(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)Naczytałem się ostatnio o modnym buzzwordzie - grywalizacji (gamefication). Tylko nie wiem po co się naczytałem. Bo już zwykłe gry mnie słabo bawią, a co dopiero próby przepchnięcia gier do aktywności rodem z normalnego świata - ani to bardzo pożyteczne samo w sobie, ani jakoś nie wierzę, że będzie to etyczne i dla dobra i piękna, jakiejś edukacji czy ekologii - a nie dla marketingu i jeszcze lepszego podkręcenia korposzczurków biegających w kółku, itp.
Jak się zastanowić, to opozycja (lub jej brak) pojęć gra - zabawa, jest jedną z najdziwniejszych rzeczy jakie trafiają się w językach i kulturach, bo jednak dotyczy to zupełnie podstawowych zjawisk z psychologii i socjologii, i doświadczenia praktycznie każdego homo ludens, więc trudno mi pojąć, skąd te różnice. Za słabo znam się na lingwistyce i okolicach, żeby dobrze zrozumieć, co tak naprawdę implikuje unifikacja gry i zabawy w niemieckie Spiel czy rosyjskie igra; częściowa unifikacja angielskiego play z game, i gdzie jest miejsce fun; no i skąd w polskim dosyć wyrazista opozycja zabawy i gry. Ale już sam fakt, że takie fundamentalne różnice istnieją, i język i kultura rzutuje na opis, także naukowy (ludologiczny, serio, jest taka nauka, co prawda w powijakach i zamiast być ogólna, to raczej tylko o grach, i to cyfrowych, no ale jest), co sprawia nieliche problemy w dialogu między różnymi językami i kulturami, daje sporo do myślenia.
A opis ten wydaje się cholernie niewystarczający, jak się tym wszystkim ludologicznym ogólnym teoriom i opisom bliżej przyjrzeć. Bo ja tam widzę jakieś pomieszanie z poplątaniem - dla mnie gry (w sensie rozrywkowym ew. sportu, nie w sensie teorii gier czy psychologicznej analizy transakcyjnej, czy tych nowych konceptów o grywalizacji) i zabawy są podzbiorami rozrywki, ale rozłącznymi - gra zawsze ma reguły i najczęściej cel inny poza radością samą w sobie i z gry; zabawa może mieć reguły, ale nie ma celu poza radością samą w sobie i z zabawy; a z definicji rozrywki wynika dla obu, że są dobrowolne, bezproduktywne, itd. A badacze (nie wiem czy właśnie nie z powodów językowych jw.), potrafią ponaciągać wszystko na jedno kopyto, i robi się jakiś miszmasz - żeby wpasować zabawy jako podzbiór gier, tworzy się karkołomne konstrukcje myślowe, bo raczej ciężko wpasować zabawy dzieci w naśladowanie, czy ruchowe "oszałamiające" (karuzela) itp. w paradygmat gry - bo jakie są tu reguły i cele? Wypisuje się dodatkowe niezbyt sensowne założenia o niepewności (serio, niektórzy znikają z "niepewności wyniku gry" pojęcie "wyniku gry", i dopychają kolanem "niepewność" dla zabaw - no chyba w życiu nie rozmawiali z dzieciakiem budującym zamki z piasku czy modele, czy starszym panem budującym hobbystycznie motocykle czy samoloty). Podobnie, z sufitu biorą się założenia o "ustalonych ramach czasowych i przestrzennych", to już w ogóle nie wiem skąd i po co, zarówno dla gier i zabaw, chyba tylko po to, żeby dało się wyodrębnić przedmiot badania, więc dla wygody badaczy.
Dlaczego w ogóle mamroczę w tym kierunku? Bo niezwykle przykre, jak bardzo ludzie grają, a jak mało się bawią (i nie w sensie "ostatnio, w nowych niedobrych czasach", tylko ogólnie i zawsze); i to powszechne "granie w życie" (i o kasę, oczywiście), zamiast "zabawy w życie", moim zdaniem znacznie zmniejsza ilość piękna i dobra na tym łez padole. Jasne, że każdy trochę wyrasta z niektórych rodzajów zabaw, i wtłacza się nas w najróżniejsze gry z powodów społeczno-kulturowych, ale uważam, że nie wolno się tak łatwo poddawać. Dość dawno temu przyjąłem strategiczny plan powrotu w szczęśliwe czasy dzieciństwa, i jednym z ważnych punktów jest możliwie dużo bawić się, a jak najmniej grać. I sprawdza się takie nastawienie nieźle, także w kontekście zen (a nawet, konkretniej, zen rinzai). Ale czego w ogóle nie przewidziałem, to że spowoduje spore nieporozumienia w kontaktach z otoczeniem, któremu do zen i zabawy czasem tak daleko, jak mnie do faszyzmu czy wyścigu szczurów. Bo co i rusz miewam nieporozumienia z kolegami i znajomymi, ze znajomymi i nieznajomymi z internetów, z dalszą rodziną, na tle ich pytań sprowadzających się do "ale jakie są zasady i cel twojego X?", gdzie za X można podstawić "5 samochodów", "pisanie głupawych programików", "dyskusje w internetsach", "1001 hobby", "odbiór 5 raz tej samej książki/filmu/muzy" itd itp. A odpowiedź "ziom, to nie gra, celem jest radość z zabawy, a jedyną zasadą jest zmienność zasad, szczególniej, że niespecjalnie planuje się koniec zabawy" powoduje reakcje od mindfaka przez nieporozumienia po niezrozumienie na granicy wyparcia.
Jedyne co pocieszające, to że takich jak ja też jest trochę, co wychodzi także z różnych badań i ocen - sporo ludzi nie odróżnia pracy od zabawy (i nie, nie idzie o prokrastynację tylko), uprawia wiele aktywności dla czystej przyjemności i radości, a nie, żeby coś wygrać, także w grze z samym sobą. Tyle, że wśród zyliona ludzi grających ciągle i o wszystko, przeciwko sobie nawzajem, i z samym sobą (a nawet przeciwko samemu sobie...), jakoś nie spotykamy się zbyt często.