Gugle nie daje zapomnieć, że Szkocja; zdaje się, wszyscy sprzedawcy wszystkiego po prostu nie mogą się doczekać i przebierają z ochoty nogami, żeby z St Andrew's Day zrobić kolejny St Patrick's Day, koniecznie i gardło sobie podrzynając.
Ale miłe, że promują się zasłużoną słusznie kolejką - Flying Scotsman to było coś (bo już dawno nie jest). Podobno
wersja A3 to najsłynniejsza i najbardziej rozpoznawalna lokomotywa parowa na świecie. Ja chyba bardziej podziwiam przemocną i rekordową
wersję A4; którą cenię nawet nie za rekordy prędkości (choć też imponujące) ale za solidność i moc (mało kto pamięta, że A4 rozwijał 50% mocy więcej niż jego następcy-diesle a solidność i trwałość miał też z zupełnie innej epoki).
Czyżbym nie wspominał przez te lata na blogu, że za dzieciaka miałem zajoba na koleje i kolejki, w stopniu naprawdę znacznym? No to właśnie wspomniałem.
A wracając do zawsze pożyczonych nostalgii i dziedzictw, i w kontekście szkocko-świętoandrzejkowym, zacytuję bardzo adekwatny
kawałek z chanów, który mi wpadł gdzieś na "zupie":

- być Amerykaninem szkockiego pochodzenia
- nazwisko MacDonald
- zaangażować się w działalność klanu MacDonald USA
- kupić kilt
- brać udział w zawodach szkockich
- uczyć się podstaw gaelic
- zaliczyć rok na wymianie studenckiej na szkockim uniwersytecie
- zajebiście być Amerykaninem szkockiego pochodzenia
- odwiedzić dziadka
- pyta się, czemu mam zajoba na Szkocję
- mówię mu, że to dziedzictwo i jestem z niego dumny
- on na to "synu, mój ojciec był Polakiem, nazwisko MacDonald przybrał se na statku którym tu przybył, bo uważał, ze brzmi amerykańsko"
- wskazuje, że mieszkamy w polskiej okolicy
- wskazuje, że żony i matki MacDonaldów zawsze miały panieńskie nazwiska na -ski
- pyta się czy naprawdę tego wszystkiego nie wiedziałem
- ze śmiechu dosłownie spadł z krzesła
- te wszystkie haggisy które zjadłem nie miały sensu
- powinienem zajadać się kilbasa