny królewskiej, no bo gdzieś tak od tamtych czasów na żarty albo i nie tylko żarty o niemieckiej rodzinie królewskiej, królowe mogły odpowiedzieć "chyba cię wieśniaku Bóg opuścił, jesteśmy nie tylko brytyjscy, ale wręcz szkoccy", a królowie pokazać co mają po kiltem.

Od czasów Wiktorii Balmoral i okolica pozostaje w rękach rodziny królewskiej i oczkiem w głowie monarchów, nie bez problemów i kosztów, ale wydaje się dobrze trafioną inwestycją. Obecna królowa Elżbieta II, która od dziecka kocha konie i psy, ucieka do Szkocji na wakacje i jej rodzina też, podobnie jak przodkowie.
Dygresyjnie - królowa poza końmi i psami (słynne corgi) uwielbia też wycieczki w naszym stylu, to jest zmotoryzowane; ma zajoba na samochody od wczesnej młodości i od służby w czasie drugiej wojny w jednostkach pomocniczych, jako mechanik-kierowca.

Balmoral ma flotę landroverów i range roverów, inne bardziej cywilizowane miejscówki królewskie używają jaguarów; nie wiem jak obecnie, ale jeszcze parę lat temu królowa popylała jaguarami i terenówkami ino się kurzyło (zdjęcie jest w miarę świeże, królowa ma na nim około 90 lat). Znana jest anegdota o wizycie w Balmoral księcia (de facto władcy a wkrótce króla) saudyjskiego Abdullaha, któremu zaproponowano przejażdżkę po rozległej posiadłości. Wahał się, ale naiwnie się zgodził. Nie spodziewał się, że zostanie zapakowany do landrovera na przednie siedzenie, tłumacz na tył, a miejsce kierowcy zajmie królowa (nie mogę znaleźć konkretnej daty, ale około 70 letnia, zdarzenie było przed 2003). Dla ustalenia uwagi, w Arabii Saudyjskiej kobiety nie mogły mieć wtedy prawa jazdy czy prowadzić. Zresztą, to się częściowo zgadzało, bo królowa nie ma prawa jazdy (podobnie jak paszportu), no ale druga część zupełnie się nie zgadzała Abdullahowi, tj. królowa nie tylko może i umie jeździć, ale wręcz zapi... po wąskich gruntowych drogach Szkocji. Do tego cały czas gada. Stąd podobno nieco się przeraził i życie przelatujące mu przed oczami w godzinie śmierci zasłaniało mu piękne szkockie widoki, aż poprosił przez tłumacza, żeby królowa łaskawie mniej mówiła i uważała na drogę.

Kiedy już zjedliśmy królewsko-ślubne ciastka, obejrzeliśmy na telewizorze rozstawionym koło zamkowej restauracji kawałek ślubu diuka i diuszesy Sussex, połaziliśmy wkoło zamku, wygłaskaliśmy zamkowego kota, nie sposób było nie zacząć się zastanawiać po raz kolejny nad tym całym monarchistyczno-konstytucyjnym pierdolnikiem.
Że z jednej strony, pewnie że to przeżytek i feudalne skamieliny, i arystokratyczne pajacowanie, które kosztuje podatników jakieś tam pieniądze (akurat nie Balmoral i podobne, ale ogólnie, Korona kosztuje).
Że demokratyczne i obieralne instytucje i wybrani do nich ludzie na ogół są znacznie lepszym wyrazem woli znacznie większej ilości obywateli, niż urzędy dziedziczne i dożywotnie.
Że król czy królowa, która "nie rządzi, tylko panuje" przeważnie jest ornamentem a często tylko kwiatkiem do kożucha.

Jednak czasem wydaje się, że bywa to mądry i dobry kwiatek do zawszonego i wstrętnego kożucha nowoczesnej ztabloidyzowanej polityki.
Że demokratyczne obieralne instytucje i ich wybrani przedstawiciele bywają durni jak średnia arytmetyczna z IQ wyborców.
Że może jednak "personal touch" i poczucie ciągłości i że w razie czego nie do końca bazujemy tylko na nowomodnych nacjonalizmach i ludziach zależnych od tego, z której strony modnie wiaterek polityczny zawieje, ale na starożytnej tradycji wzajemnej feudalnej przysięgi, jest wentylem bezpieczeństwa wartym pewnych kosztów i teatrzyku arytokratycznych lalek.
I że może jednak ten pierdolnik monarchiczno-konstytucyjny nie jest takim złym pomysłem.
A już zupełnie pobocznie - wydaje mi się, że najlepszą wersję przynosi
królowa, która została dobrze przygotowana i wyedukowana, ale królową została nieco wbrew okolicznościom i "przez zaskoczenie". I musi się potem dostosować i kręcić mniej czy bardziej polityczne i obyczajowe kompromisy przez dekady. Jak Elżbieta II. Czy Wiktoria. Czy Elżbieta I.